Cześć, drodzy.
Zgodnie z obietnicą, przychodzę z relacją i z ewentualnym wyborem, co do mojej drogi sportowej.
Zacznę jednak od początku, żeby trochę was w niepewności potrzymać.
Przez ostatnie dni nie do końcabyłam przekonana, że akurat dziś uda mi się pojechać do Słupska, a wszystkiemu winne były, moi drodzy, cholerne wodomierze, które to akurat dziś były wymieniane. Próbowałam rzecz jasna jakoś tę procedurę przesunąć w czasie, ale pani ze spółdzielni stwierdziła, że to nie takie proste, bo trzeba zakręcić wodę w całym pionie i takie tam. Żadnej wody w pionie nikt nie zakręcał, tak gwoli ścisłości tylko dodam, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Ostatecznie stwierdziłam, że jeśli panowie przyjdą mniej więcej do godziny 12:00, to mogę jechać. Cóż, przyszli rano, czym mocno poprawili mi humor, bo oto mogłam zakupić bilety na pociąg i wyruszyć w nie tak znowu dugą, drogę do Słupska. Nie pytajcie jakież było moje zdumienie, gdy się okazało, że oni też nie mają dworca i tylko jeden peron, żeby śmieszniej było. To tak, jak w Koszalinie. Oznajmiłam Zuzi, gdy maszerowałyśmy doklubu. Moje dziecko jednak stwierdziło, że dworca nie mają, ale u nich przynajmniej coś się dzieje. Jakiś remont trwa. U nas tymczasem wszystko stoi i nie dzieje się absolutnie nic. Różnica jest tylko taka, że dworzec wraz z przyległościami jest prostrzy do ogarnięcia po ślepemu, natomiast w Słupsku aż tak prosto nie jest. Pewnie można jakoś – z naciskiem na jakoś – tego się nauczyć, nie przeczę, że nie, biorąc jednak pod uwagę fakt, że jest to teren ciągłej budowy, to nie możemy mieć pewności, że to, co było wczoraj aktualne, aktualne będzie, dajmy na to, za tydzień.
Sama droga do klubu nie okazała się jakaś skomplikowana, a Słupsk to taki trochę drugi Koszalin, a przynajmniej tak stwierdziło moje dziecko, przy czym dodała szybko, że ona i tak woli mieszkać w naszym Koszalinku.
Jak już wspominałam wcześniej chyba, choć nie jestem pewna czy o tym pisałam, (swoją drogą, moje dziecko twierdzi, że jej matka ma początki demencji), to dziś był trening showdowna i miałam okazję sobie wstępnie pograć.
Nie ukrywam, miałam bardzo mieszane uczucia, byłam wręcz pewna, że za cholerę nie ogarnę tej piłeczki, że nie będę umiała serfować, a już o obronie bramki nie wspomnę. Pewna byłam, że absolutnie do tego się nie nadaję.
Cóż, byłam w błędzie, bo wbrew temu, co mi się wydawało, poszło dość dobrze i muszę przyznać, że cholera, podoba mi się showdown. Za strzelanie jeszcze się nie brałam, to dopiero w niedzielę. Ekipa klubowa wybiera się do Mielna i wtedy będę miała okazję się sprawdzić. Zostałam jednak lojalnie uprzedzona. Strzelanie, szczególnie pneumatyczne, jest ciężkie. Statyczne. Obciążające. Karabin 5 kilo, to jednak nie w kij dmuchał. Ubiór jest średnio wygodny. Do tego seria trwa godzinę i przez godzinę oddaje się strzały. To jest czyjaś opinia, może się okazać, że te wszystkie niedogodności przegrają w ostatecznym rozrachunku. Na dzień dzisiejszy ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła, ale gdybym miała podjąć ją teraz, to byłby to showdown. Powiem więcej: na jakieś 80 procent jestem pewna, że to będzie showdown, który okazał się świetną dyscypliną sportową, a ja w przeciwieństwie do bowlingu, czułam, że to jest to, ten wibe, którego nie da się pomylić z niczym. Czułam, że ta rakietka jest naturalnym przedłużeniem mojej ręki i choć początkowo trudno grało się używając tylko jednej swej kończyny, to ostatecznie da się do tego przyzwyczaić. Wiadomo, że mocno będę musiała pracować nad techniką, ale uważam, że jak na totalnego świeżaka, dałam radę. ROzegrałam nawet 3 mecze i wszystkie przejebałam, ale nie sprzedałam tanio skóry, do tego miałam z tego mega frajdę.
A wiecie komu najbardziej spodobał się showdown? Zuzie of course, a najfajniejsze, że mogłyśmy grać razem i obie doskonale się bawiłyśmy. Ona jako pierwsza powiedziała: „mama, musisz grać w showdowna”.
I tak już krótko podsumowując: choć ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła, to na 80 procent wybiorę showdowna.
