Kategorie
Takie tam różności

Nominacja od Moni01 – czyli co tam u mnie w pięciu krokach.

Hej, hej. Za ten wpis zabrałam się w środę, a mamy już niedzielę, więc trochę ociągałam się, żeby go popełnić, zwłaszcza, że nominację od Moni01 otrzymałam we wtorek. A czego dotyczy nominacja? Chodzi o to, żeby opisać swoją codzienność kierując się przy tym zmysłami. No dobra, to zaczynamy:
##Wzrok
To mogłoby być pozornie najtrudniejsze w tej pisaninie, o wzroku właśnie, ale to tylko pozory, znalazłabym kilka tematów, w których mogłabym się rozwinąć, ale zostanę przy tym konkretnym, inne może przydadzą się później.
Jakiś czas temu, może ze 2 tygodnie, a może trochę więcej, nie pomnę kiedy na pewno, postanowiłyśmy po raz kolejny przeprowadzić mały eksperyment. Polegał on na tym, że to ja miałam całkowicie i bez większego udziału wzrokowego Zuzi zaprowadzić ją do KOVENu – szkoła, w której moja jednorodna trenuje. Moje dziecko poszło jednak tym razem o krok dalej, bo zamknęła oczy i tak szła. Od razu dało się wyczuć jak bardzo się spięła, jak całe jej ciało zesztywniało, jak chód stał się niepewny i ostrożny. Niemniej udało się zakończyć eksperyment z sukcesem, bo dotarłyśmy w całości i bez żadnego uszczerbku po drodze. Generalnie ta trasa jest całkiem prosta, są zakręty, owszem, ale na tyle ich mało, że można je ogarnąć, właśnie doliczyłam się tak na szybko – tych zakrętów jest 10, licząc od samiuśkiego bloku. Jakichś upierdliwych przejść dla pieszych też nie ma, a tych jest całe 6 i tylko jedne upierdliwe światła bez sygnalizacji dźwiękowej. Dlaczego jej nie ma? Nie wiem, a skrzyżowanie znajduje się zaraz przy urzędzie miejskim i rynku w ogóle. Jednak ciekawa rzecz jest taka, że na przejściu prostopadłym ta sygnalizacja już działa. I taki ot, paradoks. Pomijając poza tym tę małą niedogodność, to trasa jest prosta i całkiem znośna do pokonania po ślepemu.
Druga kwestia, o którą zachaczę, to moje dziecko ma naprawdę świetną orientację w terenie, nawet w obcych miejscach potrafi się odnaleźć bez większego problemu, czemu dała dowód, gdy byłyśmy w Gdańsku i w Krakowie.
##Dotyk
Chyba w kwietniu zdecydowałam, że zapuszczam włosy, gdyż od lat najmniej kilkunastu mam je krótkie. Owszem, epizod z długimi był, ale się skończył po nieprofesjonalnym farbowaniu. Pani podobno profesjonalistką była, ale no cóż, włosy spierdoliła mi koncertowo do tego stopnia, że nadawały się już tylko do obcięcia. Trzeba wam wiedzieć, że mam tych włosisków baaaardzo duuuużo, a do tego, cholery jedne, mają tendencję do kręcenia się, a na etapie, na którym są teraz, układają się w delikatne fale, ale wiem, że to wkrótce się zmieni. Kiedy mój fryzjer usłyszał, że chcę je zapuszczać, powiedział jedno: "Ok, ale one chcą się kręcić, lojalnie uprzedzam". Nie dam głowy, że słowo w słowo takich słów użył, ale wydźwięk był jasny – Katarzyno, twoje włosy zrobią wszystko, żeby się kręcić.
Mogłam w tej sytuacji zrobić dwie rzeczy:
A: przypomnieć sobie gdzie ukryłam moją prostownicę z Remingtona i zacząć je prostować,
B: zacząć wydobywać z nich skręt.
