Kategorie
Takie tam różności

A, takie tam, wynurzenia z dupy.

Hej, hej. Majówka się kończy. Czy dobrze? A nie wiem, dla mnie był to weekend, jak każdy, tyle, że młodej nie było i mogłam, bądź co bądź, odrobinkę sobie odpuścić różne rzeczy, a muszę w tym miejscu powiedzieć, że we wtorek wymieniali mi okna, więc kolejne dni upłynęły pod znakiem sprzątania, ogarniania i malowania tego, co panowie siłą rzeczy, pokiereszować musieli. Koniec końców jednak, cieszę się nowymi oknami. Pewnie trochę jeszcze czasu minie, zanim pozbędę się tego wszechobecnego kurzu i pyłu, bo on, cholera, ciągle wyłazi, co wkurwia mnie niemożebnie, ale cóż, takie są uroki wszelkich prac remontowo-montażowych.
Uświadomiłam sobie też, że za tydzień minie miesiąc, odkąd pożegnałam się z Saxą i co mogę stwierdzić po tym czasie? Generalnie jest dobrze, nie mam food noice, a przecież tego najbardziej się obawiałam i myślę sobie, że tak już zostanie, szczególnie, że Saxenda, w przeciwieństwie do innych analogów GLP-1, jest podawana codziennie, więc nie ma przedłużonego działania. Niby można się poczepiać i stwierdzić, że przecież brałam ją rok z okładem, więc pewnie trochę jej w organizmie zostało. Teoretycznie tak może być, ale z drugiej strony po to zmniejsza się dawkę stopniowo, żeby zmniejszać dopływ leku do organizmu i, żeby nie odstawić go np. z dawki 3,0 ml, bo wtedy mogłoby "zaboleć".
Cóż, jestem dobrej myśli i już nie boję się, jak na początku, że dopadnie mnie food noice. Efektu jojo też się nie spodziewam, w końcu to ja mam kontrolę nad żarciem, a nie żarcie nade mną. To oczywiście nie oznacza, że wpadki mi się nie zdarzają. Zdarzają się od czasu, do czasu, ale nie robię z tego wielkiej dramy. Stało się, to się stało, trudno, trzeba iść dalej. Przede wszystkim nie roztrząsam wtedy, dlaczego, po co i na co. Albo inaczej, staram się nie roztrząsać, bo z tego nic nie wyniknie, a jedynie spowoduje, że poczuję się jak przysłowiowe gówno, co absolutnie nie jest mi do szczęścia potrzebne.
W kwestii ćwiczeń, nadal nie doznałam olśnienia, albo może doznałam, ale nie chcę jeszcze tak tego określać. Za miesiąc mnie spytajcie. Teraz mogę jedynie powiedzieć tyle, że podjęłam wyzwanie w Respo – mnimum 12 treningów w maju. Ono oczywiście inaczej się nazywa, ale nie pomnę jak. Roztrenuj się z Respo, czy coś w tym stylu. Nie nazwa jednak jest istotna, ale sam fakt, że się zmobilizowałam. Doszłam też do wniosku, że muszę mieć bat nad sobą. Wtedy jakoś tak łatwiej mi to przychodzi. Dodam też, że nie jest to moje pierwsze wyzwanie, bo lutowe też zaliczyłam, jedynie zapomniałam, zaznaczać aktywność w appce, co dziś sobie uświadomiłam.
Pewnie chcielibyście też spytać, co u Zuzi i jak tam jej treningi. Otóż bardzo dobrze. Rozpoczęła też treningi indywidualne i przygotowuje się do występu solowego na pokazie, który odbędzie się 26 czerwca, szkoła, w której Zuzia trenuje, obchodzi wtedy swoje urodziny. W sumie pomysł zrodził się na pierwszych zajęciach indywidualnych, żeby młoda wystąpiła. Urodziny są utrzymane w klimatach słowiańskich, więc wymyśliłyśmy, że zrobimy z niej Driadę, tak jakoś nam przypasowało i nie będę ukrywać – miałam w tym swój udział, bo to ja tę Driadę wymyśliłam. Może nie jest to wiele, ale zawsze, w końcu gdyby nie pomysł, nie byłoby horeo na występ.
Poza tym cieszę się, że rok szkolny dobiega końca, choć teraz zacznie się walka o ostatnie oceny, niemniej, to już bliżej końca, niż dalej, a biorąc pod uwagę, że za chwilę egzaminy ósmoklasistów, później Boże Ciało, a więc kolejny długi weekend, to zleci szybko tych kilka tygodni. Tylko, żeby jeszcze ciepło się zrobiło, bo ileż można w kurtce chodzić. Fajnie byłoby móc wskoczyć w kieckę, a tu, póki co, się nie zanosi, bo przynajmniej u nas, po jutrze temperatura osiągnie półap 12 stopni, czy jakoś podobnie.
I tym oto mało optymistycznym akcentem, pożegnam się z wami cieplutko.
Trzymajcie się, miłego niedzielnego wieczoru wam życzę.

Kategorie
Takie tam różności

Nie, że wracam, ale tak sobie pomyślałam, a może coś tu napisać?

Hej, hej, ludzie i ludziska.
Co tam u was dobrego słychać? Z grzeczności jeno pytam, skoro już postanowiłam napisać jak mi życie mija, to wypadało i o wasze zapytać.
Tyle tytułem wstępu, nie chcąc zanudzić was czczą gadaniną, postaram się przejść do meritum.
Zacznę od tego, że w styczniu nosiłam się z podsumowaniem minionego roku, ale wiecie co? Jakoś tak wyszło, że nie wyszło. Ileś razy za to się zabierałam, po czym uroczyście stwierdzałam, że nie, do powiedzenia, to ja nic nie mam. Nie, że nie miałam, ale jakoś nie mogłam się zmobilizować, żeby jakkolwiek i cokolwiek tu napisać.
Teraz, pozwólcie, że podsumowań żadnych też czynić nie będę, bo wszak nie o to chodzi, poza tym kwiecień mamy, to już na wszelakie podsumowania chyba trochę za późno. 😛