Czy ktoś z was spodziewał się tego? Bo ja raczej nie, ale cóż, już się przyzwyczaiłam, że życie lubi zaskakiwać.
Uchylam rąbka tajemnicy.
Hej, hej.
Alem się zaktywizowała, aż sama w to nie wierzę, swoją drogą, ciekawe na ile starczy mi chęci i zapału, tak na marginesie, ale bądźmy optymistami, może umiarkowanymi, ale optymistami.
Cały czas się zastanawiam, czy uchylić rąbka tajemnicy i wyjawić niniejszym co wymyśliłam, nawet teraz mam wątpliwości czy aby na pewno wiem co robię, wywnętrzając się tu przed wami. Zanim to jednak nastąpi, o ile w ogóle, to rozważę wszystkie za i przeciw. No dobra: jeśli teraz powiem co wymyśliłam, to prawdopodobnie głupio mi będzie się z tego wycofać, a ja nie cierpię robić z gęby cholewy, szczególnie przed sobą samą. Strasznie źle mi się wtedy robi, bo chyba oszukiwanie siebie to najgorsza rzecz, jaką możemy sobie zrobić, ale też jak ktoś bardzo mądry mi powtarza: „nikt nie oszuka nas tak łatwo, jak my sami siebie”. Innych też nie lubię oszukiwać, a przynajmniej nie lubię składać deklaracji bez pokrycia, co zdarzyło mi się, zwłaszcza pod wpływem impulsu i bardzo źle mi było, gdy przyszło to odkręcać. I to jest główny powód, dla którego mówić nic nie powinnam, ale medal ma dwie strony, zatem przyjrzyjmy się tej drugiej. Jak już się zdeklaruję, to nie będę mogła się wycofać, bo jak się powiedziało A, to trzeba też powiedzieć B, no innego wyjścia nie ma. Tak po prawdzie to jest ten sam argument, tyle, że to sam argument ma dwie strony, chyba, bo może sama siebie źle interpretuję. 😀
Inna sprawa, że dotarło do mnie dzisiaj jak bardzo jestem zdeterminowana, skoro wymiana wodomierzy w poniedziałek nie jest w stanie pokrzyżować mi planów. Zapowiedziałam już mojemu mężu, że w poniedziałek mnie nie ma, więc panowie niech sobie kiedyindziej przyjdą, a najlepiej niech nie przychodzą wcale, bo na samą myśl, że zrobią to na odpierdol dostaję białej gorączki.
Czyli tak: chęci są. Determinacja jest. Wątpliwości też są. Czyli cały zestaw Katarzyny, jeśli chodzi o rozważanie czegokolwiek.
No dobrze, to przechodzę do meritum.
Otóż Katarzyna postanowiła zapisać się do słupskiego Zrywu. Wstępnie pomyślałam o strzelectwie, ale zobaczymy, niemniej, coś zamierzam wybrać i z pewnością nie wrócę z niczym, tak więc trzymajcie za mnie kciuki w poniedziałek, bo wtedy zamierzam jechać do Słupska, żeby zorientować się w sytuacji, co wybrać. O ile wiem do wyboru jest showdown, warcaby stupolowe, szachy, strzelectwo laserowe i pneumatyczne, basen, nordic walking i bowling, ale ten ostatni, zdaje się, jest zawieszony do odwołania. Teoretycznie więc wybór jest, ale zobaczymy. No mnie to strzelectwo pociąga, bo do showdowna chyba za stara jestem, a i refleksu nie mam, podejrzewam też, że tej piłki za cholerę nie złapię.
Pływać nie umiem, traumę mam po basenie w Biedrusku, gdy jeszcze dziecięciem kilkuletnim byłam, więc absolutnie odpada, w warcaby grałam dawno, dawno temu, ale kto wie, w szachy raczej nie grałam. Nordic walking, cóż, do rozważenia pozostaje.
No nic, na pewno dam znać co ostatecznie wybrałam.
Dobrze, ulotnię się teraz, newsa sprzedałam, więc to dziś na tyle. Trzymajcie się cieplutko.
Hej, Mili moi.
Powoli robi się już jesiennie, a przynajmniej dzisiejszy dzień wygląda jak zapowiedź tejże. Czy Jest mi źle z tego powodu? A bo ja wiem? Niekoniecznie, ale szkoła się zaczyna, wakacje się kończą i z tego powodu, to już jest mi bardzo źle. Ostatnio śmiałam się, że jedne wakacje dobrze się nie skończyły, a ja już chcę następne. A tu niestety, nie da się. Trza cały ten rok szkolny przetrwać i tyle. Wiem, marudzę, jakbym to ja sama do tej piątej klasy szła, a nie moja córka, ale cóż ja poradzę, że jest zgoła odwrotnie?
No nic, pomarudziłam, ponarzekałam, to teraz mogę przejść do meritum.