Opcja A była tą, którą stosowałam tych kilkanaście lat temu. Efekt był taki, że włosy były piękne. Proste. Gładkie. Do czasu. Wystarczyła odrobina wilgoci. Lekka mżawka. Silniejszy wiatr, a moje włosy zaczynały żyć własnym życiem. Wtedy też mieszkałam praktycznie nad samym morzem, a morze, moi drodzy, równa się wilgoć, a wilgoć potrafi obrócić w niwecz spędzone na stylizacji godziny. Nie, nie, aż tyle czasu, na stylizacji włosów nie spędzałam, to ma wam unaocznić jak wilgoć bywa zabójcza dla fryzury. Moje włosy po zetknięciu z nią zaczynały żyć własnym, niczym nieskrępowanym żywotem. Końcówki robiły co chciały. Powstawały fale. Gdzieniegdzie tworzyły się większe loki.
Teraz jednak stwierdziłam że skoro już się kręcą, to może taki stan należałoby zaakceptować i zapomnieć o tafli. O gładkich jedwabistych włosach, bo owszem, efekt z użyciem kosmetyków udaje się osiągnąć, ale znowu – tylko na chwilę, bo wilgoć i te sprawy. Zresztą, mój fryzjer powiedział mi prosto z mostu: "Tafli, to pani nigdy mieć nie będzie". Cóż, wiedziałam o tym, ale wiedzieć, to jedno, a zaakceptować ten stan, to odrębna kwestia. Kiedy już pogodziłam się z naturą moich włosów, czas nadszedł, by przystąpić do działania. Kupiłam pierwszy aktywator skrętu, spray utrwalający, wszystko z NEBOA i ruszyłam do dzieła. Efekty są różne, raz skręt wygląda całkiem dobrze, raz natomiast jest nieco gorzej, bo wychodzi raczej lekka fala, niż delikatny skręt, a do tego kosmetyki z NEBOA średnio mi służą, mam jednak świadomość, że nie od razu trafię na ten jedyny i pewnie sporo kasy w błoto wyrzucę, zanim dobiorę odpowiedni zestaw. Nie będę ukrywać – mocno wkręciłam się w temat włosowy, oglądam filmiki, jak nie ja, bo akurat filmiki średnio lubię, wolę czytać. Ile to ma wspólnego z dotykiem? Ano tyle, że moje włosy już dawno nie były tak wygniecione. Zawsze starałam się trzymać od nich z daleka, żeby się nie daj Boże nie zaczęły kręcić, a już jak ktoś ich dotykał, dostawałam niemalże spazmów, zresztą – nadal nie lubię, gdy ktoś natrętnie, nahalnie i bez skrępowania ich dotyka.
##Smak
Do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja, oj, szybko, szybciutko, gorzej, jeśli od tego dobrego nagle trzeba się odzwyczajać. Wtedy fajnie już nie jest.
Do czego jednak zmierzam? Od lat już kilku nie piję kawy sypanej, a może inaczej: pijam ją bardzo rzadko. Przywykłam do kawy z ekspresu i inna już mi nie smakuje. Niestety, od dwóch tygodni jestem zmuszona przyzwyczajać się nie tyle do kawy sypanej, co do rozpuszczalnej, bo mój ekspres wziął i się zepsuł, co ciekawe, to moja siostra jeszcze zdążyła sobie kawę zrobić, a ja – już nie. A co takiego się stało? Zapytacie. Otóż, woda, miast parzyć kawę i lecieć do filiżanki, leciała do tacki ociekowej. Przyznam, że dawno, dawno temu ten konkretny ekspres wyciął mi podobny numer, wtedy jednak pomogło przepłukanie bloku zaparzającego, a tym razem skończyło się serwisem. Ekspres w miniony poniedziałek wyruszył do autoryzowanego punktu Nivony i aktualnie czeka na swoją kolej. Coś mam pecha do tych ekspresów, bo Melitta też wycięła mi numer i w niej akurat wysiadł system do spieniania mleka. A jeszcze a propos kawy. Już na dobre przywykłam do picia kawy czarnej, bez cukru i mleka, bo kalorii na mleko mi szkoda, czasem jedynie potraktuję ją erytrolem, gdy dopadnie mnie chęć na pożarcie czegoś słodkiego. Kupiłam też dość ciekawą przyprawę do kawy, otóż zawiera ona pieprz, cynamon, goździki, gałkę muszkatołową i kardamon – fajna, mocna, piernikowa nuta, a kawa z nią jest naprawdę mega pyszna.
