Kategorie
Takie tam różności

A, takie tam, wynurzenia z dupy.

Hej, hej. Majówka się kończy. Czy dobrze? A nie wiem, dla mnie był to weekend, jak każdy, tyle, że młodej nie było i mogłam, bądź co bądź, odrobinkę sobie odpuścić różne rzeczy, a muszę w tym miejscu powiedzieć, że we wtorek wymieniali mi okna, więc kolejne dni upłynęły pod znakiem sprzątania, ogarniania i malowania tego, co panowie siłą rzeczy, pokiereszować musieli. Koniec końców jednak, cieszę się nowymi oknami. Pewnie trochę jeszcze czasu minie, zanim pozbędę się tego wszechobecnego kurzu i pyłu, bo on, cholera, ciągle wyłazi, co wkurwia mnie niemożebnie, ale cóż, takie są uroki wszelkich prac remontowo-montażowych.
Uświadomiłam sobie też, że za tydzień minie miesiąc, odkąd pożegnałam się z Saxą i co mogę stwierdzić po tym czasie? Generalnie jest dobrze, nie mam food noice, a przecież tego najbardziej się obawiałam i myślę sobie, że tak już zostanie, szczególnie, że Saxenda, w przeciwieństwie do innych analogów GLP-1, jest podawana codziennie, więc nie ma przedłużonego działania. Niby można się poczepiać i stwierdzić, że przecież brałam ją rok z okładem, więc pewnie trochę jej w organizmie zostało. Teoretycznie tak może być, ale z drugiej strony po to zmniejsza się dawkę stopniowo, żeby zmniejszać dopływ leku do organizmu i, żeby nie odstawić go np. z dawki 3,0 ml, bo wtedy mogłoby "zaboleć".
Cóż, jestem dobrej myśli i już nie boję się, jak na początku, że dopadnie mnie food noice. Efektu jojo też się nie spodziewam, w końcu to ja mam kontrolę nad żarciem, a nie żarcie nade mną. To oczywiście nie oznacza, że wpadki mi się nie zdarzają. Zdarzają się od czasu, do czasu, ale nie robię z tego wielkiej dramy. Stało się, to się stało, trudno, trzeba iść dalej. Przede wszystkim nie roztrząsam wtedy, dlaczego, po co i na co. Albo inaczej, staram się nie roztrząsać, bo z tego nic nie wyniknie, a jedynie spowoduje, że poczuję się jak przysłowiowe gówno, co absolutnie nie jest mi do szczęścia potrzebne.
W kwestii ćwiczeń, nadal nie doznałam olśnienia, albo może doznałam, ale nie chcę jeszcze tak tego określać. Za miesiąc mnie spytajcie. Teraz mogę jedynie powiedzieć tyle, że podjęłam wyzwanie w Respo – mnimum 12 treningów w maju. Ono oczywiście inaczej się nazywa, ale nie pomnę jak. Roztrenuj się z Respo, czy coś w tym stylu. Nie nazwa jednak jest istotna, ale sam fakt, że się zmobilizowałam. Doszłam też do wniosku, że muszę mieć bat nad sobą. Wtedy jakoś tak łatwiej mi to przychodzi. Dodam też, że nie jest to moje pierwsze wyzwanie, bo lutowe też zaliczyłam, jedynie zapomniałam, zaznaczać aktywność w appce, co dziś sobie uświadomiłam.
Pewnie chcielibyście też spytać, co u Zuzi i jak tam jej treningi. Otóż bardzo dobrze. Rozpoczęła też treningi indywidualne i przygotowuje się do występu solowego na pokazie, który odbędzie się 26 czerwca, szkoła, w której Zuzia trenuje, obchodzi wtedy swoje urodziny. W sumie pomysł zrodził się na pierwszych zajęciach indywidualnych, żeby młoda wystąpiła. Urodziny są utrzymane w klimatach słowiańskich, więc wymyśliłyśmy, że zrobimy z niej Driadę, tak jakoś nam przypasowało i nie będę ukrywać – miałam w tym swój udział, bo to ja tę Driadę wymyśliłam. Może nie jest to wiele, ale zawsze, w końcu gdyby nie pomysł, nie byłoby horeo na występ.
Poza tym cieszę się, że rok szkolny dobiega końca, choć teraz zacznie się walka o ostatnie oceny, niemniej, to już bliżej końca, niż dalej, a biorąc pod uwagę, że za chwilę egzaminy ósmoklasistów, później Boże Ciało, a więc kolejny długi weekend, to zleci szybko tych kilka tygodni. Tylko, żeby jeszcze ciepło się zrobiło, bo ileż można w kurtce chodzić. Fajnie byłoby móc wskoczyć w kieckę, a tu, póki co, się nie zanosi, bo przynajmniej u nas, po jutrze temperatura osiągnie półap 12 stopni, czy jakoś podobnie.
I tym oto mało optymistycznym akcentem, pożegnam się z wami cieplutko.
Trzymajcie się, miłego niedzielnego wieczoru wam życzę.

Kategorie
Takie tam różności

Nie, że wracam, ale tak sobie pomyślałam, a może coś tu napisać?

Hej, hej, ludzie i ludziska.
Co tam u was dobrego słychać? Z grzeczności jeno pytam, skoro już postanowiłam napisać jak mi życie mija, to wypadało i o wasze zapytać.
Tyle tytułem wstępu, nie chcąc zanudzić was czczą gadaniną, postaram się przejść do meritum.
Zacznę od tego, że w styczniu nosiłam się z podsumowaniem minionego roku, ale wiecie co? Jakoś tak wyszło, że nie wyszło. Ileś razy za to się zabierałam, po czym uroczyście stwierdzałam, że nie, do powiedzenia, to ja nic nie mam. Nie, że nie miałam, ale jakoś nie mogłam się zmobilizować, żeby jakkolwiek i cokolwiek tu napisać.
Teraz, pozwólcie, że podsumowań żadnych też czynić nie będę, bo wszak nie o to chodzi, poza tym kwiecień mamy, to już na wszelakie podsumowania chyba trochę za późno. 😛