Ostatni tydzień to był totalny spontan. Zaplanowałam i wraz z moją jedyną zrealizowałam wyjazd na Podkarpacie, gdzie to cudownie spędziłyśmy kilka dni. Wyjazd był krótki, ale bardzo przyjemny i na tym miał być koniec, ale okazało się, że moi teściowie wykupili pobyt nad morzem, lecz sami z powodów rodzinnych pojechać nie mogli, w związku z czym, żeby kasa nie przepadła, bo okres bezpłatnego odwołania minął tydzień wcześniej, podjęli decyzję, że to my skorzystamy. Właściwie to w środę wróciłam, zrobiłam szybkie pranie, przepakowałam plecaki i w czwartek znów wyjeżdżałam, dziś już natomiast jestem w domu, ale jakoś szczególnie nie odpocznę, bo kolejne dni też będą dość intensywne, młoda ma urodziny w czwartek, ale wyprawiamy je dzień wcześniej, w międzyczasie trzeba uzupełnić wyprawkę szkolną, ogarnąćtort urodzinowy na środę, iść do lekarza po skierowanie na wyniki dla panny, fryzjer, przed rozpoczęciem roku zrobić gwieździe wyniki, i coś jeszcze? A możliwe, że coś wyskoczy, a w tym są też treningi i przygotowania do wrześniowych zawodów. Nie powiem, żeby to było jakieś szczególnie męczące, ale to przez chwilę, na dłuższą metę życie na ciągłych obrotach może być odrobinę wyczerpujące, ale to też przedsmak nadciągającego roku szkolnego, bo z pewnością będzie on należał do dość intensywnych, może nie jakoś znacząco, ale z pewnością będą takie dni, że nie będzie czasu na nic, albo prawie na nic.
Kilka dni temu ktoś, zupełnie bezwiednie, uświadomił mi, że tak po prawdzie, to nie robię nic dla siebie. Chodzi o coś, co byłoby tylko moje, może mnie nawet kosztować sporo wysiłku, ale jednocześnie dawać poczucie satysfakcji i zadowolenia. Bo prawda, niby mam tę moją rurkę, ale treningi odbywają się dość nieregularnie, o co nawet nie mam pretensji, w końcu wiem, na co się decydowałam. Ostatecznie jednak postanowiłam coś ze sobą zrobić, ale póki nie znam szczegółów, to więcej nie powiem, zdradzę jedynie, że jakby rok temu ktoś mi zasugerował, że zachce mi się zrobić coś ze sobą, to bym go wyśmiała. Inna sprawa, że wtedy jeszcze brakowało mi tego rodzaju pewności siebie, której nabywa się po, powiedzmy, metamorfozie, mimo, że moja nadal trwa, to jednak przeszłam już znaczącą zmianę. Tak czy inaczej, chcę coś ze sobą zrobić, a poświęcanie się dla dziecka, życie jej treningami i zawodami, to dla mnie za mało, nie chcę żyć jej życiem, bo to nie jest moje życie, każda z nas ma swoje własne i możemy wzajemnie w nich uczestniczyć, być ich częścią, to jednak jesteśmy odrębnymi bytami. Z własnymi marzeniami. Pragnieniami. Rozterkami. W końcu przyjdzie też ten czas, że młoda wyfrunie z gniazdai zostanie pustka, ból, mnóstwo bólu, że się wyprowadziła. Że wyjechała na studia, czy cokolwiek. Wtedy włączy się syndrom opuszczonego gniazda, a ja tego nie chcę. Nie zamierzam być tylko matką i do tego ograniczać swojej egzystencji. Chcę mieć coś swojego, robić coś dla siebie, co da mi satysfakcję, a jednocześnie pomoże uporać się z nieuchronnym.
Inna sprawa, że takie całkowite podporządkowanie się tylko dziecku jest niekoniecznie dobre dla nas rodziców, ale nie będę tu poruszać tematu, dlaczego tak jest, zresztą łatwo można się domyśleć, nie trzeba mieć dzieci, żeby to zrozumieć.
Być może właśnie rozbudziłam waszą ciekawość, co zamierzam robić, ale póki co, nie napiszę nic więcej, na pewno się podzielę, gdy przyjdzie co do czego, nadmienię jedynie, że ambitnie podchodzę do tematu i kto wie, może jeszcze namieszam, w sensie pozytywnym, a przynajmniej nie biorę pod uwagę spektakularnej porażki, bo i tak nic nie tracę, jedynie mogę zyskać, a nawet jeśli nie namieszam, to zawsze zostanie mi coś, co będzie moje, a przy okazji sama odniosę korzyści, takie czy inne.
A teraz zmiana tematu.
