Kategorie
Jak Katarzyna sobie w kuchni poczynała - czyli moje pierwsze kroki w gotowaniu.

Moja kulinarna zmora jeszcze do niedawna, czyli naleśniki.

Cześć, witajcie w ten lipcowy wieczór. U mnie jest gorąco, a u Was? Wprawdzie deszczyk popadał nawet, ale to jak na lekarstwo.
Ja jednak nie o tym.
Wczoraj spojrzałam na datę ostatniego wpisu i uświadomiłam sobie, że było to już ponad miesiąc temu, ale o tym też nie będę pisać, bo dziś, drodzy Państwo, opowiem Wam o moich naleśnikarskich umiejętnościach, a raczej o ich braku, o którym bardzo długo byłam przekonana.
Naleśniki od zawsze stanowiły moją kulinarną piętę achillesową i w najśmielszych nawet snach nie przypuszczałam, że kiedykolwiek opanuję ich smażenie, bo trzeba Wam, drodzy, wiedzieć, że u mnie głównie o smażenie się rozchodzi.
Zrobienie ciasta nie jest czynnością nastręczającą jakichś większych trudności. Przepisu tu podawać nie będę, z grubsza wszędzie jest podobny, różnią się pewnie proporcje i ewentualne zastępniki – zamiast mleka krowiego np. roślinne jakieś albo woda gazowana – o takim patencie też słyszałam, ale nie wiem, nie próbowałam.
Mąkę, rzecz jasna też można zastąpić – choćby orkiszową albo gryczaną ewentualnie ryżową. Podobno z kokosowej raczej nie wychodzą, lecz też nie próbowałam, więc pewności nie mam, bo może ktoś ma patent jak dobre naleśniki z mąki kokosowej uważyć.
Z grubsza chodzi jednak o produkty i proporcje, ale jedno jest pewne – mąka, mleko i jajka – to składniki podstawowe.
Żyłam więc sobie z przekonaniem, że naleśniki to nie jest coś, co w najbliższym czasie opanuję. Miałam tę pewność, bo kilka razy zabierałam się do zrobienia ich, lecz efekt był więcej niż marny. Zazwyczaj wychodził jeden, góra dwa, a reszta – dno i wodorosty – proszę Państwa. No tak to wyglądało.
W końcu doszłam do wniosku, że zostawiam to w cholerę, bo i tak nie nauczę się ich smażyć. Generalnie szkoda było produktów, prądu, gazu i mojego czasu.
Odpuściłam, ale niech Wam nie przyjdzie do głowy, że zrobiło mi się lepiej z tego powodu. No nie zrobiło się lepiej, bo cały czas drażniła mnie myśl, że to nie jest tak, że się nie da, bo prawie wszystko się da, no, chyba, że parasola w dupie otworzyć, tego akurat chyba się nie da. 🙂
Ach i jeszcze trafiał mnie jasny szlag, że to babcia, jak przyjedzie, smaży młodej naleśniki.
I tak oto miałam motywację, żeby jeszcze raz z nimi powalczyć i tym razem wyszłam zwycięsko w tym starciu, bo tym sposobem pokonałam moją kulinarną zmorę. Teściowa dość skutecznie pomogła mi opanować smażenie i od kilku miesięcy sama chętnie zabieram się za naleśniki, które obie z Zuzą uwielbiamy.
Nie są one oczywiście takie ładne, okrągłe i kształtne jak u osób widzących, są raczej dość brzydkie, niekształtne, nierówne itd. ale smakują mojemu dziecku i to jest najważniejsze w tym wszystkim.
Jeśli o moją metodę smażenia chodzi to nie jest ona jakaś specjalna.
Najpierw na patelni rozgrzewam odrobinkę oleju, a po chwili wylewam porcję ciasta. Ja używam takiej chochli do nalewania zupy, ewentualnie łyżki do sosów – jest bardziej płaska od chochelki i w kształcie troszkę takiego jaja, przynajmniej ta moja.
Następnie czekam sobie aż naleśnik się zetnie. Stopień zesmażenia sprawdzam delikatnie palcem i kiedy nie ma już na wierzchu surowego ciasta, zabieram się za przewracanie i robię to tak: do prawej ręki biorę dość cienką drewnianą łopatkę, którą następnie wsuwam pod naleśnika. Lewą ręką przytrzymuję patelnię, żeby nie latała po całej kuchence. Z tą łopatką kombinuję tak, żeby znalazła się na środku spodu naleśnika, u mnie jednak sposób z drugą łopatką przytrzymującą od góry nie działa, mam wrażenie, że nie kontroluję patelni i nie czuję jakoś tego naleśnika. Nie wiem jak jaśniej to wytłumaczyć, ale tak jest, tak więc, jeśli muszę, to przytrzymuję lekko tego naleśnika z góry palcem, po czym unoszę lekko łopatkę i obracam nadgarstek i pozbywam się zawartości z łopatki.
Tak mniej więcej to u mnie wygląda. Oczywiście nie jest to sposób pozbawiony wad, bo czasem można się lekko poparzyć, ale to jedyny minus, który zauważyłam.
Myślę jednak, że nie w metodzie wykonania pies jest pogrzebany, ważna jest również konsystencja ciasta, żeby nie lało się za mocno, albo, żeby nie okazało się za gęste i to też nie do końca jest tak, że konsystencja zaważy na wszystkim, bo moim zdaniem najważniejsze to próbować do skutku i znaleźć własny sposób na przewracanie, bo jestem pewna, że to ono w wielu przypadkach stanowi największy problem.

Kategorie
Takie tam różności

Poprawność polityczna, a może już absurd?