Zacznę więc od spraw bieżących i najbardziej aktualnych. Dziś, moi drodzy, nadszedł ten dzień, w którym przyjęłam ostatnią dawkę – 0,6 mcg Saxendy. W końcu po roku i prawie dwóch miesiącach kłucia się mogłam zaprzestać. Nie, żeby te zastrzyki były dla mnie mega obciążeniem, nie były, ba, przyzwyczaiłam się nawet, niemniej kiedyś i tak musiałabym skończyć. Jak teraz będzie? Sama chciałabym wiedzieć, ale zakładam, że skoro z najmniejszej dawki schodziłam od trzech miesięcy, to liczę po cichu, że nie będzie tak źle, a organizm jakoś tego nie odczuje, inna sprawa, że jakoś tam sobie w głowie poukładałam, co też ma ogromne znaczenie, bo ogarnięta głowa, to połowa, jak nie więcej, sukcesu. Banalne stwierdzenie, ale jak ogarniesz głowę, to i ze zmianą nawyków dasz radę. Ale najlepiej będzie, jeśli spytacie mnie np. za miesiąc, czy dwa, jak to aktualnie u mnie wygląda.
W zasadzie, jestem na ostatniej prostej, żeby osiągnąć optymalny cel, zauważcie też, że optymalny, nie np. minimalny, czy idealny, ale właśnie, optymalny. Idealny bym chciała, ale to może nie wpłynąć dobrze na mój wygląd, choć jestem innego zdania, tyle, że ja akurat mogę mieć nie co zaburzony obraz postrzegania siebie, (spokojnie, pracuję nad tym). I z tego miejsca dodam jeszcze, że wpis zawiera lokowanie produktu, czy jakoś tak.
Po nowym roku w końcu zdecydowałam, że potrzebuję wsparcia dietetycznego, a ponieważ niekoniecznie miałam ochotę szukać dietetyka w moim mieście – polecana osoba – poszła w kierunku psychodietetyki i psychologii w ogóle, więc doszłam do wniosku, że wykupię dietę online i padło na Centrum Respo, z którego jestem mega zadowolona, do tego stopnia, że postanowiłam wykupić dostęp na rok czasu.
Z tego miejsca też zaznaczę, że nie jest to typowa dieta w tym sensie, że mamy system dietetyczny, tu dostajemy de facto opiekę dietetyka, który z bazy przepisów wybiera dla nas takie, które uwzględniają nasze preferencje kulinarne. Muszę też przyznać, że żarełko jest pyszne, a ja, mimo deficytu, nie jestem głodna.
Właściwie do wykupienia Respo zabierałam się od kwietnia zeszłego roku, ale wtedy wydawało mi się, że nie jest mi to potrzebne do szczęścia, jednak z czasem doszłam do wniosku, że jednak jest i nie ma co się łudzić, ale trzeba by się nauczyć komponować te posiłki i ogarnąć makro i kalorykę, co jak mi się wydaje, opanowałam nawet nienajgorzej.
A co poza tym? Bez zmian, można powiedzieć: na bezrobociu jeszcze nie jestem, męża nie zmieniłam, a dziecko wkracza w nowy etap – w końcu od sierpnia będę miała nastolatkę pełną gębą.
Ostatnio też trochę zaczęłam masować, nie pełnoskalowo, bo masuję trenerkę od aerial hop mojego dziecka, ale mam z tego sporo satysfakcji, ale nie, nie zamierzam wracać do masażu, choć początkowo moje niezdiagnozowane jeszcze ADHD już odpowiednio podkręciło mój mózg, a jemu 2 razy powtarzać nie trzeba. Ostatecznie jednak zostajęprzy masowaniu rekreacyjnym i tylko od czasu, do czasu i nawet nie chodzi o wznawianie działalności, ale raczej nie chcę odbierać sobie przyjemności, którą teraz masowanie mi daje. Wiem, że gdybym miała to robić na ful, straciłabym satysfakcję, a na etat masażowy wracać nie zamierzam, choć pewnie bym mogła, ale nie chcę, za stara już jestem.
Spytacie pewnie teraz jak tam treningi mojego dziecka – rozwija się dziewczyna, robi postępy, możliwe, że będzie miała dodatkowe treningi indywidualne, bo ma młoda potencjał i jest materiałem na zawodniczkę, więc kto wie, co przyszłość przyniesie. Napole dance również nadal chodzi i też robi postępy, ale mam wrażenie, że jej bajką zdecydowanie jest aerial hop.
A jeszcze do mnie wracając, żeby za pięknie nie było, bo jak wiadomo: dieta, białko, nawodnienie, wszystko to jest super hiper ważne, i z tym problemu to ja nie mam, albo inaczej: mam go bardzo rzadko, gorzej z aktywnością fizyczną. No za cholerę nie potrafię się zmusić do ćwiczeń, ja już na samą myśl, że mam cokolwiek ćwiczyć, czuję się zmęczona. 😂
To nie jest tak, że ja nie mam świadomości, że na redukcji ruch jest potrzebny, mam ją, a jakże, ale nie doznałam jeszcze prawdy objawionej, jak to miało miejsce w przypadku diety, tu poszło jakoś łatwiej, a z tym ruchem – no ni cholery nie doznaję olśnienia, nawet motywację trudno mi znaleźć.
Może któraś, bądź któryś z was potrafi, a jeśli tak, to ja chętnie przyjmę różne tam TIPy.
Gdzieś mimo chodem napomknęłam też o moim niezdiagnozowanymADHDowym mózgu. Nie wiem, czy o tym pisałam, czy też nie, ale jeśli tak, cóż, przeczytacie jeszcze raz. Otóż zaczęłam chodzić na terapię i okazuje się, że mogę mieć ADHD, to oczywiście nie jest powiedziane, że mam, wszak do tego trzeba zrobić różne testy – DIVA itd. Niemniej, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak może być. Czy się zdiagnozuję? Nie wiem, możliwe, ale z drugiej strony, diagnoza tania nie jest, a w tym roku muszę młodej stały aparat na zęby założyć, co generuje spore koszty. Pominę milczeniem, że higiena tego ustrojstwa przyprawia mnie o ból zębów, głowy i i co tam jeszcze może boleć, a już comiesięczne wydatki związane z wizytami u ortodonty i to przez co najmniej 2 lata albo dłużej. Aż chciałoby się powiedzieć, że małe dziecko, to mały problem i coś w tym jest, bo im są starsze, tym więcej kosztów generują.
No dobra, kończę narzekanie i generalnie chyba nie mam już nic do powiedzenia, tym samym zakończę, dobrej nocki życząc wszystkim.