Tym razem formularz do zgłaszania zapotrzebowania na asystę okazał się nie tak straszny, choć jak dla mnie, brakuje tam kilku opcji, szczególnie, gdy mowa jest o podróżowaniu, bo do wyboru mamy przewodnika/ opiekuna albo psa przewodnika, a ja np. nie jechałam z przewodnikiem w sensie formalnym i nieformalnym też nie, bo trudno wymagać od niespełna jedenastoletniego dziecka, żeby za takowego robiło, nawet formalnie przewodnikiem może być osoba mająca 13 lat, więc tak, czy inaczej, Zuzia przewodnikiem nie jest i jeszcze nie będzie, dlatego brakuje możliwości zaznaczenia innej opcji, niż powyższe. Ostatecznie przecież sama nie jechałam, prawda? Wzięłam się jednak na sposób i w uwagach wyjaśniałam, że podróżuję z dzieckiem, które z uwagi na wiek, nie może pełnić roli przewodnika i to na chwilę obecną jest jedyny sposób, żeby uściślić kwestie natury formalnej. Póki co, na asystę narzekać nie mogę, bo zarówno w Gdańsku, jak i teraz – w drodze do Tarnobrzega, czy tam Tarnobrzegu – nie potrafię dojść jak jest z odmianą nazwy tej miejscowości – spisała się bardzo dobrze, no może z wyjątkiem pana, który nie był zadowolony, że najpierw zawraca mu się głowę jakąś tam asystą, a później osoba, która o tę że asystę prosiła, ostatecznie poradziła sobie bez niej, albo prawie bez niej, później jednak pan się zreflektował i stwierdził, że faktycznie, w Dębicy peron jest dość wygodny, jeśli o wsiadanie i wysiadanie chodzi. Reasumując: moje dotychczasowe doświadczenie z asystą jest jak najbardziej pozytywne, ale umówmy się, korzystałam zaledwie 2 razy, więc nie jestem wybitnie doświadczona w tej materii, ale nie wykluczam, że w najbliższym czasie będę korzystać i to raz w tygodniu, częściej raczej nie przewiduję chyba. I kolejna kwestia, ciekawe, czy taką asystę można zgłosić na np. cały miesiąc, wiedząc, że raz w tygodniu będzie się jechać pociągiem ICC z miejsca A do miejsca B, bo to pewnie mogłoby sporo ułatwić, ale ok, nie wybiegajmy do przodu, to tylko takie tam moje luźne dywagacje i rozważania.
Czy jeszcze coś ciekawego ostatnio miało miejsce? Raczej nie, no może jeszcze przyznam, że gdybym chciała grać w kręgle, to byłabym najgorszym kręglarzem w historii. Tak śmiem przypuszczać.
Na tym zakończę i się pożegnam, życząc wszystkim miłego wieczoru.
Hej, hej. Za ten wpis zabrałam się w środę, a mamy już niedzielę, więc trochę ociągałam się, żeby go popełnić, zwłaszcza, że nominację od Moni01 otrzymałam we wtorek. A czego dotyczy nominacja? Chodzi o to, żeby opisać swoją codzienność kierując się przy tym zmysłami. No dobra, to zaczynamy:
##Wzrok
To mogłoby być pozornie najtrudniejsze w tej pisaninie, o wzroku właśnie, ale to tylko pozory, znalazłabym kilka tematów, w których mogłabym się rozwinąć, ale zostanę przy tym konkretnym, inne może przydadzą się później.
Jakiś czas temu, może ze 2 tygodnie, a może trochę więcej, nie pomnę kiedy na pewno, postanowiłyśmy po raz kolejny przeprowadzić mały eksperyment. Polegał on na tym, że to ja miałam całkowicie i bez większego udziału wzrokowego Zuzi zaprowadzić ją do KOVENu – szkoła, w której moja jednorodna trenuje. Moje dziecko poszło jednak tym razem o krok dalej, bo zamknęła oczy i tak szła. Od razu dało się wyczuć jak bardzo się spięła, jak całe jej ciało zesztywniało, jak chód stał się niepewny i ostrożny. Niemniej udało się zakończyć eksperyment z sukcesem, bo dotarłyśmy w całości i bez żadnego uszczerbku po drodze. Generalnie ta trasa jest całkiem prosta, są zakręty, owszem, ale na tyle ich mało, że można je ogarnąć, właśnie doliczyłam się tak na szybko – tych zakrętów jest 10, licząc od samiuśkiego bloku. Jakichś upierdliwych przejść dla pieszych też nie ma, a tych jest całe 6 i tylko jedne upierdliwe światła bez sygnalizacji dźwiękowej. Dlaczego jej nie ma? Nie wiem, a skrzyżowanie znajduje się zaraz przy urzędzie miejskim i rynku w ogóle. Jednak ciekawa rzecz jest taka, że na przejściu prostopadłym ta sygnalizacja już działa. I taki ot, paradoks. Pomijając poza tym tę małą niedogodność, to trasa jest prosta i całkiem znośna do pokonania po ślepemu.