Zacznę więc od spraw bieżących i najbardziej aktualnych. Dziś, moi drodzy, nadszedł ten dzień, w którym przyjęłam ostatnią dawkę – 0,6 mcg Saxendy. W końcu po roku i prawie dwóch miesiącach kłucia się mogłam zaprzestać. Nie, żeby te zastrzyki były dla mnie mega obciążeniem, nie były, ba, przyzwyczaiłam się nawet, niemniej kiedyś i tak musiałabym skończyć. Jak teraz będzie? Sama chciałabym wiedzieć, ale zakładam, że skoro z najmniejszej dawki schodziłam od trzech miesięcy, to liczę po cichu, że nie będzie tak źle, a organizm jakoś tego nie odczuje, inna sprawa, że jakoś tam sobie w głowie poukładałam, co też ma ogromne znaczenie, bo ogarnięta głowa, to połowa, jak nie więcej, sukcesu. Banalne stwierdzenie, ale jak ogarniesz głowę, to i ze zmianą nawyków dasz radę. Ale najlepiej będzie, jeśli spytacie mnie np. za miesiąc, czy dwa, jak to aktualnie u mnie wygląda.
W zasadzie, jestem na ostatniej prostej, żeby osiągnąć optymalny cel, zauważcie też, że optymalny, nie np. minimalny, czy idealny, ale właśnie, optymalny. Idealny bym chciała, ale to może nie wpłynąć dobrze na mój wygląd, choć jestem innego zdania, tyle, że ja akurat mogę mieć nie co zaburzony obraz postrzegania siebie, (spokojnie, pracuję nad tym). I z tego miejsca dodam jeszcze, że wpis zawiera lokowanie produktu, czy jakoś tak.
Po nowym roku w końcu zdecydowałam, że potrzebuję wsparcia dietetycznego, a ponieważ niekoniecznie miałam ochotę szukać dietetyka w moim mieście – polecana osoba – poszła w kierunku psychodietetyki i psychologii w ogóle, więc doszłam do wniosku, że wykupię dietę online i padło na Centrum Respo, z którego jestem mega zadowolona, do tego stopnia, że postanowiłam wykupić dostęp na rok czasu.
Z tego miejsca też zaznaczę, że nie jest to typowa dieta w tym sensie, że mamy system dietetyczny, tu dostajemy de facto opiekę dietetyka, który z bazy przepisów wybiera dla nas takie, które uwzględniają nasze preferencje kulinarne. Muszę też przyznać, że żarełko jest pyszne, a ja, mimo deficytu, nie jestem głodna.
Właściwie do wykupienia Respo zabierałam się od kwietnia zeszłego roku, ale wtedy wydawało mi się, że nie jest mi to potrzebne do szczęścia, jednak z czasem doszłam do wniosku, że jednak jest i nie ma co się łudzić, ale trzeba by się nauczyć komponować te posiłki i ogarnąć makro i kalorykę, co jak mi się wydaje, opanowałam nawet nienajgorzej.
A co poza tym? Bez zmian, można powiedzieć: na bezrobociu jeszcze nie jestem, męża nie zmieniłam, a dziecko wkracza w nowy etap – w końcu od sierpnia będę miała nastolatkę pełną gębą.
Ostatnio też trochę zaczęłam masować, nie pełnoskalowo, bo masuję trenerkę od aerial hop mojego dziecka, ale mam z tego sporo satysfakcji, ale nie, nie zamierzam wracać do masażu, choć początkowo moje niezdiagnozowane jeszcze ADHD już odpowiednio podkręciło mój mózg, a jemu 2 razy powtarzać nie trzeba. Ostatecznie jednak zostajęprzy masowaniu rekreacyjnym i tylko od czasu, do czasu i nawet nie chodzi o wznawianie działalności, ale raczej nie chcę odbierać sobie przyjemności, którą teraz masowanie mi daje. Wiem, że gdybym miała to robić na ful, straciłabym satysfakcję, a na etat masażowy wracać nie zamierzam, choć pewnie bym mogła, ale nie chcę, za stara już jestem.
Spytacie pewnie teraz jak tam treningi mojego dziecka – rozwija się dziewczyna, robi postępy, możliwe, że będzie miała dodatkowe treningi indywidualne, bo ma młoda potencjał i jest materiałem na zawodniczkę, więc kto wie, co przyszłość przyniesie. Napole dance również nadal chodzi i też robi postępy, ale mam wrażenie, że jej bajką zdecydowanie jest aerial hop.
A jeszcze do mnie wracając, żeby za pięknie nie było, bo jak wiadomo: dieta, białko, nawodnienie, wszystko to jest super hiper ważne, i z tym problemu to ja nie mam, albo inaczej: mam go bardzo rzadko, gorzej z aktywnością fizyczną. No za cholerę nie potrafię się zmusić do ćwiczeń, ja już na samą myśl, że mam cokolwiek ćwiczyć, czuję się zmęczona. 😂
To nie jest tak, że ja nie mam świadomości, że na redukcji ruch jest potrzebny, mam ją, a jakże, ale nie doznałam jeszcze prawdy objawionej, jak to miało miejsce w przypadku diety, tu poszło jakoś łatwiej, a z tym ruchem – no ni cholery nie doznaję olśnienia, nawet motywację trudno mi znaleźć.
Może któraś, bądź któryś z was potrafi, a jeśli tak, to ja chętnie przyjmę różne tam TIPy.
Gdzieś mimo chodem napomknęłam też o moim niezdiagnozowanymADHDowym mózgu. Nie wiem, czy o tym pisałam, czy też nie, ale jeśli tak, cóż, przeczytacie jeszcze raz. Otóż zaczęłam chodzić na terapię i okazuje się, że mogę mieć ADHD, to oczywiście nie jest powiedziane, że mam, wszak do tego trzeba zrobić różne testy – DIVA itd. Niemniej, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak może być. Czy się zdiagnozuję? Nie wiem, możliwe, ale z drugiej strony, diagnoza tania nie jest, a w tym roku muszę młodej stały aparat na zęby założyć, co generuje spore koszty. Pominę milczeniem, że higiena tego ustrojstwa przyprawia mnie o ból zębów, głowy i i co tam jeszcze może boleć, a już comiesięczne wydatki związane z wizytami u ortodonty i to przez co najmniej 2 lata albo dłużej. Aż chciałoby się powiedzieć, że małe dziecko, to mały problem i coś w tym jest, bo im są starsze, tym więcej kosztów generują.
No dobra, kończę narzekanie i generalnie chyba nie mam już nic do powiedzenia, tym samym zakończę, dobrej nocki życząc wszystkim.

Kategorie
Takie tam różności

Spontanicznie i.

Dzień dobry.
Scroluję sobie Eltena, tu i tam zaglądam, popijając przy okazji pyszną herbatkę z jabłkami i cynamonem z mojego super hiper dzbanka podgrzewanego świeczką, coby napitek w nim przyrządzony nam nie wystygł zanadto.
Pomyślałam tedy: a może coś napisać na tym nieszczęsnym, bo zapomnianym przeze mnie blogu?
Cóż, czemu nie?
Jeno uzupełnię kubek o herbatkę.
Moja jedyna pojechała z koleżanką na kręgle, więc matka ma chwilę względnego spokoju. A spokój ostatnimi czasy bardzo się przydaje, nie, żeby jakoś mi go brakowało, mam kilka obaw, ale generalnie tragedii nie ma.
Młoda moja zaczęła już 4 klasę i to był dla niej spory przeskok, raz, że nowe przedmioty doszły – przyroda, historia, technika i to chyba wszystko, bo reszta już była, niemniej teraz każdy przedmiot jest z innym nauczycielem, co jest sporą różnicą w porównaniu do etapu wczesnoszkolnego. Mimo to, radzi sobie całkiem dobrze, choć polski nie jest jej ulubionym przedmiotem, w ogóle ona woli te ścisłe – zauważyłam.
Nadal trenuje aerial hop – na urodziny dostała własne koło i doszła jeszcze rura, czyli pole dance. Tu pewnie niektórzy się uśmiechną, albo ciężko zbulwersują – jak to tak, posyłać dziecko na takie zajęcia, które mogą kojarzyć się zbyt seksualistycznie, ale to wcale tak nie jest, bo pole dance to bardzo fajny rodzaj ćwiczeń, a do tego niesie za sobą dużo korzyści, a jakie? Proszę bardzo:
trening ogólnorozwojowy całego ciała, wzmacnianie mięśni ramion, brzucha, pleców i nóg, wzmacnianie mięśni głębokich, poprawa koordynacji i równowagi, nauka nowych figur, co wpływa na kreatywność, bo można je dowolnie łączyć i tworzyć własne horeografie, To tak na szybko, co można o pole dance powiedzieć, poza tym moja młoda uwielbia zarówno rurkę jak i koła, a za jakiś czas być może dojdzie jeszcze szarfa, czyli aerial silk.
Ogólnie to się cieszę, że młoda ma pasje, że rozwija się w tym kierunku.
Teraz dowiecie się co tam u mnie w ostatnich miesiącach się podziało, a może nie podziało się wiele w sensie, pracy nie zmieniłam, męża też nie, mieszkam, gdzie mieszkałam, ale za to zmieniły się inne rzeczy, otóż, jeśli potraficie czytać między wierszami i zaglądacie na tego bloga, czytając czasem przepisy, których kilka tu jakiś czas temu wrzuciłam, to możecie się domyślić, że coś musiało się zadziać.
I się zadziało, bo postanowiłam zrobić coś ze sobą i z moją insulinoopornością, którą wiedziałam, że mam, a która dosłownie nie dawała mi żyć, odcinając mi prąd po niemal każdym posiłku, a to na dłuższą metę stawało się wyjątkowo nieznośne.
Jedyne wyjście, jakie przyszło mi do głowy, to zbadać poziom insuliny, który swoją drogą był wysoki, bo wynosił 51 i glukozę, po czym wyliczyć współczynnik HOMa – u mnie było 13,5, co mało nie jest, tak nawiasem mówiąc.
Uzbrojona w wyniki udałam się do lekarza i się zaczęło. W każdym razie, gdy wyszłam z gabinetu, popłakałam się, choć teraz nie wiem dlaczego, bo z jednej strony nie jest miło słyszeć, że w zasadzie to trochę się zapuściło, a z drugiej, że wypisane leki są cholernie drogie, bo jedno opakowanie kosztuje 472 zł – słownie czterysta siedemdziesiąt dwa złote. Właściwie to płakałam z obu tych powodów, ale zacisnęłam zęby. Doszłam do wniosku, że udowodnię pani Borówce, tak Zuzia nazwała moją lekarkę – pani ma w nazwisku Jagodę, stąd tak, a nie inaczej. No więc – tak wiem, zdania tak się nie zaczyna – postanowiłam, że udowodnię pani Borówce, że nie takie rzeczy Katarzyna już robiła. Owszem, bałam się skutków ubocznych zastrzyków i nie, nie jest to Ozempic, tylko Saxenda, więc jakby co, to nikomu z cukrzycą leków nie odbieram. 😏
I tak od 8 miesięcy – ale to szybko zleciało, tak swoją drogą – dzień w dzień kłuję się, celem zapodania sobie kolejnych dawek saxy, która – nie będę ukrywać – pomogła, bardzo pomogła, a i skutków ubocznych nie mam żadnych, początkowo jedynie przy zwiększonej dawce coś tam się działo, ale generalnie wracało do normy po kilku dniach. Przyznam tylko, że codzienne kłucie bywa uciążliwe, ale cóż, niektórzy dają sobie insulinę kilka razy dziennie i żyją, toteż ja również to przetrwam, no nie?
Teraz możecie spytać o moje jedzenie, bo wiadomo, zastrzyki to droga na skróty, co z tego, że schudniesz, ale jak odstawisz, to efekt jojo murowany. To są główne argumenty przeciwników takiej formy leczenia otyłości i trochę prawdy w tym jest, bo przede wszystkim, trzeba zmienić nawyki żywieniowe, to jest podstawa i nie ma znaczenia, czy będziemy korzystać z farmakologii, czy wejdziemy w deficyt kaloryczny, czy jeszcze tam coś innego zastosujemy. Nic nie będzie skuteczne, jeśli: uwaga, uwaga, wrócimy do starych nawyków żywieniowych, do nich wrócić nie można i najpierw to trzeba zrozumieć, a dopiero wtedy tak naprawdę można efektywnie pracować nad sobą.
No żadne cuda nie pomogą, jeśli wrócimy do żarcia sprzed okresu redukcji i jeszcze jedno: od tej pory to ma być styl życia, nie powinniśmy traktować tych wypracowanych nawyków jak zło konieczne, bo wtedy wiadomo jak to się skończy.
Teraz pewnie chcielibyście spytać: no to ile schudłaś: Całkiem sporo, bo 27 kg i jeszcze trochę mi zostało, bo jakieś 12 do 15, które chciałabym zgubić, ale za mną już ogromna zmiana. Co prawda aktualnie mój organizm trochę się buntuje, bo waga raczej stoi, waha się o kilkaset gram, ale to nie są duże skoki, więc wiem, że w końcu to ruszy, jedynie czasu trzeba i pójdzie w dobrą stronę.
I też, żeby nie było, nie jestem jakimś tam ekspertem od odchudzania itd. ale z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że się da, a i jedz mniej i więcej się ruszaj, nie działa, takie gadanie w buty sobie włożyć można, bo skuteczne to ono za cholerę nie jest. Fakty też są takie, że otyłość jest chorobą, którą można i trzeba leczyć.
W sumie nie wiem, czy dobrze zrobiłam, że o tym wszystkim napisałam, ale jeśli ktoś będzie chciał coś z tego dla siebie wyciągnąć, to pewnie wyciągnie, a jeśli nie – cóż, nie mój to problem.
Poza tym nie zamierzam teraz namawiać nikogo, że koniecznie musi leczyć swoją otyłość, do tego trzeba samemu dojrzeć, nie powiem, że chcieć, bo chcieć to jedno, a dojrzeć do tego, to drugie i myślę sobie, że jednak to jest ważniejsze, bo jeśli dojrzejemy do pewnych decyzji, to łatwiej będzie nam je realizować.
I tym oto akcentem zakończę, trzymajcie się, fajnego wieczoru wam życzę.