Kategorie
Takie tam różności

Spontanicznie i.

Dzień dobry.
Scroluję sobie Eltena, tu i tam zaglądam, popijając przy okazji pyszną herbatkę z jabłkami i cynamonem z mojego super hiper dzbanka podgrzewanego świeczką, coby napitek w nim przyrządzony nam nie wystygł zanadto.
Pomyślałam tedy: a może coś napisać na tym nieszczęsnym, bo zapomnianym przeze mnie blogu?
Cóż, czemu nie?
Jeno uzupełnię kubek o herbatkę.
Moja jedyna pojechała z koleżanką na kręgle, więc matka ma chwilę względnego spokoju. A spokój ostatnimi czasy bardzo się przydaje, nie, żeby jakoś mi go brakowało, mam kilka obaw, ale generalnie tragedii nie ma.
Młoda moja zaczęła już 4 klasę i to był dla niej spory przeskok, raz, że nowe przedmioty doszły – przyroda, historia, technika i to chyba wszystko, bo reszta już była, niemniej teraz każdy przedmiot jest z innym nauczycielem, co jest sporą różnicą w porównaniu do etapu wczesnoszkolnego. Mimo to, radzi sobie całkiem dobrze, choć polski nie jest jej ulubionym przedmiotem, w ogóle ona woli te ścisłe – zauważyłam.
Nadal trenuje aerial hop – na urodziny dostała własne koło i doszła jeszcze rura, czyli pole dance. Tu pewnie niektórzy się uśmiechną, albo ciężko zbulwersują – jak to tak, posyłać dziecko na takie zajęcia, które mogą kojarzyć się zbyt seksualistycznie, ale to wcale tak nie jest, bo pole dance to bardzo fajny rodzaj ćwiczeń, a do tego niesie za sobą dużo korzyści, a jakie? Proszę bardzo:
trening ogólnorozwojowy całego ciała, wzmacnianie mięśni ramion, brzucha, pleców i nóg, wzmacnianie mięśni głębokich, poprawa koordynacji i równowagi, nauka nowych figur, co wpływa na kreatywność, bo można je dowolnie łączyć i tworzyć własne horeografie, To tak na szybko, co można o pole dance powiedzieć, poza tym moja młoda uwielbia zarówno rurkę jak i koła, a za jakiś czas być może dojdzie jeszcze szarfa, czyli aerial silk.
Ogólnie to się cieszę, że młoda ma pasje, że rozwija się w tym kierunku.
Teraz dowiecie się co tam u mnie w ostatnich miesiącach się podziało, a może nie podziało się wiele w sensie, pracy nie zmieniłam, męża też nie, mieszkam, gdzie mieszkałam, ale za to zmieniły się inne rzeczy, otóż, jeśli potraficie czytać między wierszami i zaglądacie na tego bloga, czytając czasem przepisy, których kilka tu jakiś czas temu wrzuciłam, to możecie się domyślić, że coś musiało się zadziać.
I się zadziało, bo postanowiłam zrobić coś ze sobą i z moją insulinoopornością, którą wiedziałam, że mam, a która dosłownie nie dawała mi żyć, odcinając mi prąd po niemal każdym posiłku, a to na dłuższą metę stawało się wyjątkowo nieznośne.
Jedyne wyjście, jakie przyszło mi do głowy, to zbadać poziom insuliny, który swoją drogą był wysoki, bo wynosił 51 i glukozę, po czym wyliczyć współczynnik HOMa – u mnie było 13,5, co mało nie jest, tak nawiasem mówiąc.
Uzbrojona w wyniki udałam się do lekarza i się zaczęło. W każdym razie, gdy wyszłam z gabinetu, popłakałam się, choć teraz nie wiem dlaczego, bo z jednej strony nie jest miło słyszeć, że w zasadzie to trochę się zapuściło, a z drugiej, że wypisane leki są cholernie drogie, bo jedno opakowanie kosztuje 472 zł – słownie czterysta siedemdziesiąt dwa złote. Właściwie to płakałam z obu tych powodów, ale zacisnęłam zęby. Doszłam do wniosku, że udowodnię pani Borówce, tak Zuzia nazwała moją lekarkę – pani ma w nazwisku Jagodę, stąd tak, a nie inaczej. No więc – tak wiem, zdania tak się nie zaczyna – postanowiłam, że udowodnię pani Borówce, że nie takie rzeczy Katarzyna już robiła. Owszem, bałam się skutków ubocznych zastrzyków i nie, nie jest to Ozempic, tylko Saxenda, więc jakby co, to nikomu z cukrzycą leków nie odbieram. 😏
I tak od 8 miesięcy – ale to szybko zleciało, tak swoją drogą – dzień w dzień kłuję się, celem zapodania sobie kolejnych dawek saxy, która – nie będę ukrywać – pomogła, bardzo pomogła, a i skutków ubocznych nie mam żadnych, początkowo jedynie przy zwiększonej dawce coś tam się działo, ale generalnie wracało do normy po kilku dniach. Przyznam tylko, że codzienne kłucie bywa uciążliwe, ale cóż, niektórzy dają sobie insulinę kilka razy dziennie i żyją, toteż ja również to przetrwam, no nie?
Teraz możecie spytać o moje jedzenie, bo wiadomo, zastrzyki to droga na skróty, co z tego, że schudniesz, ale jak odstawisz, to efekt jojo murowany. To są główne argumenty przeciwników takiej formy leczenia otyłości i trochę prawdy w tym jest, bo przede wszystkim, trzeba zmienić nawyki żywieniowe, to jest podstawa i nie ma znaczenia, czy będziemy korzystać z farmakologii, czy wejdziemy w deficyt kaloryczny, czy jeszcze tam coś innego zastosujemy. Nic nie będzie skuteczne, jeśli: uwaga, uwaga, wrócimy do starych nawyków żywieniowych, do nich wrócić nie można i najpierw to trzeba zrozumieć, a dopiero wtedy tak naprawdę można efektywnie pracować nad sobą.
No żadne cuda nie pomogą, jeśli wrócimy do żarcia sprzed okresu redukcji i jeszcze jedno: od tej pory to ma być styl życia, nie powinniśmy traktować tych wypracowanych nawyków jak zło konieczne, bo wtedy wiadomo jak to się skończy.
Teraz pewnie chcielibyście spytać: no to ile schudłaś: Całkiem sporo, bo 27 kg i jeszcze trochę mi zostało, bo jakieś 12 do 15, które chciałabym zgubić, ale za mną już ogromna zmiana. Co prawda aktualnie mój organizm trochę się buntuje, bo waga raczej stoi, waha się o kilkaset gram, ale to nie są duże skoki, więc wiem, że w końcu to ruszy, jedynie czasu trzeba i pójdzie w dobrą stronę.
I też, żeby nie było, nie jestem jakimś tam ekspertem od odchudzania itd. ale z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że się da, a i jedz mniej i więcej się ruszaj, nie działa, takie gadanie w buty sobie włożyć można, bo skuteczne to ono za cholerę nie jest. Fakty też są takie, że otyłość jest chorobą, którą można i trzeba leczyć.
W sumie nie wiem, czy dobrze zrobiłam, że o tym wszystkim napisałam, ale jeśli ktoś będzie chciał coś z tego dla siebie wyciągnąć, to pewnie wyciągnie, a jeśli nie – cóż, nie mój to problem.
Poza tym nie zamierzam teraz namawiać nikogo, że koniecznie musi leczyć swoją otyłość, do tego trzeba samemu dojrzeć, nie powiem, że chcieć, bo chcieć to jedno, a dojrzeć do tego, to drugie i myślę sobie, że jednak to jest ważniejsze, bo jeśli dojrzejemy do pewnych decyzji, to łatwiej będzie nam je realizować.
I tym oto akcentem zakończę, trzymajcie się, fajnego wieczoru wam życzę.