Druga kwestia, o którą zachaczę, to moje dziecko ma naprawdę świetną orientację w terenie, nawet w obcych miejscach potrafi się odnaleźć bez większego problemu, czemu dała dowód, gdy byłyśmy w Gdańsku i w Krakowie.
##Dotyk
Chyba w kwietniu zdecydowałam, że zapuszczam włosy, gdyż od lat najmniej kilkunastu mam je krótkie. Owszem, epizod z długimi był, ale się skończył po nieprofesjonalnym farbowaniu. Pani podobno profesjonalistką była, ale no cóż, włosy spierdoliła mi koncertowo do tego stopnia, że nadawały się już tylko do obcięcia. Trzeba wam wiedzieć, że mam tych włosisków baaaardzo duuuużo, a do tego, cholery jedne, mają tendencję do kręcenia się, a na etapie, na którym są teraz, układają się w delikatne fale, ale wiem, że to wkrótce się zmieni. Kiedy mój fryzjer usłyszał, że chcę je zapuszczać, powiedział jedno: "Ok, ale one chcą się kręcić, lojalnie uprzedzam". Nie dam głowy, że słowo w słowo takich słów użył, ale wydźwięk był jasny – Katarzyno, twoje włosy zrobią wszystko, żeby się kręcić.
Mogłam w tej sytuacji zrobić dwie rzeczy:
A: przypomnieć sobie gdzie ukryłam moją prostownicę z Remingtona i zacząć je prostować,
B: zacząć wydobywać z nich skręt.
Opcja A była tą, którą stosowałam tych kilkanaście lat temu. Efekt był taki, że włosy były piękne. Proste. Gładkie. Do czasu. Wystarczyła odrobina wilgoci. Lekka mżawka. Silniejszy wiatr, a moje włosy zaczynały żyć własnym życiem. Wtedy też mieszkałam praktycznie nad samym morzem, a morze, moi drodzy, równa się wilgoć, a wilgoć potrafi obrócić w niwecz spędzone na stylizacji godziny. Nie, nie, aż tyle czasu, na stylizacji włosów nie spędzałam, to ma wam unaocznić jak wilgoć bywa zabójcza dla fryzury. Moje włosy po zetknięciu z nią zaczynały żyć własnym, niczym nieskrępowanym żywotem. Końcówki robiły co chciały. Powstawały fale. Gdzieniegdzie tworzyły się większe loki.
Teraz jednak stwierdziłam że skoro już się kręcą, to może taki stan należałoby zaakceptować i zapomnieć o tafli. O gładkich jedwabistych włosach, bo owszem, efekt z użyciem kosmetyków udaje się osiągnąć, ale znowu – tylko na chwilę, bo wilgoć i te sprawy. Zresztą, mój fryzjer powiedział mi prosto z mostu: "Tafli, to pani nigdy mieć nie będzie". Cóż, wiedziałam o tym, ale wiedzieć, to jedno, a zaakceptować ten stan, to odrębna kwestia. Kiedy już pogodziłam się z naturą moich włosów, czas nadszedł, by przystąpić do działania. Kupiłam pierwszy aktywator skrętu, spray utrwalający, wszystko z NEBOA i ruszyłam do dzieła. Efekty są różne, raz skręt wygląda całkiem dobrze, raz natomiast jest nieco gorzej, bo wychodzi raczej lekka fala, niż delikatny skręt, a do tego kosmetyki z NEBOA średnio mi służą, mam jednak świadomość, że nie od razu trafię na ten jedyny i pewnie sporo kasy w błoto wyrzucę, zanim dobiorę odpowiedni zestaw. Nie będę ukrywać – mocno wkręciłam się w temat włosowy, oglądam filmiki, jak nie ja, bo akurat filmiki średnio lubię, wolę czytać. Ile to ma wspólnego z dotykiem? Ano tyle, że moje włosy już dawno nie były tak wygniecione. Zawsze starałam się trzymać od nich z daleka, żeby się nie daj Boże nie zaczęły kręcić, a już jak ktoś ich dotykał, dostawałam niemalże spazmów, zresztą – nadal nie lubię, gdy ktoś natrętnie, nahalnie i bez skrępowania ich dotyka.
##Smak
Do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja, oj, szybko, szybciutko, gorzej, jeśli od tego dobrego nagle trzeba się odzwyczajać. Wtedy fajnie już nie jest.