Cześć, witajcie.
Naszła mnie wczoraj pewna refleksja, a mianowicie, gdy przeglądałam facebooka trafiłam ja na post – nie pamiętam czyj – pewna jestem, że to jakiś fanpage. W rzeczonym poście autor pytał o właściwe określenie dla kogoś, kto ma autyzm i padły takie oto propozycje:
Autystyczny, autysta, osoba z autyzmem, osoba autystyczna, autystyk, a może osoba ze spectrum.
Z czystej ciekawości postanowiłam poczytać komentarze, które nawiasem mówiąc pozostawiały sporo do życzenia, bo jedni komentujący nie pozostawili suchej nitki na innych, którzy odważyli się mieć odmienne zdanie. Jasne, hejt i jego różne formy są w Internecie na porządku dziennym, ale ja nie o tym.
Chodzi mi o tzw. Poprawność polityczną i zaczęłam się zastanawiać czy to już aby nie przekracza granicy absurdu. Mam wrażenie, że samym zainteresowanym nie robi to większej różnicy czy są nazywani osobami w spectrum czy osobami z autyzmem albo autystycznymi.
Tymczasem wielu komentujących uznało, że jeśli użyjemy przymiotnika miast rzeczownika to będzie to kategoryzowanie ludzi i wkładanie ich do szufladki z napisem autystyczny czy niepełnosprawny w ogóle. A już ponadto będzie to określało tę osobę jako jakąś, a nie osobę z czymś.
Prawda jednak jest taka, że bez względu jakiego nazewnictwa użyjemy to i tak nie unikniemy tego nieszczęsnego szufladkowania i kategoryzowania, przecież każdy z nas jest jakiś, choćby taki niebieskooki, wszak ów przymiotnik określa jego kolor oczu, więc można stwierdzić, że wkłada go do szufladki dla tych z niebieskimi oczyma.
Pewnie możemy również powiedzieć osoba z niebieskimi oczami, ale czy w rezultacie coś to zmieni? Ten delikwent nadal należy do grupy ludzi o niebieskich oczach, albo weźmy na warsztat niepełnosprawność. Przyjęło się jakiś czas temu określenie osoby z niepełnosprawnością, broń Boże osoby niepełnosprawne, bo to znów jest kategoryzowanie i szufladkowanie, ale czy to zniknie jeśli tylko zmienimy ten przymiotnik na rzeczownik? Może i brzmi, nie wiem, lepiej, może dla kogoś ładniej, poprawniej, jak zwał tak zwał, lecz to nadal pozostanie określenie stanu tej osoby, który jest jej/ jego integralną częścią. A swoją drogą, wyobrażacie sobie aby o niewidomych mówić jako o osobach z niewidomością? Bo ja chyba jednak nie, to brzmi jak taki sztuczny twór językowy.
Według mnie tę energię, którą tak skrupulatnie pakuje się w poprawność polityczną w kwestii nazewnictwa i określeń wszelakich, lepiej byłoby spożytkować na odczarowaniu stereotypów na temat niepełnosprawności, to chyba znacznie bardziej by się nam przysłużyło niż kombinowanie przy właściwej formie – osoba niepełnosprawna/ osoba z niepełnosprawnością. Pomijam rzecz jasna określenia mające znaczenie pejoratywne, bo nie o tym jest mowa, niemniej one również mają się nieźle w słowniku Polaków.
W ogóle mnie osobiście rażą niekiedy tworzone na siłę formy żeńskie, a choćby taka psycholożka, naukowczyni itd. Ja rozumiem, że feministki chcą mieć swoją formę żeńską, ale dla mnie niektóre np. psycholożka, doktorka, pedagożka i parę jeszcze innych brzmią po prostu głupio i mało poważnie.
Być może właśnie wsadzam tym wpisem kij w mrowisko, może niektórzy zechcą mnie pożreć, ale niech tam, na zdrowie życzę, niemniej zapraszam do dyskusji, bo może to tylko ja uważam, że poprawność polityczna przekroczyła granicę absurdu i zmierza w złym kierunku.

Kategorie
Zuzankowe wpisy

Trudne pytania cz. 2

Wczoraj młoda znów zagięła mnie kilkoma interesującymi pytaniami, ale też zaczyna wyciągać wnioski. Wprawdzie są to dziecięce rozważania na miarę prawie 6-latki, ale niektóre ciekawe i powiedziałabym – mające sporo sensu.
I tak, zapytała np. "Dlaczego serce bije"? Wyjaśniłam więc, że pompuje krew do organizmu, a jej nasunęło się wtedy takie oto stwierdzenie: "jak przestanie bić to krew nie będzie płynąć?".
Kolejne, dość drastyczne: "Co się stanie jeśli rozetniemy brzuch?". Hm, musiałam wznieść się na wyżyny subtelności, żeby kwestię wyjaśnić.
Oczywiście nie obyło się też bez pytań natury religijnej: "Skoro Pan Bóg stworzył świat, to Pan Jezus mu w tym pomagał?". Zapadła cisza wypełniona odrobiną konsternacji z mojej strony, ale młoda sama sobie dopowiedziała: "Przecież Pana Jezusa nie było wtedy na świecie".
Najlepsze jednak zostawiłam na koniec. Mała poruszyła temat wody, więc tłumaczę jej, że ludzki organizm w 70 procentach składa się właśnie z wody, a Zuza taki wniosek wysunęła: "Przecież bylibyśmy cali mokrzy". Nie powiem, zrobiła mi tym dzień.

Kategorie
Jak Katarzyna sobie w kuchni poczynała - czyli moje pierwsze kroki w gotowaniu.

03.11.2014

Tę datę pamiętam dlatego tak dobrze, gdyż tego dnia postanowiłam ugotować mój pierwszy obiad. Wymyśliłam makaron z sosem. Uznałam, że jak na początek nie będzie to jakoś wybitnie skomplikowane danie. Pewnie prościej byłoby zacząć od zupy, ale trzeba wam wiedzieć, że mój ukochany ma do zup za długie zęby – a mówiąc najprościej, cóż, nie lubi w zasadzie żadnych zup.
Oczywiście mogłam iść na łatwiznę i zaserwować sos ze słoika, ale moja ambicja wykraczała ponad gotowca, który wystarczy w garze zagotować.
Z wielkim entuzjazmem zabrałam się do pichcenia, sama ciekawa co z tego wyjdzie. W międzyczasie wykonałam ileś tam telefonów do mamy, a ona cierpliwie dawała mi wskazówki.
Przygotowałam sobie miejsce pracy, pokroiłam cebulę, podsmażyłam, przecisnęłam czosnek przez praskę, dodałam do cebuli, a później dorzuciłam mięso mielone, pozwoliłam mu się lekko podsmażyć i podlałam wodą, czymś tam przyprawiłam i pyrkało sobie to to na gazie.
Okazało się jednak – co zauważyłam odrobinę za późno, że wody wlałam trochę za dużo i rzadkie się zrobiło. No więc dawaj kombinować z zagęszczaniem mąką. Sos owszem, zgęstniał, ale smakował mącznie i ogólnie to praktycznie jak typowa pomidorówka.
Mąż jednak zjadł i nawet nie narzekał, ostatecznie wiedział, że był to mój debiut, bądź co bądź. Zjeść się dało, ale mimo, iż moglibyśmy jeść to dnia następnego, to machnęłam ręką i wyjęłam bigos od mojej rodzicielki. Ostatecznie jego pozostawało tylko podgrzać, a z ugotowaniem ziemniaków problemów nie miałam już od dawna. 🙂

Kategorie
Jak Katarzyna sobie w kuchni poczynała - czyli moje pierwsze kroki w gotowaniu.