Kategorie
Macierzyństwo po niewidomemu

Czy to już ironia losu? Czy jeszcze nie?

Cześć, drodzy. Nie będę się tłumaczyć dlaczego mnie nie było, bo nie chce mi się tego robić, grunt, że się nie nudziłam w tym czasie, to musi wam wystarczyć.
Z czym dzisiaj do was przychodzę, zapytacie?
Ano, jak w temacie – taka mała rozkmina mnie naszła odnośnie do mojej jedynej, która to zdaje się, znalazła swoją pasję i wszystko jest super, jestem za, jak najbardziej, jako pierwsza poparłam jej chęć rozwoju w obranym kierunku, powiem więcej, dołożę wszelkich starań, żeby rozwijała się w tym, co lubi, ale dlaczego, dlaczego padło na coś, czego nie będzie mi dane zobaczyć? Kurczę, dlaczego wokalnie nie jest utalentowana, chociaż posłuchać bym mogła, a tak? A tak dupa zimna, nie zobaczę, bo proszę państwa, pasją mojej córki jest aerial hoop.
Co to jest ten aerial hoop pewnie teraz zapytacie, otóż, najprościej rzecz ujmując – połączenie formy akrobatyki, gimnastyki i tańca wykonywanego na metalowym kole zawieszonym pod sufitem. Koło takie jest wykonane z dość cienkiej rurki i może mieć średnice do 110 cm – musi być dobrane indywidualnie do wzrostu, ale w szczegóły zagłębiać się nie będę, bo to nie ma tu znaczenia.
Tak, już wiecie, co jest pasją mojej córki, a trzeba wam wiedzieć, że młoda ma do tego ogromne predyspozycje, co zapewne zawdzięcza baletowi, na który cały czas uczęszcza. Teraz możecie zapytać, co takie ćwiczenia na kole dają, czy w ogóle ma to sens? A ma, jak najbardziej, gdyż pracują tu mięśnie całego ciała, zwiększa się siła, poprawia równowaga i koordynacja, ćwiczenia na kole angażują też do pracy mięśnie głębokie, co nie jest takie znowu oczywiste.
Być może teraz znów zapytacie: o temat tego wpisu, wszak gdzie tu mowa o ironii losu? Śpieszę z odpowiedzią: ja tego nie zobaczę i jak zwykle muszę polegać na opinii innych, więc można by rzec, że osoba, na której opinii dziecku bardzo zależy, nie będzie w stanie tak naprawdę sama stwierdzić, czy faktycznie jej dziecko jest dobre w tym, co robi.
Trochę tu poleciałam w skrajność, bo ja wiem, że ona jest w tym dobra, wiele osób to mówiło, ale co najistotniejsze, sama trenerka po pierwszych zajęciach była zachwycona jej potencjałem.
Być może za miesiąc będzie mi dane poobserwować młodą w trakcie ćwiczeń, bo na urodziny dostanie swoje własne koło i już zapowiedziała, że będę mogła obejrzeć sobie każdą figurę, którą potrafi,a trochę tego jest.
Cóż, moje rozkminy są tak naprawdę tylko moje, nieważne – ironia losu to, czy jeszcze nie, ja i tak jestem dumna, że znalazła dla siebie coś, w czym chce się realizować i rozwijać, pewnie z czasem będzie więcej pokazów, a wiedzieć musicie, że 2 ma już za sobą, a także filmik promujący aerial. Jeśli okaże się, że jest szansa wyjazdu na zawody, pojadę z nią, a jakże, a jeżeli za rok stwierdzi, że koło już jej nie interesuje? Trudno, odpuszczę, w końcu to nie moja pasja, tak czy inaczej: będę wspierać wszystkimi moimi zasobami, które posiadam, bo wiem, że warto.
To tyle i tak na koniec: fakt, że tego nie zobaczę, kompletnie nie ma dla mnie znaczenia.

Kategorie
Moje przepisy

Przepis na bułki keto/ low carb.