Do czego jednak zmierzam? Od lat już kilku nie piję kawy sypanej, a może inaczej: pijam ją bardzo rzadko. Przywykłam do kawy z ekspresu i inna już mi nie smakuje. Niestety, od dwóch tygodni jestem zmuszona przyzwyczajać się nie tyle do kawy sypanej, co do rozpuszczalnej, bo mój ekspres wziął i się zepsuł, co ciekawe, to moja siostra jeszcze zdążyła sobie kawę zrobić, a ja – już nie. A co takiego się stało? Zapytacie. Otóż, woda, miast parzyć kawę i lecieć do filiżanki, leciała do tacki ociekowej. Przyznam, że dawno, dawno temu ten konkretny ekspres wyciął mi podobny numer, wtedy jednak pomogło przepłukanie bloku zaparzającego, a tym razem skończyło się serwisem. Ekspres w miniony poniedziałek wyruszył do autoryzowanego punktu Nivony i aktualnie czeka na swoją kolej. Coś mam pecha do tych ekspresów, bo Melitta też wycięła mi numer i w niej akurat wysiadł system do spieniania mleka. A jeszcze a propos kawy. Już na dobre przywykłam do picia kawy czarnej, bez cukru i mleka, bo kalorii na mleko mi szkoda, czasem jedynie potraktuję ją erytrolem, gdy dopadnie mnie chęć na pożarcie czegoś słodkiego. Kupiłam też dość ciekawą przyprawę do kawy, otóż zawiera ona pieprz, cynamon, goździki, gałkę muszkatołową i kardamon – fajna, mocna, piernikowa nuta, a kawa z nią jest naprawdę mega pyszna.
##Słuch
Wydawać by się mogło, że żółw to takie raczej ciche zwierzątko, które nie będzie się domagać uwagi ze strony człowieka i nie domaga się przez większość czasu, ale gdy gadzina robi się głodna, wtedy pokazuje, kto tu rządzi, bo gadzina drapie wszystko, co podrapać się da, przestawia rośliny w terrarium, przy okazji uda się jej którąś zniszczyć i wyciągnąć z doniczki, bo dlaczego nie? I wszystko dlatego, proszę państwa, bo żółwinka jest głodna, a głodna to ona jest praktycznie cały czas, no worek bez dna. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby żarcie w misce wytrzymało dłużej niż dwie godziny, no chyba, że są to rośliny suche, to wtedy tak, będą leżeć, ewentualnie Oshee rozniesie je po całym terrarium. „Może dojdą do wniosku, że zjadłam to suche zielsko”. Wyobrażam sobie, że tak może myśleć i raz, czy dwa nawet dałam się nabrać, ale na tym koniec, już się nie daję. Ja to nawet pozwoliłabym temu zwierzu się przegłodzić, nic by jej nie było, bo żółw codziennie jeść nie musi, ale mój stary ma zbyt miękkie serduszko, więc cóż, mój plan, żeby przyzwyczaić to nienażarte babsko do suchego zielska i tak spalił na panewce.
##Zapach
Są takie miejsca, które pachną całkiem przyjemnie, albo inaczej, powinny tak pachnieć, choć taki zapach na dłuższą metę mógłby być męczący, to jednak przez niezbyt długi czas daje się tolerować. Do czego zmierzam? Lubię zapach galerii handlowej – jak już napisałam – raczej przez czas krótki, niemniej lubię go, ale jest jedna galeria, której zapach mi się nie spodobał, nazwy nie wymienię, podpowiem tylko, że chodzi o Kraków, a ja znalazłam się w niej tylko dlatego, że jest w niej Cinema City. Żeby nieco wydłużyć, to z żalem przyznaję – ostatnio nie ma perfum, które by do mnie przemówiły, a które chciałabym/ musiałabym mieć. Są zapachy, które mi się podobają, ale żadne nie są dla mnie. Pewnie nie byłoby problemu, gdybym była przywiązana do konkretnego zapachu, ale ja uwielbiam zmiany, lubię pachnieć, cóż, różnie. Dziś Calvin Klein In 2U, a jutro np. Cacharell Amor, Amor, ewentualnie jeszcze czymś tam innym, niemniej, ostatnio nie mogę trafić na coś, co kupiłoby moje serduszko. A właściwie nie, jest kilka takich rzeczy, np. Chloe o jakże oryginalnej nazwie: Chloe, jeszcze Calvin Klein Euphoria Essence, której nie widziałam w żadnej drogerii i odkrycie mojej siostry: Paco Rabanne Fame in Love, na te ostatnie trochę szkoda mi hajsu, chyba, że upoluję je na jakiejś promce, wtedy może, z naciskiem na może, je kupię.
Czy jeszcze chcę coś dodać?
Wczoraj miałam kolejny trening, doszły nowe figurki: siedzenie na rurce i wejście. Podejrzewam, że na następnych zajęciach będę próbowała się na nią wspiąć, zobaczymy, czy moje ciało mi na to pozwoli, ale myślę, że podejmę wyzwanie. A i jak usłyszycie o pierwszej niewidomej kobiecie, która nauczyła się twerkować, to będę to ja. 😊 Wczoraj powiedziałam trenerce, że nie zdziwiłabym się, gdyby osoba niewidoma opanowała twerk, a jeśli chce, to ja jej chętnie udowodnię.