Kilka słów na początek.

Dawno, dawno temu nie śniło mi się nawet, że kiedykolwiek ugotuję coś bardziej skomplikowanego niż ziemniaki. Spytacie skąd to przeświadczenie? Ano, moja rodzicielka nie bardzo chciała wpuścić mnie do kuchni, żebym podjęła próby zgłębiania tajników sztuki kulinarnej. Owszem, kilka razy coś tam przebąkiwałam, że w zasadzie mogłabym, że jak coś to ja chętnie obiad ugotuję, ale odpowiedź zazwyczaj była jedna: "Jeszcze się w życiu nagotujesz".
Na tak postawioną sprawę, wzruszałam jedynie ramionami i dawałam sobie spokój, bo nie było to coś, czego za wszelką cenę pragnęłam się nauczyć.
Mój jedyny obowiązek, poza robieniem sobie i mamie kawy od czasu do czasu, polegał na gotowaniu ziemniaków, gdy rodziciele byli w pracy. Ach, obieranie również należało do mnie, tak gwoli ścisłości.
Czasem pokroiłam warzywa na sałatkę czy tam ciasto zakręciłam robotem of course, ale w zasadzie to byłoby na tyle.
Jak już wspomniałam, nie dążyłam do pojęcia praktycznego aspektu gotowania. Podstawy teoretyczne miałam, a jakże, ale w praktyce? W praktyce byłam zielona jak szczypior na wiosnę.
Doszłam wtedy do wniosku, że ja chyba gotowania nie polubię i w zasadzie nie pomyliłam się jakoś znacząco – rzeczywiście, nie jest to moja ulubiona czynność.
Często twierdzę, że gotuję, bo muszę, żeby małżowi i dziecięciu żarełko zapewnić. Inna sprawa, że moja brzydsza połowa, cóż, jego generalnie lepiej ubierać niż żywić, więc wiecie, on mógłby jeść mielone i schabowe naprzemiennie, a ja, ja nie. Lubię próbować nowych potraw i, co ciekawe, lubię je przyrządzać. Problem w tym, iż mąż i córa nie podchodzą zbyt optymistycznie do tych moich poczynań. I nie, nie gotuję niezjadliwie, a przynajmniej teraz, bo początkowo, cóż, ale to temat na inny wpis.
Nie lubię monotonii w kuchni, to chyba tak można określić, za to uwielbiam różnorodność, ale problem w tym, że dla samej siebie z reguły mi się nie chce przygotowywać wymyślnych potraw, ostatecznie sama musiałabym je konsumować.
Ogólnie jednak rzecz ujmując to mimo, iż za tradycyjnymi kotletami nie przepadam, to eksperymenty jak najbardziej lubię i czasem, sama dla siebie, na poprawę humoru, coś tam sobie upichcę i mam też cichą nadzieję, że uda mi się młodą zachęcić do próbowania nowych rzeczy, bo w kwestii męża, cóż, straciłam wszelką nadzieję, ale żebyście sobie nie myśleli, że jakoś mi z tym źle. Nie, tego akurat powiedzieć nie mogę, trafił mi się wybredny egzemplarz, a jak to mówią, jeśli nie możesz czegoś zmienić, to spróbuj to polubić.

Kategorie
Jak Katarzyna sobie w kuchni poczynała - czyli moje pierwsze kroki w gotowaniu.

O kategorii.

Dziś, gotując obiad, doznałam swojego rodzaju natchnienia, że może warto byłoby pokazać jak poczynałam sobie w kuchni, a tym samym udowodnić, że nawet stare, ponad 30-letnie baby, mogą ogarnąć tajniki sztuki kulinarnej.
Bo wiedzieć wam trzeba, że samodzielnie gotować zaczęłam po 30-stce, będąc już na swoim.
Tyle tytułem wstępu. Oczekujcie na kolejne wpisy, bo możliwe, że dziś wieczorem coś w tym temacie się pojawi.

Kategorie
Moje przepisy

Ciastka owsiane z bananami i rodzynkami

Dawno nie wrzucałam tu żadnego przepisu, a mam dziś taki, który robi furorę na moim osiedlu wśród mamusiek i dzieciaków.
Dostałam go od siostry i jak zrobiłam, tak przepadłam.
Składniki na około 16 sztuk:
3 lub 4 dojrzałe banany,
szklanka płatków owsianych,
2 jajka,
2 łyżki masła orzechowego
rodzynki lub inne bakalie,
opcjonalnie kakao – ja nie daję.
Wykonanie:
Banany blendujemy, dodajemy do nich jajka i masło orzechowe. Miksujemy do momentu aż składniki się połączą. Następnie dodajemy płatki owsiane i rodzynki i przez chwilę jeszcze miksujemy, ale na wolnych obrotach, jeśli nie chcemy, żeby nam płatki po całej kuchni latały.
Jeżeli masa wyda się wam za rzadka to proponuję odstawić ją na kwadrans i poczekać aż płatki naciągną i zmiękną.
Na blachę wykładamy papier do pieczenia i formujemy sobie nasze ciastka. Można nabierać ciasto łyżką, ale ja preferuję formowanie rękoma.
Piekarnik rozgrzewamy do temp. 180 st. i pieczemy przez 15-20 min.
Muszę przyznać, że ja już od dawna podwajam porcje, bo moja rodzina uwielbia te ciacha, a wczoraj Zuzka wzięła kilka na podwórko i moje koleżanki nie miały wyboru, jak tylko zabierać się za pieczenie.
Pocieszające jednak jest to, iż naprawdę szybko się je robi.
Wam również polecam spróbować, nie rozczarujecie się.