Kategorie
Takie tam różności

Witajcie w nowym roku

Nic lepszego na temat wpisu w zasadzie nie wymyśliłam, dlatego tak, a nie inaczej. 😀
Tak, wiem, dawno mnie tu nie było i takie tam frazesy, których powtarzać nie trzeba, wszak skoro nic nie publikowałam, to chyba proste, że mnie tu nie było, prawda?
Zacznijmy zatem od małego podsumowania minionego roku, który wcale zły nie był, choć nie pozbawiony smutnych wydarzeń.
Jak pamiętacie – w lutym dokonała żywota nasza kosza, a jej miejsce zastąpił żółwik stepowy – Oshee, który nawiasem mówiąc – ma się całkiem dobrze, choć ostatnio bardzo ospały się zrobił, czemu winien jest brak hibernacji, ale na ten krok raczej się nie zdecyduję z uwagi na brak warunków, choć te może by się znalazły – lodówkę wszak posiadam, ale za bardzo się boję, że zrobię coś nie tak i biedny zwierzak zejdzie z tego świata. W jakiejś tam przyszłości jednak nie wykluczam, że dane będzie Oshee zimę przespać, ale to nie nastąpi prędko.
W kwestiach zakupowych – w styczniu kupiłam Air Podsy, z których całkiem jestem zadowolona, choć bateria w etui pozostawia sporo do życzenia.
W kwietniu natomiast kupiłam Soda Stream, co znacznie przyczyniło się do zniwelowania plastiku w tym domu, to jedno, a drugie – nie trzeba tachać tych ciężkich butelek.
Dorobiłam się również szczoteczki magnetycznej, co było równie dobrym zakupem, bo moje zęby zdecydowanie lepiej reagują.
Wymieniłam też ekspres z kolbowego na automatyczny i to, proszę Państwa, był zdecydowany number one w tegorocznych zakupach.
Poza tym progenitura przygotowuje się do przystąpienia do pierwszej Komunii Świętej i wiecie co? Zostało jej tylko do zaliczenia 5 warunków dobrej spowiedzi, choć pani katechetka miała dla nich sporo litości, odpuszczając np. 7 sakramentów między innymi, ale Skład Apostolski jej nie minął. 😊
W październiku zmarła moja babcia i to jest to smutne wydarzenie. Niby wiadomo było, że umrze, że każdego to czeka, ale i tak poczułam tę stratę. Z drugiej jednak strony wiem, że już nie cierpi, bo ostatnie lata dały jej popalić zdrowotnie.
W zasadzie to na tym mogę to podsumowanie zakończyć, choć nie, jeszcze jedno: w pracy przedłużyli mi umowę, tak więc do września 2026 jestem człowiekiem pracującym. 😝
Jest mi to naprawdę bardzo na rękę pod względem finansowym głównie, bo inne jakoś do mnie nie przemawiają. 😏
Minione 2 tygodnie roku też mogę uznać za spokojne, bez żadnych zawirowań i oby ciąg dalszy był taki sam, tego sobie bardzo mocno życzę.
Wczoraj natomiast stałam się posiadaczką air freyera, choć do niedawna twierdziłam, że nie jest mi on do życia potrzebny, że przecież mam piekarnik, a w końcu po co mi urządzenie, które co do zasady działa tak samo jak piekarnik z termoobiegiem. O tym wszystkim byłam przekonana do wczoraj, ale po degustacji frytek z tego wynalazku, odwołuję wszystko, co do tej pory mi się wydawało i dochodzę do wniosku, że air freyer jest mi wręcz niezbędny.
Pewnie w tym miejscu zapytacie o markę i model, otóż padło na Xiaomi mi smart 6,5l, myślę, że dla naszej trójki spokojnie wystarczy, a przynajmniej na czas jakiś.
W sumie myślałam o Phillipsie, ale wydał mi się trochę za duży jak na moją małą kuchnię i pewnie wygospodarowałabym dla niego miejsce, ale obawiam się, że zagraciłabym ją totalnie, a nie o to chodzi.
Wracając jednak do meritum – urządzenie ma fajny designe, wbrew pozorom jest pojemne, a jego jedyna wada to głośność, mógłby być odrobinkę cichszy, ale i to nie jest jakąś wielką przeszkodą. Ustrojstwo całkiem wygodnie daje się obsługiwać przez aplikację, zresztą po ślepemu innej możliwości nie ma. Na pokrętle nie ma fizycznej wskazówki/ strzałki, która orientacyjnie wskazywałaby na jakim programie się znajdujemy, a tych programów jest 12 zdaje się, choć jak na razie skorzystałam z tego do frytek i ręcznego. Jeśli chodzi o appkę, to jestem mile zaskoczona, bo wydawało mi się, że z dostępnością to ona tak nie bardzo, a tu proszę – miłe zaskoczenie.
Zasadniczo to chyba tyle, do napisania i powiedzenia raczej nic więcej nie mam, a jeśli nawet mam, to i tak już nie powiem.
Zatem trzymajcie się cieplutko i nie dajcie się zimie i uważajcie, żeby śnieg was nie pokonał.
Mnie wczoraj pokonać nie zdołał, a ślizgawka była, że narody klękajcie.