Pozostając jeszcze w klimatach pole dance i aerial – Zuza jedzie na swoje pierwsze zewnętrzne zawody, które będą miały miejsce 11-13 grudnia w Gdańsku i będzie to koło. Tyle na razie wiem, no, ale nie mogłam się z wami nie podzielić takim newsem.
Dobra, spadam, bo może dla odmiany poszłabym spać o względnie normalnej godzinie.
P.S. Uprasza się o jakieś komentarze, żeby się nie okazało, że sama dla siebie to pisałam. Wiem, wiem, trochę w stylu żebrolajków,ale cóż, na ogół atencji się nie domagam, tym razem zrobię wyjątek, wszak wyjątek potwierdza regułę, no nie?
P.S2: zapomniałam nominować: Skrzypenko, Marolku, do dzieła.
Hej wam. Wczoraj chyba mimo chodem wspomniałam, że dziś idę z dzieckiem na tzw. open. Open jest to godzinne wejście – koszt 50 zł – można wtedy poćwiczyć sobie to, czego już się nauczyło, albo popracować nad tym, co sprawia kłopot. W zależności od posiadanego pakietu można mieć w miesiącu 1 lub kilka darmowych. My akurat wykorzystałyśmy przysługujące nam wejście za free, ale to nie jest problem, żeby zapłacić. Dodam jeszcze, że taki open odbywa się bez trenera, choć dzieci muszą pozostawać pod opieką osoby dorosłej, najczęściej rodziców.
Postanowiłam też skorzystać z okazji i sprawdzić, czy ja w ogóle będę czuła vibe z tą rurką. Zuzia pokazała mi wejście i 3 naprawdę proste figurki, z czego na dzień dzisiejszy zrobiłam dwie, na tę trzecią nie mam jeszcze gotowości psychicznej, ni cholery nie potrafię oderwać nogi od ziemi i utrzymać się tylko na ręce i drugiej nodze znajdującej się już na rurze. Myślę, że to jest kwestia czasu i prędzej, czy później się odważę, a moja głowa się odblokuje. Poćwiczyłam sobie koło pół godziny i stwierdziłam, że mam dość. Co mogę wam powiedzieć na chwilę obecną?
Taka rura, to nie w kij dmuchał, można poczuć wszystkie mięśnie, nawet te, o obecności, których się nie wiedziało, albo zapomniało. Do tej pory jestem trochę jakby z waty i czuję, że lekkie zakwasy mnie nie miną. Druga kwestia, to skóra, otarcia są wpisane w ten sport i nie ma bata, żeby ich uniknąć, choć moje dziecko mówi, że do tego można się przyzwyczaić i po iluś tam treningach te otarcia nie są aż tak zauważalne. U mnie najbardziej ucierpiała wewnętrzna strona ud, ale też nie jakoś tragicznie. Dłonie trochę odczuły uchwyt, bo jednak trzeba mocno zaciskać palce, żeby się utrzymać i nie zjeżdżać w dół. Inna sprawa, że np. żeby wejść do ołówka, co dziś mi się udało, najlepiej mieć top odsłaniający brzuch, bo im więcej skóry styka się z rurą, tym jest łatwiej się utrzymać. Ja póki co, jeszcze takiego nie nabyłam, ale pewnie w jakiejś tam przyszłości go kupię.
Czy rurka mi się podobała? Zdecydowanie tak, myślę, że to może być to, czego szukałam.
Czy Katarzyna zostanie pole dancerką? Możliwe, pewnie nie będę nigdy tak dobra, jak moje dziecko chociażby, jednak bardziej mi zależy, żeby mieć coś dla siebie, co będzie sprawiało mi przyjemność, niemniej nie ukrywam, chciałabym nie tyle jej dorównać, bo na to nie ma szans, ale robić to dobrze. Nie chodzi ożadną tam finezję, ani nic w tym stylu, fajnie byłoby umieć te figury wykonać technicznie poprawnie. Tu znowu wychodzi mój perfekcjonizm, bo często jestem zdania, że skoro robię coś źle, to najlepiej nie robić tego wcale i widzę, że to się przekłada na wiele dziedzin w moim życiu, więc jeśli uznam, że wyglądam na tej rurze jak pokraka, albo, że w moim wykonaniu spiny są cokolwiek nieładne, to pewnie odpuszczę, no bo właśnie – perfekcjonizm, z którym ciężko się walczy.
I tym oto średnio optymistycznym akcentem zakończę.
Trzymajcie się ciepło i miłej niedzieli.
Powinnam pracować, ale…
Hej Wam ludziska.
Gorącosię zrobiło, ale narzekać nie będę, bo ten stan rzeczy zdaje się, długo nie potrwa chyba.