Tytuł jak zwykle mało oryginalny, ale cóż ja poradzę, że inaczej nie umiem?
Bułki o których mowa w temacie upiekłam w sobotę, a przepis znalazłam na stronie Nathalae, która swoją drogą, jest ostatnio dla mnie inspiracją, jeśli chodzi o posiłki w stylu może nie tyle keto, choć te też czasem wpadają, aile – low carb.
Czego będziemy potrzebować?
2 Jajka,
serek kanapkowy – 100 g lub więcej,
mąka migdałowa – 120 lub więcej,
tarty ser czedar i tarta mozarella,
proszek do pieczenia, sól, przyprawy i ząbek lub 2, czosnku.
Wszystkie składniki łączymy ze sobą, zagniatamy ciasto, formujemy 4 kule i pieczemy w piekarniku w temperaturze 180 st.C koło pół godziny, natomiast czas w air freyerze skracamy o około 1/3.
Pieczywo wychodzi bardzo smaczne, miękkie w środku i chrupiące na zewnątrz.
Swoją drogą, uwielbiam mąkę migdałową, jej jedyną wadą jest cena, bo 250 g kosztuje 20 zł i więcej.
Kokosowa, choć tańsza, to już jednak nie to samo, ale też jest całkiem fajna.
Mam jeszcze całkiem udatny przepis na muffinki i to – nie chwaląc się – własnego autorstwa, a może inaczej – nie wykluczone, że już ktoś taki wymyślił, nawet gdzieś opublikował, ale mnie nie było dane o tym się przekonać. Muszę was jednak rozczarować, bo w tym wpisie przepisu nie podam, ale może w następnym? Kto wie, kto wie, może.

Kategorie
Moje przepisy

Kolejny przepis wynaleziony w odmętach internetu.

Zacznę od tego, że pewne kwestie musiałam mocno poukładać w swojej durnej łepetynie i gdyby nie solidny kopniak kogoś z boku, cóż mogłabym być sobie w miejscu, w którym byłam jeszcze kilka tygodni temu. Z kolei fakt, że zrozumiałam konieczność tych zmian, zaczęłam więcej kombinować w kuchni i tak oto wlatuje przepis na mocno białkowy spód do pizzy/ zapiekanki, czy wreszcie alternatywa dla kupnej tortili.
Czego będziemy potrzebować?
200 g serka wiejskiego,
2 jajka, trochę mąki – może być pszenna pełnoziarnista, migdałowa, czy jaką tam chcecie, sól i pieprz. Celowo nie napisałam ile tej mąki, bo ja pokusiłam się o wersję bezmączną.
Sposób wykonania jest banalnie prosty i polega na tym, że jajka i serek umieszczamy w blenderze i blendujemy na gładką masę. Dodajemy mąkę, jeśli chcemy jej użyć, sól i pieprz.
Jeśli chodzi o ciąg dalszy – obróbka termiczna, to możemy usmażyć, upiec w piekarniku lub w air freyerze. Wybrałam ostatnią opcję. Przelałam ciasto do foremki silikonowej i piekłam koło 8 minut, choć wiem, że następnym razem wydłużę do 10, może 11.
Na upieczony/ usmażony spód wykładamy ulubione dodatki. Ja posmarowałam serkiem kanapkowym, położyłam plaster wędliny drobiowej, plaster sera żółtego, dodałam sporą ilość warzyw i zawinęłam w rulon.
Najeść się tym można niemożebnie z uwagi na wysoką zawartość białka.
Cóż, też polecam przetestować, bo smakuje pysznie.
Gdybyście chcieli zrobić np. pizzę, to podejrzewam, że na podpieczony spód można wyłożyć ulubione dodatki i też będzie git, choć nie wiem jak długo powinno się to piec w piekarniku.

Kategorie
Moje przepisy

Bułki twarogowe

Znalazłam ten przepis kilka dni temu i doszłam do wniosku, że trzeba by wypróbować, anusz okażą się smaczne.
Okazały się, a do tego są miękkie, nawet na drugi dzień.
Czego będziemy potrzebować?
250g twarogu – klinek albo jaki tam sobie chcecie, może być chudy, ale i półtłusty się nada,
2 jajka,
Mąka – 120g – lub więcej, jeśli twaróg jest wilgotny. Co do mąki natomiast to może być pszenna, najlepiej pełnoziarnista – typ 1850 lub wyżej, gdyby znalazł się tu ktoś preferujący wypieki w wersji keto – wystarczy zamienić mąkę pszenną na migdałową, kokosową albo inną bambusową. W innych przepisach, mąkę pszenną zastępowano płatkami owsianymi lub mąką z tychże pozyskaną w skutek potraktowania ich blenderem.
Łyżeczka soli, proszku do pieczenia i opcjonalnie dodatki – nasiona: dynia, słonecznik, siemię lniane itd.
Sposób przygotowania:
twaróg rozgniatamy
widelcem, wbijamy jajka i mieszamy łyżką, następnie dodajemy mąkę wraz z solą i proszkiem do pieczenia, po czym wyrabiamy ciasto na jednolitą masę, co swoją drogą robi się bardzo szybko. Następnie dzielimy ciasto na części i zwilżonymi dłońmi formujemy 4 średniej wielkości kule, które delikatnie rozpłaszczamy.
Wtedy też możemy spryskać bułki wodą i posypać nasionami. Pieczemy w temperaturze 180 st.C w piekarniku między 25, a 30 minut. Oczywiście swoje piekłam w moim frajerku i na oko ustawiłam czas na 20 minut, przy czym po 15-stu obróciłam na drugą stronę.
Tak upieczone bułki możecie podawać z czym tylko chcecie – z masłem, z dżemem, serem, wędliną, a nawet suche będą pyszne.
Bardzo polecam – wiem, że u mnie zagoszczą na dłużej.

Kategorie
Testy i demonstracje wszelakiego sprzętu.

Frytkownica beztłuszczowa Xiaomi MI Smart 6,5l – moje spostrzeżenia.