Kategorie
Takie tam różności

Przerywam milczenie.

Cześć, ludzie.
Właśnie zdałam sobie sprawę, jak dawno nie zaglądałam na tego bloga, choć kilka podejść zrobiłam, żeby coś napisać, ale nie było to ani konstruktywne, ani sensowne, a pisanie o niczym uważam za bezcelowe.
Nie, żebym teraz miała do powiedzenia nie wiadomo co, ale chyba więcej, niż na przykład w kwietniu czy maju.
Zacznę więc referować, co też ciekawego i nieciekawego w ostatnim czasie miało miejsce.
Maj minął bez fajerwerków, nie działo się nic szczególnego, pomijając zastraszająco dużo wolnych dni od szkoły. 😏 Ach, wymieniłam szczoteczkę soniczną na magnetyczną, to, jeśli o zakupy chodzi. Muszę przyznać, że dla mnie szczoteczka magnetyczna okazała się odrobinę lepsza od sonicznej, po prostu moje zęby odrobinę przypominały o swojej obecności po użyciu tej drugiej, w związku z czym postanowiłam znaleźć coś innego.
Teraz za to jest z nimi zdecydowanie lepiej, a ja nie cierpię po każdym prawie umyciu paszczęki. 😉
Czerwiec, a jeśli czerwiec, to wakacje, moi drodzy. Och, jak ja bardzo czekałam na ten moment, jak miałam już dość szykowania śniadań do szkoły, które dość często wracało do domu w takim stanie, w jakim je spakowałam. Jakże czekałam na moment, gdy nie będę musiała przez pół godziny dobudzać śpiącej snem kamiennym istoty. Czekałam, czekałam i się doczekałam, a teraz? A teraz, to już chcę, żeby nadszedł wrzesień. 😀 Nie, żeby było jakoś strasznie, nie jest, ale w pewnym momencie dzieciaki najzwyczajniej w świecie zaczynają się nudzić, jak to gdzieś usłyszałam – za dużo, to i świnia nie chce. 🙂
Ale ponieważ mamy już sierpień, można więc powiedzieć, że zleci, nim się obejrzymy i dzieciarnia wróci do szkolnych ławek.
W czerwcu byłyśmy też w kinie – padło na „W głowie się nie mieści 2” – w tym miejscu przyznam, że był to całkiem ciekawy film, choć miałam wrażenie, że główna bohaterka Riley, która ma lat 13, w rzeczywistości została pokazana jako powiedzmy jedenastolatka. Co jednak ciekawe, moje odczucia podziela spore grono osób, którym dane było obejrzeć tę produkcję.
Lipiec minął pod znakiem średnio aktywnym, dziecko pojechało z dziadkami na kilka dni nad morze, a ja odpoczywałam i tęskniłam jednocześnie, co oczywiście nie wyklucza się wzajemnie. 😊
Teraz stan powyższy jest praktycznie identyczny, bo młoda wyjechała na tydzień do dziadków, więc znów łapię oddech od macierzyństwa, no tak w połowie. 😊
Pomijając kwestie wakacyjne – auto nam umarło i może można było je jeszcze reanimować, ale mój stary uznał, że zasadniczo nie ma sensu, wszak w przyszłym roku skończyłoby 20 lat, do uzyskania miana zabytku zabrakło mu sześciu. :)😊
A co u żółwika? Żółwik miewa się całkiem dobrze, choć odrobinkę wybredny się robi, a mianowicie: nadeszła pora, żeby świeże zielsko zastąpić suchym i co na to nasza Oshee? A ona na to, że jeść nie będzie i od teraz jest strajk głodowy. Zapomniała tylko bidulka, że ona może nawet tydzień nie jeść i w niczym to jej nie zaszkodzi. 😊 Cóż, jeśli jej się wydaje, że wygra ze mną, to może się mylić – ze mną nie, ale mój stary to co innego, z nim ma spore szanse wygrać.
Nie wspomniałam też, że w miniony piątek po raz kolejny – a dokładniej to trzeci – wybrałyśmy się na przejażdżkę kolejką wąskotorową, która jedzie z Koszalina do Rosnowa. Swoją drogą, polecam, jeśli będziecie w okolicy, bo wrażenia są całkiem ciekawe, a i jezioro Rosnowskie też jest całkiem przyjemne. Jedyny minus ostatniej wyprawy był taki, że jechała lokomotywa spalinowa, z której niemożebnie jechało spaloną ropą, czy innymi tam spalinami. Smród był do tego stopnia, że całe ubranie – z włosami włącznie, nieziemsko cuchnęło. Może byłoby inaczej, gdybyśmy wybrali wagon zamknięty, no, ale nam w otwartym jechać się zachciało, no to mieliśmy, co mieliśmy. W tym miejscu możecie zapytać o poprzednie przejażdżki, wtedy nie śmierdziało? Owszem, ale to był parowóz, a dym węglowy jednak jest chyba mniej tłusty, albo mniej uciążliwy – może tak.
Cała kolejka jest zabytkowa – wagony mają coś koło 100 lat – parowóz chyba też, co do lokomotywy spalinowej – nie wiem, może jest młodsza, ale do czego zmierzam – otóż, gdy tylko wejdę do tego wagonu, to załącza mi się czarny humor. Jeśli dobrze pomyślicie, zgadniecie dlaczego. Pisać tego nie będę, bo może urażę czyjeś uczucia itd. Ale wy możecie w komentarzach dzielić się swoimi przemyśleniami, a jeśli nie w komentarzach, cóż, są jeszcze inne kanały komunikacji. 😀
W lipcu kupiłam też czajnik z regulacją temperatury i muszę przyznać, że świetnie się sprawdza do różnych herbat typu biała, zielona itd. Jest to zakup, który śmiało mogę umieścić w tegorocznej trójce najlepszych.
Nie napisałam wam jeszcze, co już wkrótce, a właściwie to już, zaczyna mi spędzać sen z powiek i pewnie będzie mi go spędzać przynajmniej do maja 2025. I w tym miejscu myślę, że nietrudno się domyśleć, chodzi o I Komunię Świętą mojej córki. Nie chodzi mi nawet o kasę, bo tę uzbieramy, ani nawet o salę, wszak siostrzyczka już mi ją załatwiła, nawet nie o sukienkę/ albę. Nie, nawet to wszystko razem wzięte tak mnie nie przeraża jak nauka tych wszystkich modlitw. Nie chodzi oczywiście o te najbardziej podstawowe, ale choćby taki Skład Apostolski albo 5 Przykazań Kościelnych – wiem, że tego da się nauczyć, ale to nie zmienia faktu, że to mi przypadnie w udziale. Będę musiała poszperać za jakimś katechizmem dla dzieci pierwszokomunijnych, w jakimś pdfie czy innym txt, bo inaczej tego nie widzę, a może inaczej, widzę to bardzo marnie i wcale nie chodzi o naukę na pamięć u mojego dziecka, bo wiem, że ona to ogarnie, ale muszę mieć kontrolę nad tekstem, no, taki mój kaprys, bo przecież mogłabym polegać na tym, co czyta młoda, ale chyba nie o to mi chodzi.
Zasadniczo, to tyle, zdaje się nic więcej godnego uwagi nie mam do powiedzenia.
Zatem pożegnam się, nie wiem kiedy się odezwę po raz kolejny, może wcześniej niż później, a może jak zwykle.

Kategorie
Takie tam różności

Kwiecień plecień, czy jakoś tak.