Kategorie
Moja twórczość

„Kolor krwi” – rozdział 2.

Normalnie z tymi wpisami to jakaś klęska urodzaju, 😂
bo oto oddaję w wasze ręce kolejny rozdział.

Rozdział 2

Komnata wielkiego mistrza zakonu Dzieci Boga Jedynego była przestronna i bogato urządzona. Pod oknem stało ogromne łoże nakryte jedwabną narzutą widoczną zza lekko rozsuniętego baldachimu. Środek zajmowało masywne biurko z ciemnego drewna, a pod ścianami stał fotel i regały na księgi.
Wielki mistrz Faran siedział w fotelu i czytał. Lewym łokciem przyciskał do podłokietnika stertę podobnych kartek czerpanego papieru.
Odrzucił świstek na ziemię i wziął następny.
Czytanie donosów nie należało do jego obowiązków, lecz lubił to, zawsze mógł dowiedzieć się czegoś nader interesującego, tym razem jednak zawiódł się, bo nie znalazł nic, co mogłoby wzbudzić jego ciekawość. I tak oto dziś na przykład przeczytał, że niewolnica państwa Ashel znieważyła ich córkę, nazywając ją grubą i nadętą świnią. Doniósł na nią inny niewolnik, rzecz jasna. W innym napisano, że Złoto Krwista imieniem Kadea została przyłapana na oddawaniu czci Wielkiej Matce, bogini, której wyznawcami byli wszyscy ci popaprańcy. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale wymagało ze strony zakonu interwencji.
Kult tego bóstwa został zakazany pięćdziesiąt lat temu, zakon stał na straży wiary w Boga Jedynego, a odstępców uważał za heretyków i apostatów.
Religia zakonu była jedyną, którą te psie pomioty mogły wyznawać, zaś rolą jego i współbraci było krzewienie jedynej wiary i nawracanie pogan, jeśli nie po dobroci to siłą, a siła odnosiła najlepsze efekty.
Na kontynent północny zwany również Ektaris zakon przybył z południa, które w większości zamieszkiwali ludzie. Owszem, było tam paru Złoto Krwistych, lecz znacznie mniej niż jego ludu.
Ówczesny wielki mistrz zapragnął poszerzyć terytorium państwowe zakonu, ale Południowcy nie zamierzali się poddać. Władcy południowych krain zawarli przymierze i obalili zakon Dzieci Boga Jedynego, a oni jak niepyszni musieli uciekać.
Poprzednik Farana nie uznał tego za porażkę, postanowił więc poprowadzić swoich braci i ich rodziny ku nieznanej północy. Słyszeli z legend i opowieści, że Ektaris to bogate miejsce, pełne magii i Złoto Krwistych, których należało upokorzyć, pokonać i nawrócić na jedyną słuszną wiarę. I tak rozpoczął się podbój, a zakon stał się zdobywcą i wygrał, całkowicie opanowując nowe ziemie.
Siana wśród ludzi zamieszkujących północ propaganda przyniosła zamierzony skutek i już wkrótce zbuntowali się przeciw swoim Złoto Krwistym władcom, co okazało się przydatne do umocnienia pozycji zakonu.
Wojna trwała pięć lat, aż Orsanga musieli się poddać, szczególnie wtedy, gdy zakonni magowie znaleźli sposób na ujarzmienie magrinów, tych diabłów wcielonych.
Te pięćdziesiąt lat było złotym wiekiem zakonu, a on, Faran Devalius zarządzał niegdysiejszym Północnym Imperium Ektaris.
Uniósł oczy ku niebu i odmówił krótką modlitwę dziękczynną do Boga Jedynego.
Rozchylił poznaczone bliznami od rękojeści miecza palce, a świstek wylądował na ziemi u jego stóp.
Drzwi komnaty otworzyły się cicho. Do środka wszedł niewolnik Złoto Krwisty. Upadł na kolana i dotknął czołem sadarskiego dywanu wyściełającego posadzkę.
– Panie, główny wywiadowca zakonu prosi o posłuchanie. –
Odezwał się mężczyzna, nie unosząc głowy z podłogi.
Powinien kazać go wychłostać za brak dyscypliny, odezwał się bez wyraźnego pozwolenia, a to było surowo zabronione.
Podszedł do skulonej na podłodze postaci i trącił czubkiem ciężkiego buta w bok głowy.
– Posprzątaj to. –
Rozkazał, wskazując ręką stertę donosów zalegających na ziemi.
– Możesz wstać, zezwalam. –
Dodał, nie widząc reakcji Złoto Krwistego.
Niewolnik zaczął zbierać kartki i upychać je w kieszeniach workowatej tuniki. Robił to na tyle niezgrabnie i wolno, że wielki mistrz poirytował się, ale powstrzymał gniew.
– Mówiłeś, że główny wywiadowca chce się ze mną spotkać, tak? –
Spytał od niechcenia, wkładając ciężki czarny płaszcz z ze złotą tarczą i okiem, symbolem godności wielkiego mistrza.
– Tak, mój panie. –
Odpowiedział tamten, upychając ostatni świstek do przepastnej kieszeni.
– Dobrze, zawołaj go do mnie, ale pospiesz się psi synu, bo każę cię wychłostać. –
Wysyczał przez zęby. Nie pozwolił niewolnikowi wstać, więc ten na czworakach wycofywał się do wyjścia. Niekiedy bawiło go znęcanie się nad dumnymi Orsanga, uwielbiał ich poniżać i pokazywać gdzie aktualnie znajduje się ich miejsce.
Wiedział jednak, że gdy tylko za sobą zamknie drzwi, wstanie. Oni zawsze tak robili. Był pewien, iż tylko udawali uległych, a w gruncie rzeczy okazywali się cwani, przebiegli i sprytni.
To zapewne wina ich złotej krwi, tak, w tym należało upatrywać przyczyny ich zepsucia.
Chwilę później do komnaty wszedł zaskakująco młody człowiek, nie mający nawet trzydziestu lat.
Miał na sobie przybrudzony płaszcz podróżny, a zakurzone buty zostawiały na dywanie ślady zaschniętego błota.
Wywiadowca skłonił głowę porośniętą rudą czupryną.