Tydzień temu minął miesiąc odkąd kupiłam air freyera, znanego też pod nazwą frytkownicy beztłuszczowej, nadszedł więc czas, żeby pokrótce podzielić się z wami spostrzeżeniami z użytkowania.
Jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie – kupiłam AF marki Xiaomi Mi smart 6,5l. Może pamiętacie, ale rozważałam też Phillipsa, jednak z uwagi na jego wymiary, padło na ten pierwszy.
Air Freyer co do zasady działa jak piekarnik z termoobiegiem, z tą jedynie różnicą, że jest odpowiednio mniejszy, a to skraca czas nagrzewania, jak i czas pieczenia, co wydaje się być kluczowym argumentem za AF.
Tyle, jeśli o ogólniki chodzi, teraz natomiast przejdę do szczegółów. Przez miesiąc zdążyłam całkiem sporo w nim przyrządzić i tak: na początek poszły frytki mrożone, które okazały się o niebo lepsze niż z piekarnika – chrupiące na zewnątrz i miękkie w środku. Czas ich przygotowywania też skrócił się do 15 minut. W tym miejscu możecie powiedzieć, że w piekarniku upieką się w 20 – plus minus – więc jaka to oszczędność? Ano taka, że piekarnik potrzebuje koło kwadransa, żeby się rozgrzać, natomiast AF – nie, jemu to zajmuje ze 2, 3 minuty. Następne w kolejności były nuggetsy – teoretycznie też było ok, problem jedynie w tym, że panierka mi spłynęła, niemniej były całkiem smaczne. Kurczaka również przyrządzam we frytkownicy i tu czas pieczenia skrócił się znacząco, bo z około 90 minut, zrobiło się 40, a to samo się broni i żadnej głębszej argumentacji nie potrzebuje. Nie omieszkałam do AF wrzucić kotletów schabowych, dla mnie ten sposób ich przyrządzania wygrywa, bo nie są tak tłuste jak z patelni, a to dość istotna różnica. Moja siostra we frajerze popełniła sernik baskijski i wyszedł bardzo dobry, natomiast wczoraj postanowiłam zrobić na śniadanie pieczonego naleśnika – tzw. Duth baby – swoją drogą polecam, bo jest przepyszny. Taką formę naleśnika już dawno chciałam przyrządzić, ale z uwagi na fakt, że musiałabym rozgrzewać piekarnik dla jednej lub dwóch sztuk – nie opłacało się, a biorąc pod uwagę czas – nagrzanie piekarnika +pieczenie – koło 35 minut – nie, nie, podziękuję, bo AF upieczenie zajęło 12 minut – z czego jakieś 5, to nagrzewanie kokilek.
Dziś natomiast wjechał wrap z serka wiejskiego i jajek – wyszedł, lecz mogłam go przetrzymać kilka minut dłużej, co zapewne zrobię następnym razem i mężu mojemu paluszki rybne we frajerze też robię, bo nie chce mi się ich na patelni obracać. To chyba tyle, jeśli o uzupełnienie wpisu chodzi, a musicie wiedzieć, że zaczęłam pisać tydzień temu, ale w ciągu kilku ostatnich dni nie miałam siły ani ochoty, żeby go dokończyć.
W tym miejscu dodam również, że nazwa tegoż urządzenia może być odrobinę myląca, a dlaczego, zapytacie? Z bardzo prostego powodu: w polskiej wersji językowej jest to frytkownica beztłuszczowa, co może sugerować, że właściwie, to nie musimy używać żadnego tłuszczu do pieczenia/ smażenia. Nie jest to do końca prawdą, bo trochę tłuszczu jest potrzebne, ale wystarczy skropić danie, które chcemy przyrządzić olejem lub oliwą, co zrobi robotę, bo nada potrawie chrupkości, a i smak poprawi.
Dorzucę jeszcze kilka słów odnośnie programów, których w moim frajerze jest 12 i są to: jogurt, suszenie, warzywa, ryby, krewetki, skrzydełka z kurczaka, kotlety jagnięce, stek, frytki, ciasto, rozmrażanie i tryb ręczny. Przyznam, że najczęściej korzystam z tego ostatniego właśnie. Poza tym w aplikacji jest kilkadziesiąt przepisów, szkoda, że nie ma ich więcej, bo niektóre mogą być ciekawe, jak np. zapiekane awokado z jajkiem.
Pozachwycałam się nad moim AF, teraz zatem należałoby wspomnieć o wadach. Czy według mnie, jakieś posiada? W pierwszym odruchu chciałoby się powiedzieć, że absolutnie nie, ale to nie do końca byłaby prawda, a jeśli ten wpis ma zasłużyć na miano w miarę rzetelnego, to obiektywnie muszę stwierdzić, że wady również posiada. Powiem więcej: to, co uchodzi za zaletę, może też być wadą. Przykłady? Proszę: pojemność komory: ogromna zaleta, bo szybko, bez tracenia czasu na nagrzewanie, ale jednocześnie wada – jakiegoś potężnego mięcha raczej nie wrzucimy, bo się nie zmieści. Kolejna wada: było nie było, jest to następny sprzęt, który zajmuje miejsce w naszej kuchni, na naszym blacie, chyba, że ktoś ma możliwość schowania go w szafce czy innym miejscu, ale to i tak zawsze będzie dodatkowe urządzenie. Prąd – niby pożera mniej, niby nagrzewa się szybciej, ale podejrzewam, że w codziennym użytku domowy budżet lekko może to odczuć.
Czy jakieś jeszcze wady w nim dostrzegam? Zdaje się, nie. No, chyba, że gabaryty misy – pół zmywarki zajmuje, to też można uznać za wadę.
A zalety? Teoretycznie wymieniać nie muszę, bo wszystko już zostało wyżej napisane, ale jako małe podsumowanie? Czemu nie.
I tak: zalety: wielkość, szybkie nagrzewanie urządzenia, mniejsze zużycie prądu, zniwelowanie ilości tłuszczu do minimum, dzięki czemu nasze potrawy będą zdrowsze i mniej kaloryczne, pieczenie w krótszym czasie niż w tradycyjnym piekarniku.
Ja pokochałam mojego frajera miłością wielką, nie rozumiem, jak mogłam wcześniej twierdzić, że nie potrzebuję piekarnika w mniejszej wersji. Nie napisałam, a to przecież bardzo ważne – obsługuję mojego frajera z poziomu aplikacji i jest to całkiem wygodny sposób, a sama apka okazuje się być w większości dostępna.
Czy polecam? Oczywiście, choć ten konkretny model raczej dla dwóch, może trzech osób, jednak na rynku jest wiele różnych modeli o różnej wielkości i o ile wiem, część z nich jest dla nas dostępna.
Na tym zakończę. Życzę wam miłej reszty weeckendu.