Cześć, Drodzy.
Nie będę ukrywać, że mam problem jak zwykle z tytułem tego wpisu, co nie stanowi żadnego novum, wszak to dość często mi się zdarza, bo o ile z treścią posta problemu raczej nie mam, jeśli już wiem o czym chcę pisać, to z nazwaniem go już jak najbardziej.
Ale – wiem, że od "Ale" zdania się nie zaczyna, wybaczcie zatem – ja o zupełnie czym innym chciałam.
Zacznijmy od tego może, że od 18 marca w tym domu zamieszkał żółw stepowy – Testudo Horsfieldi – nazwany Oshee. W związku z tym pewna część wpisu będzie poświęcona Oshee właśnie.
Sama pielęgnacja, czy też opieka nad stworem nie stanowi jakiegoś mega poświęcenia, co nie oznacza, że jest to zwierzę bezobsługowe, zresztą nie ma takiego, więc…
Zacznijmy od tego, że o 7:00 włączamy lampy – UVkę i grzewczą, w międzyczasie szykuję zwierzowi jedzonko, na które zazwyczaj składają się świeże rośliny obficie występujące o tej porze roku. Do ich zbierania dotrę później, bo pewnie ciekawiście kto i jak je zbiera.
Do śniadanka żółwiowego obowiązkowo dodaję wapń – u mnie jest to sepia w proszku, choć taką do pogryzania też w terrarium Oshee posiada. Wapnia nigdy nie jest za mało, więc dostaje je do każdego posiłku.
W następnej kolejności zajmuję się basenem – myję i wlewam świeżą wodę. Woda to jest to, co muszę niekiedy wymienić kilka razy dziennie, żeby była świeża i bez niespodzianek. Oh, nie wspomniałam o jednej, naprawdę istotnej kwestii. Otóż spryskuję jeszcze podłoże, zazwyczaj przed włączeniem lamp. Chodzi o to, żeby w terrarium wystąpiło coś na kształt porannej rosy.
W zasadzie to tyle, jeśli chodzi o ogarnięcie żółwika. W tak zwanym międzyczasie kontroluję podłoże i basenik, a także jedzonko i jeśli zachodzi potrzeba, to usuwam to czy owo, co można nazwać ubocznymi produktami przemiany materii.
Kilka razy w tygodniu – zazwyczaj 3 – Oshee zażywa kąpieli, chodzi o to, żeby gadzinkę nawodnić i wspomóc jej i tak wybitnie wolną przemianę materii. W zasadzie wystarczyłoby wykąpać ją raz w tygodniu, ale ponieważ jest to młodziutki żółwik, trzeba jej zapewnić odpowiednie nawodnienie i wilgotność w mieszkanku. Zresztą uważa się w środowisku zajmującym się hodowlą tych zwierzaków, że młodym osobnikom żyjącym w niewoli trzeba zapewnić wyższą, niż dorosłym – wilgotność. Chodzi o to, żeby uniknąć piramidowania skorupy, ale o tym coś więcej napiszę innym razem. Na szczęście Oshee kąpiel lubi, ale jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie – na własnych zasadach. Śmiałam się do Zuzy, że ona ma jakiś zegar wbudowany czy coś, bo gdy minie pół godziny, to dziewczyna próbuje nawiać z miski, co nie jest znowu takie proste, bo ranty są śliskie i średnio wysokie, choć zakładam, że gdyby były bardziej chropawe, to ucieczka mogłaby się powieść, a tak, cóż, nie bardzo.
Co do jedzenia – panna nie jest jakoś wybitnie wybredna – pochłania wszystko, co dostanie, no, może z wyjątkiem suszu, z tym trochę jakby jej nie po drodze, ale z przyzwyczajaniem do suszonego, to latem walczyć zaczniemy,póki co, korzystamy ze świeżynek.
Takie świeżynki w znacznym stopniu zbieram do spółki z Zuzą i mężem. On na ogół przynosi rośliny z pola za swoim biórem w pracy, choć to pewnie niedługo się skończy, ale ja nie o tym. Natomiast team Katarzyna i Zuzanna chodzi do parku i tam zbiera, co trzeba.
Pewnie teraz spytacie jak po ślepemu rozpoznawać niektóre rośliny? Sposobów jest kilka: popierwsze: aplikacje – temu sposobowi jednak najmniej ufam, ale czasem się zdarza, choć rzadko. Po drugie: wiedza własna – na szczęście kilka roślin rozróżnić potrafię, to też wiem co zbieram. Po trzecie: grupa na facebooku poświęcona żywieniu żółwi. Wystarczy zrobić zdjęcie interesującej rośliny, wrzucić na grupę i chwilkę poczekać. Nie ukrywam, że nauczenie się tych roślin stanowi dla mnie swojego rodzaju wyzwanie, ale ukrywać nie będę, że wszystkie opanować trudno będzie, bo zdarza się, że bardzo są do siebie podobne, choćby taki bodziszek łąkowy i jaskier, przy czym ten drugi jest trujący dla żółwi, a ten pierwszy – nie. Niemniej dajemy radę ze zbieraniem i raz w tygodniu – najczęściej w niedzielę – robimy sobie wypad do parku, żeby coś tam uszczknąć z roślinności. Na szczęście znalazłyśmy miejscówkę bogatą w chwaściory, a ponieważ jest to średniej wielkości wzgórze, to mamy pewność, że psy tam się nie zapuszczają.
Odnośnie do charakteru naszej Oshee, bo każde zwierzę jednak posiada swój niepowtarzalny charakter – cóż, nadal przychodzi do Zuzi, gdy tylko pojawi się przy terrarium, lubi, gdy karmi się ją z ręki, jest ciekawska, chętnie obserwujeprzez szybę co się wokół dzieje. Kąpać się lubi, ale na własnych zasadach, nie przepada za kwiatami mniszka lekarskiego, ale łodyżkami i liśćmi nie pogardzi, no tylko te kwiatki. 🙂
Ok, o żółwiu to już chyba wszystko napisałam, jedynie dodam, że opieka nad tym stworem jest po ślepemu całkiem możliwa i nie stanowi większych problemów.
Co do innych kwestii – zimno jest i to tak cholernie, a zważywszy, że kilka tygodni temu temperatury dobijały w Koszalinie do dwudziestki, to cóż, organizm doznaje szoku termicznego. 🙂
Cały czas pracuję nad zwiększeniem ilości wypijanej wody, bo nie ukrywam, jest to moja bolączka, której nijak nie potrafię zmienić, choć teraz zdaje się, że powinno się udać. Mój problem polega na tym, że nie lubię wody niegazowanej. Oczywiście o tym wiem od dawien dawna, ale ponieważ niespecjalnie mam ochotę taszczyć codziennie butelki z gazowaną, to kupiłam Soda Stream, z czego nie tylko ja jestem zadowolona, bo pozostali członkowie tej rodziny – również, nawet Zuza od czasu do czasu lubi sobie wodę zagazować, ale gazowanej ze sklepu nie wypije za żadne skarby świata.
Przeczytałam też kilka ciekawych książek, między innymi – autorstwa Pierre Bordage "Paryż – Lewy Brzeg", która zalicza się do kanonu Metro2033, powiem tylko tyle w jej temacie – jest mroczna, brutalna, a "Metro2033" Gluchovskiego przy niej to bajka na dobranoc, a przynajmniej na mnie takie wrażenie zrobiła.
Na dziś to tyle, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pożegnać się z Wami, dobranoc zatem, trzymajcie się ciepło.