– Z czym przychodzisz Eligiusie? –
Od razu przystąpił do rzeczy wielki mistrz. Nie miał ochoty na rozwlekłe powitania i wymianę uprzejmości w stylu: jak się miewasz bracie, jak zdrowie, podróż i takie tam banały.
To było zarezerwowane dla pospólstwa i niskiej rangi zakonników, a jego te reguły nie obowiązywały.
– Wracam właśnie z komturii Sadarskiej. Komtur Dervan przekazał mi dość niepokojące wieści, choć w zasadzie można by nazwać je plotkami. –
Odparł dźwięcznym głosem młody zwiadowca.
– Jakie to wieści? –
Wielki mistrz uniósł brwi w zaciekawieniu, po czym wskazał stojącemu wciąż mężczyźnie krzesło.
– Siadaj. –
Rzekł, powarkując.
– I mów, co to za wieści. –
Dodał, kładąc dłonie płasko na stole.
– Od razu pozwolę sobie zaznaczyć wielki mistrzu, że nie jestem pewien na ile te wieści są prawdziwe, czy nie są to zwykłe plotki, mrzonki prostaków i tych psich synów Złoto Krwistych. –
Zaczął ostrożnie Eligius, lecz Faran uniósł dłoń, przerywając zbyt długi wywód.
– Do rzeczy chłopcze. –
Specjalnie nazwał go chłopcem, wiedział, że wywiadowca wyjątkowo tego nie lubi.
Młodzieniec zacisnął zęby, lecz skinął tylko krótko głową.
– Dobrze, zatem sprawy mają się tak, niektórzy ze Złoto Krwistych twierdzą, że Aurelin de Kantarda żyje. Jedni mówią, iż jest niewolnicą gdzieś w Estel, inni, że prostytutką w Sadarze, a może w Kaleen, tu akurat zdania są mocno podzielone, ale co do jednego wszyscy są pewni, dziewczyna gdzieś żyje. –
Wielki mistrz uśmiechnął się lekceważąco.
– Co za bzdury opowiadasz, Eligiusie, dajesz wiarę tym plotkom? Osobiście byłem przy zagładzie rodu de Kantarda i wierz mi, nikt nie uszedł wtedy z życiem. –
Doskonale pamiętał ten dzień. Do tej pory słyszał krzyki umierającej młodej kobiety i jej małej córeczki, a w nozdrzach czuł zapach złotej krwi, która spłynęła schodami ich domu wprost do rynsztoka, lecz to nie był czas na wspomnienia.
Milczał dłuższą chwilę, po czym dodał.
– Nawet gdyby to szczenię jakimś cudem przeżyło, miało wówczas coś koło trzech lat, więc pozostawione samo sobie zapewne i tak zdechło gdzieś, a gdyby jednak przeżyło, cóż, nie pamięta kim było zanim dokonaliśmy zagłady jej rodziny. Teraz może być kimkolwiek, ale nie stanowi dla nas żadnego zagrożenia, lecz tak dla pewności każ sprawdzić wszystkie niewolnice między piętnastym, a dwudziestym rokiem życia. Jeśli rzeczywiście ona żyje to prędko się o tym dowiemy. –
Drzwi do komnaty nie były zamknięte, więc Kalias bez przeszkód mógł podsłuchać rozmowę wielkiego mistrza i brata Eligiusa.
Początkowo nie bardzo rozumiał o czym mężczyźni rozmawiali, dopiero po chwili do niego dotarło o kogo chodziło. On też słyszał te plotki, ale tak po prawdzie to nie dawał im wiary, ale skoro sam wywiadowca postanowił się podzielić nimi z wielkim mistrzem, cóż, to mogła być prawda i dziewczyna rzeczywiście gdzieś żyje, tylko co to dla niej teraz oznaczało? Domyślał się, nic dobrego, bracia odnajdą ją, schwytają i zapewne zabiją, chcąc zniwelować zagrożenie, nim to się jednak stanie, mnóstwo młodych Złoto Krwistych umrze zamęczonych w katowniach i salach tortur.
Na myśl o maltretowanych młodych kobiet Orsanga zrobiło mu się smutno, choć oni również nie darzyli go sympatią, jak ludzie z resztą. Był mieszańcem, a dla takich obie strony miały do zaoferowania jedynie pogardę i obrzydzenie.
Bracia często nazywali go kundlem, do czego nigdy nie przywykł, więc odpłacał pięknym za nadobne, co często wpędzało go w kłopoty i kończyło się karcerem lub chłostą. Do tego również się przyzwyczaił, z resztą nie tylko on, inni nowicjusze także w ten sposób byli karani.
– Dobrze wielki mistrzu, roześlę swoich ludzi, aby sprowadzili niewolnice do naszej twierdzy i zamknęli je w lochach. –
Odpowiedział główny wywiadowca i odwrócił się w kierunku wejścia. Kalias próbował się skryć, ale był zbyt wolny.
– Zdaje się, że mamy towarzystwo. –
Powiedział Eligius szyderczo, wskazując palcem na niedomknięte drzwi.
Faran uniósł wzrok i napotkał spojrzenie chłopaka.
Nienawidził tych czarnych oczu otoczonych złotą obwódką, kundel miał w sobie więcej z Orsanga niż z człowieka, lecz mimo to był jego synem, sekretnym synem, bo nikt nie znał jego tajemnicy, nawet Kalias nie wiedział kto jest jego ojcem i tak było dobrze, z resztą Faran nie żywił do chłopaka żadnych ojcowskich uczuć, a żeby była jasność, innych uczuć też nie żywił. Chłopak go ani grzał, ani ziębił, był mu całkowicie obojętnym, choć ta złota krew, ona wszystko psuła. Gdyby Kalias był człowiekiem, ale nie był, a to przesądzało wszystko.
– Wejdź, młodzieńcze, skoro już i tak wszystko słyszałeś. –
Powiedział wielki mistrz i obrzucił chłopaka pogardliwym spojrzeniem.
Kalias zawahał się. To nie był dobry pomysł, lepiej by zrobił, gdyby się wycofał, ale za nieposłuszeństwo czekała go kara, choć podsłuchiwanie też na nią zasługiwało.
Zwiesił ramiona wzdłuż tułowia i wszedł z rezygnacją wypisaną na twarzy. Cokolwiek go czekało, wiedział, że nie będzie to nic dobrego.