Kategorie
Takie tam różności

Witajcie w nowym roku

Nic lepszego na temat wpisu w zasadzie nie wymyśliłam, dlatego tak, a nie inaczej. 😀
Tak, wiem, dawno mnie tu nie było i takie tam frazesy, których powtarzać nie trzeba, wszak skoro nic nie publikowałam, to chyba proste, że mnie tu nie było, prawda?
Zacznijmy zatem od małego podsumowania minionego roku, który wcale zły nie był, choć nie pozbawiony smutnych wydarzeń.
Jak pamiętacie – w lutym dokonała żywota nasza kosza, a jej miejsce zastąpił żółwik stepowy – Oshee, który nawiasem mówiąc – ma się całkiem dobrze, choć ostatnio bardzo ospały się zrobił, czemu winien jest brak hibernacji, ale na ten krok raczej się nie zdecyduję z uwagi na brak warunków, choć te może by się znalazły – lodówkę wszak posiadam, ale za bardzo się boję, że zrobię coś nie tak i biedny zwierzak zejdzie z tego świata. W jakiejś tam przyszłości jednak nie wykluczam, że dane będzie Oshee zimę przespać, ale to nie nastąpi prędko.
W kwestiach zakupowych – w styczniu kupiłam Air Podsy, z których całkiem jestem zadowolona, choć bateria w etui pozostawia sporo do życzenia.
W kwietniu natomiast kupiłam Soda Stream, co znacznie przyczyniło się do zniwelowania plastiku w tym domu, to jedno, a drugie – nie trzeba tachać tych ciężkich butelek.
Dorobiłam się również szczoteczki magnetycznej, co było równie dobrym zakupem, bo moje zęby zdecydowanie lepiej reagują.
Wymieniłam też ekspres z kolbowego na automatyczny i to, proszę Państwa, był zdecydowany number one w tegorocznych zakupach.
Poza tym progenitura przygotowuje się do przystąpienia do pierwszej Komunii Świętej i wiecie co? Zostało jej tylko do zaliczenia 5 warunków dobrej spowiedzi, choć pani katechetka miała dla nich sporo litości, odpuszczając np. 7 sakramentów między innymi, ale Skład Apostolski jej nie minął. 😊
W październiku zmarła moja babcia i to jest to smutne wydarzenie. Niby wiadomo było, że umrze, że każdego to czeka, ale i tak poczułam tę stratę. Z drugiej jednak strony wiem, że już nie cierpi, bo ostatnie lata dały jej popalić zdrowotnie.
W zasadzie to na tym mogę to podsumowanie zakończyć, choć nie, jeszcze jedno: w pracy przedłużyli mi umowę, tak więc do września 2026 jestem człowiekiem pracującym. 😝
Jest mi to naprawdę bardzo na rękę pod względem finansowym głównie, bo inne jakoś do mnie nie przemawiają. 😏
Minione 2 tygodnie roku też mogę uznać za spokojne, bez żadnych zawirowań i oby ciąg dalszy był taki sam, tego sobie bardzo mocno życzę.
Wczoraj natomiast stałam się posiadaczką air freyera, choć do niedawna twierdziłam, że nie jest mi on do życia potrzebny, że przecież mam piekarnik, a w końcu po co mi urządzenie, które co do zasady działa tak samo jak piekarnik z termoobiegiem. O tym wszystkim byłam przekonana do wczoraj, ale po degustacji frytek z tego wynalazku, odwołuję wszystko, co do tej pory mi się wydawało i dochodzę do wniosku, że air freyer jest mi wręcz niezbędny.
Pewnie w tym miejscu zapytacie o markę i model, otóż padło na Xiaomi mi smart 6,5l, myślę, że dla naszej trójki spokojnie wystarczy, a przynajmniej na czas jakiś.
W sumie myślałam o Phillipsie, ale wydał mi się trochę za duży jak na moją małą kuchnię i pewnie wygospodarowałabym dla niego miejsce, ale obawiam się, że zagraciłabym ją totalnie, a nie o to chodzi.
Wracając jednak do meritum – urządzenie ma fajny designe, wbrew pozorom jest pojemne, a jego jedyna wada to głośność, mógłby być odrobinkę cichszy, ale i to nie jest jakąś wielką przeszkodą. Ustrojstwo całkiem wygodnie daje się obsługiwać przez aplikację, zresztą po ślepemu innej możliwości nie ma. Na pokrętle nie ma fizycznej wskazówki/ strzałki, która orientacyjnie wskazywałaby na jakim programie się znajdujemy, a tych programów jest 12 zdaje się, choć jak na razie skorzystałam z tego do frytek i ręcznego. Jeśli chodzi o appkę, to jestem mile zaskoczona, bo wydawało mi się, że z dostępnością to ona tak nie bardzo, a tu proszę – miłe zaskoczenie.
Zasadniczo to chyba tyle, do napisania i powiedzenia raczej nic więcej nie mam, a jeśli nawet mam, to i tak już nie powiem.
Zatem trzymajcie się cieplutko i nie dajcie się zimie i uważajcie, żeby śnieg was nie pokonał.
Mnie wczoraj pokonać nie zdołał, a ślizgawka była, że narody klękajcie.

Kategorie
Takie tam różności

Przerywam milczenie.