Kategorie
Takie tam różności

Co marzec przyniósł

Cześć, witajcie
Czy wiosna już do Was zawitała? Ciepło się zrobiło? Bo u mnie nieszczególnie. Temperatura oscyluje ostatnio w granicach 10 stopni i to tyle w zasadzie. A, prawda, deszczowo też jest, jak to mówią, dzień bez deszczu, to dzień stracony. Właściwie nie wiem czy wszyscy tak mówią, ale wiem, że na pewno ja.
🙂
Jak wiecie, pod koniec lutego za tenczowy most pobiegła nasza koszatniczka, co spowodowało, że zrobiło się strasznie pusto bez tego biegającego w kołowrotku uroczego gryzonia, który sadzi bobki na odległość najmniej metra, lubi pohałasować w nocy i ma uroczy, długi ogonek z pędzelkiem na końcu. Teraz ciekawostka – otóż koszatniczka potrafi odrzucić ogon, ale w przeciwieństwie do ogona jaszczurki, ten się nie regeneruje. Dzieje się tak w momencie zagrożenia, gdy silniejszy drapieżnik ucapi koszatniczkę za ogon. To też dotyczy ludzi, gdyż jest to dość płochliwe zwierzątko, choć wierzcie mi, że na odległość potrafi zgrywać bohatera. Biada jednak temu, kto będzie miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z koszatniczymi zębami. Serdecznie i szczerze nie polecam. Ja, of course, tę wątpliwą przyjemność miałam, to nawet kilkukrotnie.
To małe urocze stworzonko ząbki ma nie od parady. Ostre są i cienkie, co powoduje, że rany od koszatniczkowego uzębienia są głębokie i niejednokrotnie potrafią się paskudzić i trudno goić. W koszatniczkowym światku krążą legendy, jakoby zdarzało się nawet, że potrzebny okazywał się antybiotyk.
Jak wiecie, aby wypełnić pustkę postanowiliśmy zaopiekować się kolejnym zwierzątkiem i padło na żółwia. Przyznam się wam, że dawno dawno temu, w odległej galaktyce Katarzynka miała żółwia stepowego o imieniu Kleofas, choć koniec końców okazał się Kleopatrą. Dostałam go, gdy miałam 7, góra 8 lat, czyli był to początek lat 90-tych, a wtedy można było od tak kupić sobie gadzinkę i męczyć ją do woli. Tak, nie boję się tego określenia, że posiadanie żółwia w tamtym okresie, gdy dostęp do wiedzy był marny, było męczeniem zwierzęcia. Dodam jeszcze, że w kwestii dostępu do wiedzy to nie jest tak, że nie było go z braku internetu, nie nie, to zupełnie nie to, po prostu wtedy o żółwiach wiedziano bardzo mało, albo o zgrozo, nie wiedziano nic.
Dlatego jeszcze pokutuje wiele mitów, które radośnie sobie krążą wśród chodowców tych zwierzaków.
O tym jednak innym razem, wszak nie jest to tematem tego posta, prawda? 🙂
Niemniej nie da się ukryć, że edukacja żółwiowa pochłonęła mnie bez reszty, a ja do tego stopnia się wciągnęłam, że z wielkim trudem przeczytałam jakąkolwiek książkę, bo większość wolnego czasu poświęcałam na czytanie forów internetowych w temacie żółwi. W pewnym momencie miałam wrażenie, że po przyswojeniu dawki tylu informacji zrobiłam się głupsza niż byłam dotychczas, kiedy jednak tę wiedzę usystematyzowałam w głowie, okazało się, że nie jest ze mną tak źle i coś tam już wiem i nawet mogę błysnąć od czasu do czasu.
Druga sprawa, że to też nie jest tak, że nagle uważam, że zjadłam wszystkie rozumy i czuję się doskonale wyedukowana na temat żółwi, śmiem twierdzić, że to, co wiem, to wierzchołek góry lodowej, a ile jeszcze jest pod powierzchnią? No właśnie, pewnie całkiem sporo.
Nie ukrywam, że zdobywanie tej wiedzy dało mi mnóstwo satysfakcji, ale też odrobinkę mnie przerażało, szczególnie, gdy przyszło do wyboru lamp – grzewcza i uVB. Im więcej o oświetleniu czytałam, tym większy mętlik miałam i to właśnie na tym skupiłam się najbardziej, bo jest to naprawdę istotny element żółwiowego życia w niewoli, a jeśli mamy mu zapewnić warunki podobne do tych naturalnych, to musimy włożyć naprawdę sporo wysiłku, żeby tak się stało.
Generalnie przygotowania – teoretyczne i praktyczne zajęły prawie miesiąc, bo musieliśmy kupić terrarium, te nieszczęsne lampy, podłoże, miseczkę na jedzonko, basenik, zorganizować kryjówki itd.
Finał natomiast miał miejsce w zeszły poniedziałek, a żółwinka znalazła się w domu koło godziny 16, gdy z Zuzią przyniosłyśmy ją do domu w dużej torbie termicznej, bo transporter, który miały koszatniczki ktoś wziął i wyrzucił, a tym kimś był mój mąż jedyny. Inna sprawa, że było tak zimno, że nie jestem pewna, czy transporter spełniłby swoją funkcję, wszak nie ogrzałby stwora, a gadziny są stworzeniami zmiennocieplnymi. Ostatecznie torba termiczna spisała się więcej niż dobrze i żółwinka Oshee zamieszkała w wyszykowanym dla niej terrarium.
Dlaczego Oshee, spytacie? Bo uwielbiam ten napój izotoniczny, poza tym sama nazwa jest miła dla ucha, a i w razie, gdyby żółwinka jednak okazała się żółwiem, to zmieniać nie będzie trzeba, wszak jest to imię dość neutralne.
Z otrzymanego cites wynika, że nasza Oshee urodziła się 5 października 2022 r. tak więc ma niespełna półtora roku, a zatem to taki trochę wiek poniemowlęcy chyba.
Ogólnie początkowo była wystraszona, ale nie jakoś bardzo. Najtrudniejsza dla niej chyba okazała się środa, bo wtedy tylko spała, nic nie zjadła, nawet do baseniku nie weszła, kiedy jednak kryzys minął, mała jakby się rozbestwiła i zaczęła dokazywać coraz bardziej, do tego stopnia, że dziś po wyłączeniu lamp, zamiast iść spać, to urządzała sobie spacerki po terrarium, bo dlaczego nie? Do tego zaczęła jeść aż miło, co z jednej strony cieszy, ale z drugiej – możliwe, że trzeba będzie zrobić dzień głodówki i ja teraz całkiem serio mówię, choć nie jestem pewna, czy u na tyle małych żółwików już można jednodniową głodówkę wprowadzić.
Do tego, gdy tylko Zuzia podejdzie do terrarium, mała jest już przy szybie i wyciąga główkę w jej stronę, ale mnie to chyba nie lubi jeszcze za bardzo. 🙂
A co poza tym? Zuza odwiedziła endokrynologa, na szczęście tarczyca ładnie się trzyma, a kolejna wizyta za pół roku. Natomiast 14 marca odbyła się promocja szkoły, w związku z czym moje dziecko występowało i dawno nie widziałam, żeby aż tak była zestresowana.
W sumie to chyba tyle, raczej już nic mądrego dzisiaj nie napiszę, a zatem pożegnam się ładnie, życząc Wam dobrej nocy.

Kategorie
Takie tam różności

Trochę na smutno, a trochę, tak po prostu.