Kategorie
Moja twórczość

„Kolor krwi” – rozdział 1.

Jest to bardzo roboczy tytuł czegoś, co przez ostatnie tygodnie, a nawet miesiące, chodziło mi po głowie.
Ogólnie zarys fabuły mam ogarnięty, a wam oddaję do rąk pierwszy rozdział tego czegoś. Komentujcie, jak trzeba krytykujcie.

Rozdział 1
Dzień chylił się ku końcowi, słońce nieubłaganie zmierzało na zachód, w kierunku Gór Mglistych.
Viyanna bez słowa wstała i ubrała znoszony płaszcz i zadeptane dziurawe ze starości buty. Dziadek popatrzył na nią swoimi ciemnymi oczyma, lecz nic nie powiedział, nigdy nic nie mówił, widząc ją szykującą się do pracy w przybytku Asany Czarnookiej.
Viyanna często zastanawiała się czy staruszek wie gdzie przyszło jej pracować. Możliwe, że jakiś życzliwy sąsiad powiedział mu, czym już wkrótce będzie się trudniła jego ukochana wnuczka. Z pewnością nie byłby zachwycony, gdyby się dowiedział, ale jaki miała wybór? W zasadzie żadnego, nawet gdyby mogła uciec, cóż, nie potrafiła się na to zdobyć, nie mogła porzucić jedynej osoby, jaką miała w życiu. Dziadek wychował ją i wszystkiego nauczył, a ona czuła, że jest mu coś winna.
– Wrócę jak zwykle, rano. –
Powiedziała na pożegnanie, a staruszek pokiwał głową.
Opuściła sypiącą się lepiankę i nie oglądając się za siebie, ruszyła krętymi uliczkami slumsów.
Slumsy były przyklejone do podgrodzia Estel, które kryło się za potężnymi murami najeżonymi wieżyczkami i basztami. Kluczyła między budynkami tak, by straż na murach jej nie wypatrzyła, to było zbyt niebezpieczne, szczególnie teraz, gdy nadciągała noc.
To nocą pełniący wartę ludzie zabawiali się z jej pobratymcami, urządzając sobie na nich polowania lub męcząc kogoś dla uciechy.
Przyspieszyła kroku, Asana nie będzie zadowolona, gdy Viyanna się spóźni, a w tym tygodniu już dwa razy to się jej przydarzyło.
Mijała coraz to lepiej utrzymane chałupy, karczmy i burdele, w których pracowały podrzędne prostytutki. Popatrzyłaby na nie z pogardą, lecz wiedziała, że już wkrótce ona również dołączy do ich grona, Asana jej nie odpuści, nie z jej urodą.
Uskoczyła przed lądującymi w rynsztoku odchodami, lecz niedostatecznie szybko, bo kleista maź wlała się jej do lewego buta. Dziewczyna zaklęła szpetnie. Ochrypły rechot kobiety, która wylała ekskrementy przyprawił ją o gniew, lecz nie miała czasu. Poszła dalej, nie zważając na smród i upokorzenie.
Usłyszała ich nagle, ciężkie kroki niosły się wśród zaułków, pod buciorami chrzęścił piach i żwir. To mogło zwiastować tylko jedno, nadciągał patrol, a jej nie powinno tu być, jeśli nie chciała skończyć w więziennej celi.
Umknęła w zaułek i skuliła się, lecz wiedziała, że trochę się spóźniła. Przycupnęła pod ścianą, opierając się plecami o chropowaty kamień. Nie miała dokąd uciekać, bo zaułek okazał się ślepy.
Zdawała sobie sprawę, że gdy ją znajdą od razu zrozumieją kim jest, a takich jak ona powszechnie nienawidzono i pogardzano nimi. Każdy, najpodlejszy nawet żebrak czy dziad stał wyżej od nich, choć pół wieku temu to oni rządzili tym światem.
Miała ochotę się gorzko roześmiać, bo wtedy nie było jej na świecie, nie mogła więc nic wiedzieć na temat potęgi jej ludu.
Ludzie nazywali ich złoto krwistymi, choć oni mówili o sobie Orsanga, wszak to była właściwa im nazwa.
Orsanga jednak dawno pochłonęła przeszłość i historia, a jedyne co im pozostało to złote obwódki wokół oczu i złota krew, nic więcej. Ich legendarne moce i nieśmiertelność przepadły wraz z przybyciem ludzi, którzy w jakiś sposób wszystko im odebrali.
Właściwie to wiedziała jak to się stało. Dziadek opowiadał jej o tym. Każdy Orsanga był połączony magiczną więzią z bestią, tak te stworzenia nazywali ludzie, natomiast właściwą nazwą były magriny.
Ludzie ujarzmili te niezwykłe istoty podstępem i od lat nikt ich nie widział, ale musiały gdzieś żyć, istnieć i tęsknić do tych, z którymi byli połączeni. Viyanna nie miała nigdy takiego magrina, urodziła się długo po tym, jak je usunięto z Ektaris.
Nie, ludzie sami w sobie nie byli tacy źli, ale Zakon Dzieci Boga Jedynego, to oni odpowiadali za całe zło, które spadło na Złoto Krwistych.
Zakon Dzieci Boga Jedynego rządził niepodzielnie i twardą, bardzo twardą ręką.
Od momentu ich rządów Orsanga zostali sprowadzeni do roli niewolników, a ci, którym niewoli udało się uniknąć zamieszkali w slumsach na obrzeżach Estell i wielu innych miast.
W Ektaris od pięćdziesięciu lat dominował człowiek, rasa słabsza, rzadko kiedy obdarzona mocą magiczną, a jednak wygrali i tubylczą ludność wypchnęli na margines, a nawet poza niego.
– Kaliasie, zdaje się, że słyszałem jakiś szmer, sprawdź czy któryś z tych obrzydliwców nie kryje się w zaułku. –
Chropawy głos musiał należeć do dowódcy patrolu, ale odpowiedzi dziewczyna nie usłyszała.