Cześć, ludzie.
Właśnie zdałam sobie sprawę, jak dawno nie zaglądałam na tego bloga, choć kilka podejść zrobiłam, żeby coś napisać, ale nie było to ani konstruktywne, ani sensowne, a pisanie o niczym uważam za bezcelowe.
Nie, żebym teraz miała do powiedzenia nie wiadomo co, ale chyba więcej, niż na przykład w kwietniu czy maju.
Zacznę więc referować, co też ciekawego i nieciekawego w ostatnim czasie miało miejsce.
Maj minął bez fajerwerków, nie działo się nic szczególnego, pomijając zastraszająco dużo wolnych dni od szkoły. 😏 Ach, wymieniłam szczoteczkę soniczną na magnetyczną, to, jeśli o zakupy chodzi. Muszę przyznać, że dla mnie szczoteczka magnetyczna okazała się odrobinę lepsza od sonicznej, po prostu moje zęby odrobinę przypominały o swojej obecności po użyciu tej drugiej, w związku z czym postanowiłam znaleźć coś innego.
Teraz za to jest z nimi zdecydowanie lepiej, a ja nie cierpię po każdym prawie umyciu paszczęki. 😉
Czerwiec, a jeśli czerwiec, to wakacje, moi drodzy. Och, jak ja bardzo czekałam na ten moment, jak miałam już dość szykowania śniadań do szkoły, które dość często wracało do domu w takim stanie, w jakim je spakowałam. Jakże czekałam na moment, gdy nie będę musiała przez pół godziny dobudzać śpiącej snem kamiennym istoty. Czekałam, czekałam i się doczekałam, a teraz? A teraz, to już chcę, żeby nadszedł wrzesień. 😀 Nie, żeby było jakoś strasznie, nie jest, ale w pewnym momencie dzieciaki najzwyczajniej w świecie zaczynają się nudzić, jak to gdzieś usłyszałam – za dużo, to i świnia nie chce. 🙂
Ale ponieważ mamy już sierpień, można więc powiedzieć, że zleci, nim się obejrzymy i dzieciarnia wróci do szkolnych ławek.
W czerwcu byłyśmy też w kinie – padło na „W głowie się nie mieści 2” – w tym miejscu przyznam, że był to całkiem ciekawy film, choć miałam wrażenie, że główna bohaterka Riley, która ma lat 13, w rzeczywistości została pokazana jako powiedzmy jedenastolatka. Co jednak ciekawe, moje odczucia podziela spore grono osób, którym dane było obejrzeć tę produkcję.
Lipiec minął pod znakiem średnio aktywnym, dziecko pojechało z dziadkami na kilka dni nad morze, a ja odpoczywałam i tęskniłam jednocześnie, co oczywiście nie wyklucza się wzajemnie. 😊
Teraz stan powyższy jest praktycznie identyczny, bo młoda wyjechała na tydzień do dziadków, więc znów łapię oddech od macierzyństwa, no tak w połowie. 😊
Pomijając kwestie wakacyjne – auto nam umarło i może można było je jeszcze reanimować, ale mój stary uznał, że zasadniczo nie ma sensu, wszak w przyszłym roku skończyłoby 20 lat, do uzyskania miana zabytku zabrakło mu sześciu. :)😊
A co u żółwika? Żółwik miewa się całkiem dobrze, choć odrobinkę wybredny się robi, a mianowicie: nadeszła pora, żeby świeże zielsko zastąpić suchym i co na to nasza Oshee? A ona na to, że jeść nie będzie i od teraz jest strajk głodowy. Zapomniała tylko bidulka, że ona może nawet tydzień nie jeść i w niczym to jej nie zaszkodzi. 😊 Cóż, jeśli jej się wydaje, że wygra ze mną, to może się mylić – ze mną nie, ale mój stary to co innego, z nim ma spore szanse wygrać.
Nie wspomniałam też, że w miniony piątek po raz kolejny – a dokładniej to trzeci – wybrałyśmy się na przejażdżkę kolejką wąskotorową, która jedzie z Koszalina do Rosnowa. Swoją drogą, polecam, jeśli będziecie w okolicy, bo wrażenia są całkiem ciekawe, a i jezioro Rosnowskie też jest całkiem przyjemne. Jedyny minus ostatniej wyprawy był taki, że jechała lokomotywa spalinowa, z której niemożebnie jechało spaloną ropą, czy innymi tam spalinami. Smród był do tego stopnia, że całe ubranie – z włosami włącznie, nieziemsko cuchnęło. Może byłoby inaczej, gdybyśmy wybrali wagon zamknięty, no, ale nam w otwartym jechać się zachciało, no to mieliśmy, co mieliśmy. W tym miejscu możecie zapytać o poprzednie przejażdżki, wtedy nie śmierdziało? Owszem, ale to był parowóz, a dym węglowy jednak jest chyba mniej tłusty, albo mniej uciążliwy – może tak.
Cała kolejka jest zabytkowa – wagony mają coś koło 100 lat – parowóz chyba też, co do lokomotywy spalinowej – nie wiem, może jest młodsza, ale do czego zmierzam – otóż, gdy tylko wejdę do tego wagonu, to załącza mi się czarny humor. Jeśli dobrze pomyślicie, zgadniecie dlaczego. Pisać tego nie będę, bo może urażę czyjeś uczucia itd. Ale wy możecie w komentarzach dzielić się swoimi przemyśleniami, a jeśli nie w komentarzach, cóż, są jeszcze inne kanały komunikacji. 😀
W lipcu kupiłam też czajnik z regulacją temperatury i muszę przyznać, że świetnie się sprawdza do różnych herbat typu biała, zielona itd. Jest to zakup, który śmiało mogę umieścić w tegorocznej trójce najlepszych.
Nie napisałam wam jeszcze, co już wkrótce, a właściwie to już, zaczyna mi spędzać sen z powiek i pewnie będzie mi go spędzać przynajmniej do maja 2025. I w tym miejscu myślę, że nietrudno się domyśleć, chodzi o I Komunię Świętą mojej córki. Nie chodzi mi nawet o kasę, bo tę uzbieramy, ani nawet o salę, wszak siostrzyczka już mi ją załatwiła, nawet nie o sukienkę/ albę. Nie, nawet to wszystko razem wzięte tak mnie nie przeraża jak nauka tych wszystkich modlitw. Nie chodzi oczywiście o te najbardziej podstawowe, ale choćby taki Skład Apostolski albo 5 Przykazań Kościelnych – wiem, że tego da się nauczyć, ale to nie zmienia faktu, że to mi przypadnie w udziale. Będę musiała poszperać za jakimś katechizmem dla dzieci pierwszokomunijnych, w jakimś pdfie czy innym txt, bo inaczej tego nie widzę, a może inaczej, widzę to bardzo marnie i wcale nie chodzi o naukę na pamięć u mojego dziecka, bo wiem, że ona to ogarnie, ale muszę mieć kontrolę nad tekstem, no, taki mój kaprys, bo przecież mogłabym polegać na tym, co czyta młoda, ale chyba nie o to mi chodzi.
Zasadniczo, to tyle, zdaje się nic więcej godnego uwagi nie mam do powiedzenia.
Zatem pożegnam się, nie wiem kiedy się odezwę po raz kolejny, może wcześniej niż później, a może jak zwykle.