Cześć drodzy.
Od dawna zabieram się za napisanie czegoś, może nie będzie to nic wybitnie konstruktywnego, ale coś tam jednak się wyłoni z czeluści mojego umysłu, wsza, drugą połowę lutego mamy, prawda?
Koło 10 stycznia wybrałam się z moją jedyną na "Akademię Pana Kleksa", nie będę opisywała samej fabuły filmu, wszak już inni to zrobili, zaznaczę tylko, że miałam zamiar skorzystać z aplikacji Kino Dostępne, która to aplikacja, jak wiadomo, umożliwia oglądanie filmu z audiodeskrypcją. Odpaliłam appkę zgodnie z instrukcją i co? I co? I gówno, chce się powiedzieć. Internet miałam tak słaby, że samo ad pobierało się chyba z 15 minut. A niby w galerii Forum sale kinowe są na pierwszym piętrze, co jednak nie przeszkadza, żeby ten głupi internet wziął i umarł. Nie ukrywam, że uwielbiam wyprawy do galerii z moim dzieckiem, szczególnie, że coraz fajniej robi się z nią zakupy. Ale ale, Katarzyno, ty o czym innym zupełnie miałaś.
No właśnie nieszczęsna "Akademia Pana Kleksa" – o swoich wrażeniach niewiele opowiem, bo nie powalił mnie ten film na kolana, sam Ambroży Kleks sprawiał wrażenie pozbawionego mocy sprawczej, jakiś taki mało poradny się wydawał, a jedynie, co dobrze mu wychodziło, to wzdychanie "A to feler", choć nie, jedno mi się podobało, a mianowicie "Ale" zamieniamy na "Więc". I tak naprzykład: "Chciałabym się nauczyć smażyć naleśniki, ale denerwuję się, że mi nie wyjdą", a konstrukcja natomiast powinna być następująca: "Chciałabym nauczyć się smażyć naleśniki, więc zacznę ćwiczyć, żeby mi wyszły smaczne".
Tak można z wieloma rzeczami, ale nie chce mi się za bardzo ich wymyślać, wybaczcie, źle spałam ostatniej nocy, a i dziś zrobiłam sobie małe tourne po mieście i nogi w dupę mi włażą.
Ale wracając do Kleksa: mojej Zuzce podobał się do czasu, przestał, gdy Wilkusy wkroczyły do akcji i całego nie obejrzałyśmy, bo młoda się bała, więc wyszłyśmy jakieś pół godziny przed końcem.
Pierwszy tydzień ferii, które u nas wypadły w pierwszej turze, młoda spędziła z dziadkami, a ja oglądałam seriale na Netfliksie, tak, tak, ja oglądałam seriale, co nie jest niczym zwyczajnym, bo to się zdarza góra raz w roku. I między innymi obejrzałam Forsta, co okazało się straszliwym rozczarowaniem, bo z książkowym Forstem, to on za wiele wspólnego bynajmniej nie miał.
Ja wiem, że to adaptacja i takie tam, zresztą po "Wiedźminie" to mogłam się spodziewać wszystkiego i nie powinnam być jakkolwiek zaskoczona. Ogólnie ten tydzień obijałam się niemożebnie, co wcześniej raczej rzadko mi się zdarzało.
Drugi tydzień okazał się paskudny, jeśli o pogodę chodzi, więc praktycznie siedziałyśmy w domu.
9 lutego do kina wybrałyśmy się na premierę filmu "Emma i Czarny Jaguar" – film opowiada o przyjaźni łączącej tytułową Emmę z równie tytułowym czarnym jaguarem o imieniu Hope. Kiedy dziewczyna dowiaduje się, że w dżungli, w której niegdyś mieszkała wraz z rodzicami, dochodzi do masowego wywozu zwierząt, a dni Hope są policzone, postanawia reagować wbrew woli swojego ojca. Mama dziewczynki została zabita przez kułsowników, gdy zaczęła bronić praw zwierząt. Córka natomiast chce iść śladami matki. W pościg za niepokorną Emmą wyrusza jej nauczycielka biologii, co ciekawe, kobieta opiekuje się niesprawnym jeżem Jerzym. Jest to naprawdę cudowny film, już dawno nie oglądałam nic tak wzruszającego, bo nie raz łezka mi się w oku zakręciła. Zuzi również bardzo się podobało, ale tego w sumie mogłam się spodziewać. Najbardziej jednak zaskoczył mnie pan przy kasie, kupowałyśmy jakieś przekąski i pan oznajmił, że na drugi raz będzie lepiej jak kupię bilet w kasie, bo wtedy zapłacę tylko za siebie, a Zuzia, jako opiekun będzie mogła wejść za darmo. oczywiście miałam ochotę zaraz sprostować, że opiekuna to ja nie potrzebuję, ale co ja się będę produkować, kiedy za mną kolejka coś jakby się wydłużać zaczęła i zapewne nikt nie byłby zachwycony, gdybym zaczęła wdawać się z panem w potyczki słowne. Dodam, że chodzimy do Multikina, bo jakoś nam bardziej po drodze niż do Heliosa.
Tyle o kinie, a nie nie, zaraz, 29 lutego ma premierę druga część Diuny, na którą może i poszłabym z mężem mym jedynym, ale nie pójdę, bo wątpię, żebym rozumiała zbyt wiele, a sam kontekst to trochę mało, żeby cieszyć się wrażeniami. Co jednak najgorsze, albo wkurzające, to dubbing w ukraińskiej wersji językowej będzie, a w polskiej, chyba nie. No szlag mnie trafia i krew zalewa, że nawet w tej kwestii traktuje się nas jak obywateli drugiej kategorii. Nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę rozumiem ciężką sytuację ludności ukraińskiej, sama pomagałam, jak tylko mogłam, ale trochę z tym przegięli, tak uważam.
W marcu idę z mężem na stand up Wiolki Walaszczyk i bardzo się na to cieszę, wszak trochę rozrywki niedziecięcej matce też jest potrzebne.
Mówiłam Wam, że w styczniu kupiłam AirPodsy? Nie? No to Mówię: kupiłam AirPodsy pro, które? Cóż, te z usb C. Tyle musi Wam wystarczyć, bo za cholerę nie pomnę jaki to one tam numer miały.
W niedzielę natomiast umarła nasza koszatniczka, co jest tym smutnym akcentem tego wpisu, bo byliśmy z nią bardzo związani. Najmocniej tę stratę przeżywa Zuzia, tak więc zaczęliśmy poszukiwania nowego przyjaciela rodziny i tym razem postanowiliśmy dać dom stworzeniu, które pożyje nieco dłużej.
Córa chciała królika, ale przy całej sympatii do tych zwierzaków nie jestem przekonana, szczególnie, że króliś, jak to króliś, kabelki pogryźć lubi, mebelkami też nie pogardzi, a do biegania potrzebuje więcej przestrzeni niż kosza, której wystarczyło udostępnić przedpokój i łazienkę, z uszakiem taki numer nie przejdzie. Psa nie chcemy, bo ja nie przepadam za lizaniem, a i sierść w każdym zakamarku jakoś mnie przeraża, a ostatecznie pewnie to ja i stary musielibyśmy ze stworem wychodzić, więc odpada. Kot też, bo moja alergia jest zbyt silna, wiem, że są sfinksy i inne maine Coony, czy tam Devon Rexy, ale one z kolei trochę kosztują, ostatecznie stanęło na żółwiu – stepowym czy greckim, a może egipskim – nie wiem jeszcze, ale mój pan mąż stwierdził, że terrarium sam może ogarnąć, zostanie więc zakup lamp i różnych żółwich gadżetów, ale co najważniejsze, samego żółwika.
Ja wiem, że żółw to może dość mało kontaktowe stworzenie, że bardziej do obserwacji się nadaje, ale cóż, lata temu miałam stepka i wcale nie był taki nudny, jakby się mogło wydawać. Wbrew pozorom jest to ciekawskie stworzenie, które lubi się tu i ówdzie zakopać, a i podkopik zrobi, jeśli tylko taką możliwość dostanie.
Poza tym, w przeciwieństwie do królika, nie śmierdzi, czego o tym pierwszym powiedzieć nie można.
No dobrze, to chyba tyle, wszak nie wiem czy jest coś, o czym chciałabym napisać, pozdrawiam i trzymajcie się.

Kategorie
Takie tam różności

Krótko, króciutko o minionym roku

Hej, Drodzy. Jak spędzacie jutrzejszego sylwestra? Na domóweczce, czy może jakaś grubsza impreza się kroi? U mnie domówka, jak od wielu już lat, ale nie jest mi źle z tego powodu. Częściowo żarełko jakieś ogarnęłam, trunek też się znajdzie, choć w moim wypadku to trunki bezalkoholowe, które swoją drogą lubię, szczególnie, że od tych z procentami jakoś nie odbiegają. Nie żebym miała wybitne doświadczenie, bo z trunków free, piłam grzańca galicyjskiego i piwo.
Ale ale, ja tu o trunkach, a o czym innym miało być, tak więc do brzegu, Katarzyno, do brzegu.
Początek minionego roku, w zasadzie do marca, upłynął pod znakiem złamanego mężowskiego małego palca u stopy i jak wiecie, miałam wtedy przemożną ochotę zamieszkać pod mostem. Do dziś nie mogę wyjść z podziwu dla siebie samej, że ten okres przetrwałam bez większego uszczerbku na psychice. 🙂
Pierwsza klasa mojego dziecka, jawiąca się początkowo, jak koszmar spędzający sen z powiek, nie okazała się znowu taka straszna, a powiem więcej, jest całkiem spoko i pominę tu nasz system edukacji, bo o tym ze spokojem raczej mówić się nie da.
W lipcu, gdy małż miał dwutygodniowy przestój w pracy, zrobiliśmy gwieździe pokój, z którego jest całkiem zadowolona, a i sam remont przebiegł wyjątkowo szybko i bez większych niespodzianek.
W minione wakacje miałam również okazję podróżować naszą koleją, a konkretnie to Intercity, a trzeba Wam wiedzieć, że ostatni raz pociągiem na trasie dłuższej niż 50 km, jechałam, będąc w ciąży. Nie powiem, bo całkiem przyzwoicie się jechało, nawet moje dziecko polubiło pociągi. Pod koniec sierpnia, a więc na ostatnią chwilę, nie bójmy się tego stwierdzenia, podjęłam wreszcie decyzję, że składam wniosek o dofinansowanie do sprzętu elektronicznego z aktywnego samorządu i ów nieszczęsny wniosek, jak i cały SOW spędzał mi sen z powiek i przyprawiał mnie o ból głowy, palpitacje serca i niemal o apopleksję.
Cały proces ciągnął się do grudnia, ale koniec końców, dofinansowanie otrzymałam, stając się posiadaczką nowego kompa, który też budzi we mnie mordercze instynkty, a także monitora brajlowskiego, Brailliantem zwanym. Swoją drogą, kto dał mu taką nazwę, toż język można sobie na niej połamać, to raz, a dwa, mogłaby służyć jako doskonały test na sprawdzenie trzeźwości, bo nie wiem, czy po pijanemu można ją bez trudu wypowiedzieć. Kiedy tylko otrzymałam rzeczony monitor, ogarnął mnie pusty śmiech, gdy dotarło do mnie, że nie ma do niego instrukcji czy to w brajlu, bądź na płycie. Dobrze, że sam w sobie nie jest on jakoś skomplikowany, ale muszę się jeszcze ogarnąć w używaniu go w konfiguracji z kompem i telefonem, ale powoli i z tym się ogarnę, wszak mam go niespełna miesiąc. I o najważniejszym nie wspomniałam. Od września jestem człowiekiem pracującym, co z uwagi na dodatkowy zastrzyk gotówki, bardzo mnie cieszy. Ten stan rzeczy potrwa przynajmniej do końca przyszłego roku, a ja mam nadzieję, że może odrobinkę dłużej, choć aż tak w przyszłość nie będę wybiegać.
Czy mijający już rok obfitował w jakieś jeszcze wydarzenia, o których warto wspomnieć? Możliwe, choć w tej chwili sobie ich nie przypominam.
Cóż, nie będę się dłużej rozpisywać, chciałabym Wam tylko życzyć jeszcze szczęśliwego nowego roku, niech będzie lepszy od 2023, niech spełnią się Wam te pragnienia, których sobie sami życzycie.
P.S. Tak jeszcze dodam na koniec, bo akurat teraz mi się przypomniało.
Koleżanka Zuzki widziała moją liijkę, której ogarnianiem byłam zajęta, gdy do nas przyszła.
Z tego, co wiem, spytała mojej córki do czego to służy, to jej Zuza powiedziała, że jest to urządzenie do czytania brajlem tego, co brajlem napisane nie jest. Myślę, że dość trafnie to ujęła i w możliwie najprostszy sposób wytłumaczyła koleżance.
Dobra, teraz to naprawdę już koniec. Dobrej nocki.