Po chwili do jej uszu doleciały kroki jednej osoby. To pewnie ów Kalias szedł w jej kierunku. Zacisnęła dłoń na brzydkim sztylecie i wysunęła go zza pasa. Nie zamierzała tanio sprzedać skóry. Rozejrzała się nerwowo. Ściana, o którą się opierała była zbyt gładka, aby się po niej wspiąć na dach, nie posiadała żadnych szczelin ułatwiających oparcie dla dłoni i stóp.
Im bliżej słyszała kroki, tym bardziej była przerażona. Co ją może spotkać? W najlepszym razie uwięzienie, wsadzą ją do celi, przetrzymają o głodzie i chłodzie, a za kilka dni może wypuszczą.
To była najlżejsza forma kary dla nieposłusznego Orsanga, lecz były i gorsze, a choćby publiczna chłosta, ucinanie stopy, niewola, gwałt, którego członkowie Zakonu nie odmawiali sobie i śmierć.
Jeszcze raz przebiegła palcami po ścianie, próbując znaleźć cokolwiek i nic, żadnej szczeliny.
Ogarnęła ją rozpacz i zgroza, a do migdałowych oczu napłynęły gorące łzy.
Przypomniała sobie co ludzie myśleli o łzach złoto krwistych, gdy nazbierać ich odpowiednio dużo i ukryć je w zimnym i chłodnym miejscu, to zamienią się w złoto. Gdyby nie jej rozpaczliwe położenie, pewnie wybuchłaby gromkim śmiechem. Owładnął nią zimny strach, dosłownie czuła jego palec wwiercający się w czaszkę. Przełknęła ślinę z niemałym trudem, bo gardło miała zaciśnięte.
Z rozdygotanych palców Viyanny wypadł brzydki sztylet i z brzękiem upadł na ziemię. Zaklęła w myślach, schylając się po nóż.
Z tego wszystkiego nie usłyszała nadciągającego strażnika.
Gdy uniosła załzawione oczy, zobaczyła postać odgradzającą drogę ucieczki.
Mimo ciemności, widziała bardzo dobrze. Jej pobratymcy mieli znacznie lepszy wzrok niż ludzie, co zawdzięczali źrenicy nocnej, którą mogli przywoływać w ciemnościach. Wprawdzie jej oczy stawały się wtedy dość upiorne, ale to nie miało większego znaczenia.
Ten, którego zobaczyła, nie był jeszcze pełnoprawnym zakonnikiem, bo zamiast czarnego płaszcza z wyhaftowaną złotą tarczą, symbolem i herbem zakonu, nosił brązową szatę. Jej uwadze nie umknął wiek chłopaka. Nowicjusz mógł być niewiele starszy od niej.
Dłuższą chwilę przypatrywali się sobie nawzajem i wtedy dziewczyna dostrzegła kolejny szczegół. Chłopak był mieszańcem. Jego matka, a może ojciec należeli do Orsanga.
– Kaliasie, pospiesz się. –
Od strony ulic dobiegła ostra komenda.
– Jeśli ktoś tam jest to bierz go na arkan. Chyba nie muszę uczyć cię co robić z tymi istotami. –
W ostatnie słowa mężczyzna włożył tyle jadu i nienawiści, że gdyby mogło to zabić, Viyanna leżałaby już martwa.
– Odwrócę ich uwagę, a ty uciekaj. –
Wyszeptał chłopak, ledwie otwierając usta.
Nie mogła w to uwierzyć, on puszczał ją wolno. Uniosła brwi w bezbrzeżnym zdumieniu, lecz Kalias tylko pokręcił głową i odszedł, zostawiając ją bez odpowiedzi.
– Nic tam nie ma. –
Powiedział beztroskim głosem.
– A ten hałas? Co to było? –
Dowódca nie dał się tak łatwo zbyć byle wymówką. Dziewczyna dosłownie przykleiła się do ściany, chcąc jak najmniej odróżniać się od ciemnego w mroku kamienia.
– To tylko szczur mój panie, prysnął, gdy tylko mnie zobaczył. –
Usłyszała odpowiedź młodzieńca. Dlaczego ją puścił? Przygryzła wargę w namyśle.
Musisz być bardziej czujna, ten chłopak, Kalias, on cię puścił, ale następni już nie będą tacy dobrzy, nie licz na to.
Złajała się w myślach.
Dobrze, zatem chodźmy dalej. Nie mam ochoty dłużej przebywać w tej śmierdzącej dziurze. –
Wymruczał towarzysz młodzieńca i oddalili się szybkim krokiem.
Viyanna oparła się o ścianę i westchnęła z wielką ulgą. Nie rozumiała dlaczego ten chłopak ją puścił, a bardzo chciała to zrozumieć, nie miała jednak czasu, wiedziała, że już spóźniła się do pracy.
Ostrożnie opuściła zaułek, rozejrzawszy się i pobiegła krętymi uliczkami podgrodzia, do którego przylegała znaczna część slumsów. Musiała się spieszyć, choć uniknięcie reprymendy od pani Asany zdawało się być niemożliwe.
Asana Czarnooka była właścicielką przybytku rozkoszy, w którym dziewczyna pracowała, chcąc zapewnić byt sobie i dziadkowi.
Do hałaśliwej Sali wpadła zdyszana i mokra od potu. W nozdrza uderzył ją zapach piwa, wina, miodu i gorzałki, a także pożądania, strachu i rozpaczy. Mało która z dziewcząt pracowała w przybytku Asany Czarnookiej z własnej woli, większość z nich, chcąc zarobić na życie musiała się prostytuować, chyba, że wolała zostać niewolnicą, tego losu jednak każda z nich wolała sobie oszczędzić.
Przez harmider wybił się syk Asany.
– Spóźniłaś się. –
Kobieta pojawiła się znienacka i przeszyła Viyannę spojrzeniem swoich czarnych oczu.
– Natknęłam się na patrol. –
Odezwała się dziewczyna. Widać jednak według Czarnookiej niezbyt pokornie, bo ta z całej siły uszczypnęła ją w ramię.
Viyanna syknęła z bólu, a oczy zaszły jej łzami.
Nienawidziła Asany, jej brutalności i okrucieństwa, ale nie miała wyboru.
– Ogarnij się i do roboty, ach i umyj się, bo cuchniesz. –
Powiedziała kobieta, wbijając jej szpony w nadgarstek, aż kilka kropelek złotej krwi spadło na podłogę. Nie zareagowała na ten przejaw brutalnej siły, to nie miało większego sensu, jeśli nie chciała bardziej oberwać.