##Słuch
Wydawać by się mogło, że żółw to takie raczej ciche zwierzątko, które nie będzie się domagać uwagi ze strony człowieka i nie domaga się przez większość czasu, ale gdy gadzina robi się głodna, wtedy pokazuje, kto tu rządzi, bo gadzina drapie wszystko, co podrapać się da, przestawia rośliny w terrarium, przy okazji uda się jej którąś zniszczyć i wyciągnąć z doniczki, bo dlaczego nie? I wszystko dlatego, proszę państwa, bo żółwinka jest głodna, a głodna to ona jest praktycznie cały czas, no worek bez dna. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby żarcie w misce wytrzymało dłużej niż dwie godziny, no chyba, że są to rośliny suche, to wtedy tak, będą leżeć, ewentualnie Oshee rozniesie je po całym terrarium. „Może dojdą do wniosku, że zjadłam to suche zielsko”. Wyobrażam sobie, że tak może myśleć i raz, czy dwa nawet dałam się nabrać, ale na tym koniec, już się nie daję. Ja to nawet pozwoliłabym temu zwierzu się przegłodzić, nic by jej nie było, bo żółw codziennie jeść nie musi, ale mój stary ma zbyt miękkie serduszko, więc cóż, mój plan, żeby przyzwyczaić to nienażarte babsko do suchego zielska i tak spalił na panewce.
##Zapach
Są takie miejsca, które pachną całkiem przyjemnie, albo inaczej, powinny tak pachnieć, choć taki zapach na dłuższą metę mógłby być męczący, to jednak przez niezbyt długi czas daje się tolerować. Do czego zmierzam? Lubię zapach galerii handlowej – jak już napisałam – raczej przez czas krótki, niemniej lubię go, ale jest jedna galeria, której zapach mi się nie spodobał, nazwy nie wymienię, podpowiem tylko, że chodzi o Kraków, a ja znalazłam się w niej tylko dlatego, że jest w niej Cinema City. Żeby nieco wydłużyć, to z żalem przyznaję – ostatnio nie ma perfum, które by do mnie przemówiły, a które chciałabym/ musiałabym mieć. Są zapachy, które mi się podobają, ale żadne nie są dla mnie. Pewnie nie byłoby problemu, gdybym była przywiązana do konkretnego zapachu, ale ja uwielbiam zmiany, lubię pachnieć, cóż, różnie. Dziś Calvin Klein In 2U, a jutro np. Cacharell Amor, Amor, ewentualnie jeszcze czymś tam innym, niemniej, ostatnio nie mogę trafić na coś, co kupiłoby moje serduszko. A właściwie nie, jest kilka takich rzeczy, np. Chloe o jakże oryginalnej nazwie: Chloe, jeszcze Calvin Klein Euphoria Essence, której nie widziałam w żadnej drogerii i odkrycie mojej siostry: Paco Rabanne Fame in Love, na te ostatnie trochę szkoda mi hajsu, chyba, że upoluję je na jakiejś promce, wtedy może, z naciskiem na może, je kupię.
Czy jeszcze chcę coś dodać?
Wczoraj miałam kolejny trening, doszły nowe figurki: siedzenie na rurce i wejście. Podejrzewam, że na następnych zajęciach będę próbowała się na nią wspiąć, zobaczymy, czy moje ciało mi na to pozwoli, ale myślę, że podejmę wyzwanie. A i jak usłyszycie o pierwszej niewidomej kobiecie, która nauczyła się twerkować, to będę to ja. 😊 Wczoraj powiedziałam trenerce, że nie zdziwiłabym się, gdyby osoba niewidoma opanowała twerk, a jeśli chce, to ja jej chętnie udowodnię.
Pozostając jeszcze w klimatach pole dance i aerial – Zuza jedzie na swoje pierwsze zewnętrzne zawody, które będą miały miejsce 11-13 grudnia w Gdańsku i będzie to koło. Tyle na razie wiem, no, ale nie mogłam się z wami nie podzielić takim newsem.
Dobra, spadam, bo może dla odmiany poszłabym spać o względnie normalnej godzinie.
P.S. Uprasza się o jakieś komentarze, żeby się nie okazało, że sama dla siebie to pisałam. Wiem, wiem, trochę w stylu żebrolajków,ale cóż, na ogół atencji się nie domagam, tym razem zrobię wyjątek, wszak wyjątek potwierdza regułę, no nie?
P.S2: zapomniałam nominować: Skrzypenko, Marolku, do dzieła.