Kategorie
Takie tam różności

Grudzień nam nastał i dobrze.

Witajcie, drodzy.
Zimę piękną mamy, a ja nie zamierzam narzekać na śnieg, co mnie samą zaskakuje, nie wiem dlaczego tak się dzieje, możliwe, że zbyt mało jest białego gówna. Owszem, trochę go leży, ale bywało więcej.
Listopad minął, co bardzo mnie cieszy, bo ciągnął się niesamowicie, a pewnie zresztą nie tylko u mnie, ten miesiąc powoduje stan zbliżony do depresyjnego. Czy w tym czasie zadziało się coś szczególnego? Raczej nie, tyle tylko, że 14 listopada podpisałam w końcu umowę, przy czym pozbyłam się skrzętnie gromadzonej gotówki, co trochę zabolało, ale bolałoby bardziej, gdybym musiała wyłożyć 100 procent tej kwoty. Aktualnie czekam sobie na sprzęt. Nie będę ukrywać, że cierpliwym człowiekiem, to ja nie jestem, nie nie, a tylko ja wiem, że cały ten aktywny samorząd kosztuje mnie już sporo cierpliwości, a o nerwach to już nie wspomnę nawet. Ponieważ kwota dofinansowania wyniosła ponad 10 tysiączków, to musiałam jeszcze pofatygować się do CUS, bo w Koszalinie odeszli od OPS na rzecz centrum usług społecznych, właśnie, o czym wspominam tak gwoli wyjaśnienia. Zapytać możecie w tym miejscu, po co do tegoż urzędu się fatygowałam? Ano weksel podpisać, coby do głowy mi nie przyszło ów sprzęt spieniężyć. Nie nie, spokojnie, nie zamierzam niczego spieniężać, ale oni tego wiedzieć nie muszą, stąd kolejne zabezpieczenia na wypadek. :p
Do tego mój ekspres wziął i umarł, choć nie tak do końca, bo umarł jedynie system do spieniania mleka, a ponieważ nie jest to sprzęt, który kosztował krocie, więc nie jest mi go jakoś szkoda, inna sprawa, że w wielu opiniach czytałam, że jest to najsłabszy punkt ekspresów tej firmy i o ile espresso robi świetne, o tyle mojej ukochanej latte już nie zrobi. Ostatecznie więc dostanie go moja mama, która espresso uwielbia, a ja postanowiłam wystosować do Mikołaja apel o kawiarkę elektryczną i spieniacz do mleka, też elektryczny of course. Ktoś w tym miejscu mógłby spytać, dlaczego takie, bądź co bądź, dziwaczne rozwiązanie? Że z pewnością lepiej byłoby kupić ekspres automatyczny i po sprawie.
Teoretycznie może i tak, ale jak wiemy teoria swoje, a praktyka to zupełnie co innego.
W tym wypadku wcale nie musiałabym pozbywać się mojego ekspresu, a jedynie dorobić się spieniacza do mleka, problem jedynie w tym, że mam za mało miejsca, żeby oba urządzenia trzymać. I żleby nie było, to też nie jest tak, że się nie da dokumentnie, bo nie da się, to parasola w dupie otworzyć, zapewne jakoś bym tak zakombinowała, że ten dodatkowy sprzęt znalazłby swoje miejsce, ale to spowodowałoby, że moja przestrzeń robocza znacznie by się zmniejszyła, to raz, a dwa, moja i tak mała kuchnia wyglądałaby na straszliwie zagraconą, a tego chcę uniknąć, stąd takie, a nie inne rozwiązanie. Kolejny argument za, to koszta, wszak automat swoje też kosztuje, a ja właśnie wydrenowałam swoją kieszeń na aktywny samorząd, tak tylko przypominam.
No to skoro malkontenci przyjęli wymówkę, to idziemy dalej.
Jakiś czas temu odkryliśmy wspólną, rodzinną pasję, a mianowicie: lego star wars. Nie mamy jeszcze wybitnej kolekcji, ale coś tam już jest i tak posiadamy: imperialną maszynę kroczącą, dość dużą, a Paweł z Zuzką składali ją zaledwie 3 dni, statek imperialny TIE, statek Dartha Vadera, z figurek natomiast jest Luke Skywalker, Chewbacca, pilot maszyny kroczącej, dwóch szturmowców, C3PO i 2 jakieś takie imperialne droidy.
Namiętnie kupuję młodej gazetkę Lego Star Wars, a ona dzięki temu szlifuje czytanie, no, przynajmniej nie muszę jej do tego zachęcać zanadto, bo lektury, to wiadomo.
Aktualnie Zuzia czyta "Przygody dziesięciu skarpetek", obie stwierdziłyśmy jednogłośnie, że Cukierek był ciekawszy.
Poza tym moje dziecko odkryło w sobie malarskie zacięcie. Sama namalowała nocny pejzaż, co według tych, którzy obraz widzieli, wyszło bardzo ładnie.
Jeśli zainteresowania nie miną, to możliwe, że coś w tym kierunku zadziałamy, wszystko jednak zależy od Zuzanny i jej chęci, bo wiadomo jak jest w tym wieku, upodobania zmieniają się z prędkością światła, a ty, biedny rodzicu, musisz nadążyć.
Muszę też hamować moje rodzicielskie zapędy do nadmiernego pomagania młodej w nauce. W piątek pani zadała dzieciakom do napisania list i koniecznie chciałam jej w tym pomóc, praktycznie ułożyłam za nią treść listu, na szczęście młoda dość szybko sprowadziła mnie na ziemię, twierdząc, że ona chce samodzielnie go napisać, bo inaczej to nigdy nie nauczy się budować poprawnych zdań, a jedyne, o co zapyta, to o przecinki, żebym jej powiedziała gdzie je wstawiać.
Ostatecznie młoda ma rację i to mój problem, żeby się z tym uporać.
Dodam jeszcze, bo nie wiem, czy o tym wspominałam, moje dziecko lubi matematykę, tak, tak, nie przesłyszeliście się. Najlepsze jest to, że ona dla relaksu zadania rozwiązuje i nie zamierzam narzekać z tego powodu, no, może jedynie w tej kwestii, że w mamusię to ona się nie wdała. :p
To bardziej po tatusiu, który matmę ogarnia całkiem dobrze, a na pewno lepiej niż ja.
Zapomniałabym wspomnieć, że w piątek wybrałyśmy się na oficjalne odpalenie instalacji świetlnej, którą zafundowali nam koszalińscy radni, czy kto tam o tym zdecydował. Instalacja podobno ładna, a do tego być może byłam w lokalnych mediach, o czym nie pochwaliłam się nikomu z rodziny i znajomych of course, bo i też nie było czym się chwalić. :p
No dobra, wszystko już zostało napisane, to ja się pożegnam, życząc Wam drodzy, dobrej nocki.