Dziewczyna skinęła głową i ruszyła ku łaźni.
W pomieszczeniu panowało przyjemne ciepło, a w powietrzu unosił się zapach kwiatów i seksu.
Zmieniła przepoconą tunikę i spodnie na czerwoną kusą sukienkę, uczerniła brwi i rzęsy Kohlem, swoje złote włosy rozpuściła i zabrała się do pracy.
Do jej obowiązków należało usługiwanie mężczyznom, podawała im napitki i jadło, jak na razie, przygotowywanie pokoi, sprzątanie po niekiedy brutalnych zabawach z dziewczynami i doprowadzanie ich do stanu używalności, co nawiasem mówiąc, czasem graniczyło z cudem.
Asana jednak wymagała by jej dziewczyny prezentowały się dobrze, ba, najlepiej w całym Estel.
Viyanna bała się dnia, gdy to ona dołączy do grona młodych kurtyzan, a ów dzień zbliżał się nieuchronnie, wszak za kilka tygodni będą jej osiemnaste urodziny, a to oznaczało ni mniej, ni więcej, że będzie zmuszana do zaspakajania nienasyconej żądzy braci zakonnych i ich towarzyszy.
Z rozmyślań wyrwał ją ostry głos Asany.
– Zajmij się Delarą, krwawi, trzeba ją opatrzyć i sprawić, żeby nadawała się do pracy. –
Viyanna bez słowa zabrała potrzebne rzeczy i ruszyła przez korytarz ku górnym piętrom. Tam panowała względna cisza przerywana jedynie jękami rozkoszy i krzykami bólu.
Kroki dziewczyny tłumił miękki dywan Sadarski, a więc najlepszy, choć lata świetności musiał mieć dawno za sobą. Pozostałości po plamach z krwi, wymiocin i innych płynów ustrojowych trudno było usunąć. Na szczęście ludzie byli na tyle ślepi, że tego nie widzieli, co innego jednak Orsanga ze swoim wyostrzonym wzrokiem.
Viyanna weszła do pokoju i w jej nozdrza od razu uderzył zapach krwi i ludzkiej spermy.
Oh, ależ ich sperma cuchnie. Pomyślała, przełykając ślinę.
Delara leżała na łóżku, niemal nieprzytomna, a spomiędzy jej ud sączyła się złota struga krwi.
Dziewczyna delikatnie potrząsnęła ramieniem rannej, a ta otworzyła oczy pełne przerażenia. Już chciała krzyknąć, ale Viyanna uspokoiła ją delikatnym gestem.
– Już myślałam, że wrócił. –
Odezwała się Delara, pociągając nosem.
– Bez obaw, muszę cię doprowadzić do porządku, więc następnego klienta tak szybko mieć nie będziesz. –
Odparła Viyanna bez cienia współczucia, choć w środku nienawidziła się za to. Wiedziała jednak, że teraz współczucie nie jest tym czego Delara potrzebuje. Jeśli zaczęłaby się nad nią użalać, jej towarzyszka najprawdopodobniej załamałaby się i rozpadła na kawałki, a wtedy kto wie co Czarnooka by z nią zrobiła.
Viyanna wprawnymi ruchami obmyła dziewczynę z krwi. Robiła to powoli, skrupulatnie i delikatnie, nie zamierzając zadawać koleżance dodatkowego bólu.
– Muszę zeszyć ci udo, chyba chciał sprawdzić czy naprawdę masz złotą krew. –
Oznajmiła beznamiętnie i zabrała się do szycia. Pięćdziesiąt lat temu, takie rany wyleczono by magicznie. Pomyślała, zakładając kolejny szef.
– Viya, podsłuchałam dziś, że po jutrze odbędzie się twoja licytacja. –
Wyszeptała Delara, posykując z bólu.
– Co takiego? –
Dziewczyna zastygła z igłą w ręce.
– Przecież według zasad licytacja powinna się odbyć w dniu moich urodzin, a do nich brakuje jeszcze dobre dwa tygodnie. –
Narzędzie wypadło z dłoni i zalśniło na podłodze. Schyliła się i ujęła igłę w rozedrgane palce.
– Wiem, ale Asana popadła w niełaskę u wielkiego mistrza zakonu, jakaś grubsza sprawa podobno, z resztą to nieważne o co poszło. Wiadomo, że Czarnooka chce odzyskać względy głowy zakonu, więc postanowiła trochę przyspieszyć twoją licytację. –
Viyanna poczuła zimny dreszcz oblewający całe jej ciało.
– Ona nie może tego zrobić. –
Odezwała się płaczliwym głosem.
– Oczywiście, że może i zrobi to, nie powstrzymasz jej, wiesz o tym tak samo dobrze jak ja. –
Odpowiedziała zimno Delara. Tak, Viyanna wiedziała o tym, ale jakaś naiwna część jej natury kazała jej sądzić, że to łamanie reguł, ale jeśli było się Asaną Czarnooką, cóż, jej reguły nie obowiązywały, każda z dziewczyn wiedziała o tym i mogła to zaakceptować lub stać się niewolnicą w domu któregoś możnego pana, co w gruncie rzeczy okazywało się niewiele lepsze od dotychczasowego życia.
W tej sytuacji wybór był zły, albo bardzo zły i wszystkie o tym wiedziały, Viyanna również, lecz do dzisiaj jeszcze się łudziła, licząc, że ma kilka tygodni, lecz czas przyspieszył, by wciągnąć ją na samo dno piekła.

Kategorie
O mnie

Nie będę oryginalna, a więc: Q and A

Czasem może warto iść za tłumem, a skoro w blogosferę eltenową wnosi to swojego rodzaju ożywienie, to cóż, nie wykażę się ani oryginalnością, ani, tym bardziej, kreatywnością.
W sumie już kiedyś rozważałam zrobienie Q and A, rozważałam tak sobie i rozważałam i, no właśnie… Właśnie nic z tego wówczas nie wynikło, tak więc, spróbuję teraz.
Czekam na pytania od was i obiecuję, że odpowiem na wszystkie, albo na prawie wszystkie.
No, chyba, że tylekroć powielany pomysł uznacie za nudny do szpiku kości, co w zasadzie wcale by mnie nie zdziwiło.