Jakieś 2 godziny temu wróciłam z Mielna, do którego to przybytku wyciągnęło mnie dziecko me jedyne. Miałam się zabrać do pracy, bo trochę w czarnej dupie jestem, a zadanie samo zrobić się nie chce, a szkoda, bo mogłoby chcieć. 😊
Zamiast zatem pracować w pocie czoła, co robi Katarzyna? Ano, pisze, bo praca nie zając, nie ucieknie.
Jak już wspomniałam, dziś byłam w Mielnie. Moje dziecko wymyśliło wczoraj, że skoro jest ciepło, to mogłybyśmy jechać nad morze, a ja nie miałam nic przeciwko. Żeby jednak było zabawniej, to plażę omijałyśmy szerokim łukiem, bo ludzi było zdecydowanie za dużo, a przecież oficjalnie sezon jeszcze się nie zaczął, bo teraz mamy tzw. sezon niski, a ten wysoki zacznie się w piątek. Fakt jednak pozostaje faktem, że ludzi kupa dziś na plażę się zeszła i ciężko było się wcisnąć, a ponieważ my tłoku nie lubimy, to spacerowałyśmy tu i tam, zaliczając naszą ulubioną trasę wzdłuż jeziora Jamno, z MIelna do Unieścia. Natomiast zakończenie długiego weekendu czerwcowego zaliczyłyśmy koszalińską wąskotorówkę, którą moje dziecko uwielbia, w tym miejscu przyznam, że ja w sumie też ją lubię, więc chociaż raz w sezonie robimy sobie małą wycieczkę.
10 czerwca minęły 2 miesiące bez zastrzyków i muszę przyznać, że jest zaskakująco dobrze, nie czuję większej różnicy, zwiększony apetyt nie wrócił, kilogramy dalej spadają, bo jeszcze jakieś 7-8 brakuje do optymalnego celu. I tu przyznam się, że trochę mnie martwi, co dalej będzie, gdy już ten cel osiągnę, na pewno będzie trzeba przejść proces stabilizacji wagi, ale co dalej? Staram się jednak, póki co o tym nie myśleć, bo też te kilogramy nie lecą tak szybko jak kiedyś – aktualnie jakieś 2-3 kg miesięcznie. Tak, tak, wiem, zdrowiej w ten sposób, ja to wszystko wiem i jestem z tym faktem pogodzona, powiem więcej, nawet mi to pasuje, że lecą wolniej. Nadal ćwiczę, te 3 razy w tygodniu i nie ma, że boli, albo, że się nie chce, niemniej muszę coś zmienić na okres wakacji. Mieszkam na 4 piętrze i jest tu cholernie gorąco, a to nie sprzyja aktywności fizycznej, bo ja tam nie lubię się pocić. To nie tak, że nie zamierzam nic robić, zamierzam, ale chyba mniej intensywnie. Zmianapory dnia ćwiczeń w grę raczej nie wchodzi, bo i tak robię je wieczorem. No nic, coś wymyślę na ten okres.
Z drugiej strony wakacje też będę miała dośćintensywne, bo młoda będzie się przygotowywać do wrześniowych zawodów, do tego jeszcze od lipca dołącza do grupy reprezentacyjnej pole dance i będzie miała dodatkowy trening w soboty. Tak, sama chciała, a ponieważ jest z ogromnym potencjałem, to mimo, iż trenerka miała zamykać grupę, to ją przyjęła.
Jutro natomiast ja będępróbowała swoich sił na rurce i zobaczymy co z tego wyjdzie, będę mogła stwierdzić, czy jest to dla mnie, czy jednak niekoniecznie. Dam znać jak mi poszło. Tymczasem w przyszły piątek moją gwiazdę czekają 3 pokazy – grupowy na kole, grupowy na rurce i solo na kole. Młoda jest mega zestresowana, więc będzie miło, jeśli potrzymacie za nią kciuki w piątek, po godzinie 18.00. Nie ukrywam, ja sama się stresuję, bo to jej pierwszy występ solo, ale jestem pewna, że pójdzie jej dobrze, tym bardziej, że technicznie jest świetnie przygotowana, teraz jeszcze trenerka musi wydobyć z niej ogień, jak to określiła.
O, dodam też, że moja waga kuchenna mnie wkurwia, ale tak mnie wkurwia, że nie pytajcie, ale jeszcze nie osiągnęłam etapu, w którym wydam ponad 700 zł na Heidi, czy jak jej tam. Do tego etapu nie dotarłam, ale on się zbliża wielkimi krokami, jeszcze trochę, a go osiągnę.
Czy mam coś więcej do powiedzenia, a nie wiem, może jednak się zmobilizuję i do tej roboty siądę, bo jak już napisałam – sama się nie zrobi.
No nic, trzymajcie się ciepło, niech wam upał za mocno nie dokuczy.
P.s. jakaś burza nadciąga i mruczy w oddali.
Hej, hej. Majówka się kończy. Czy dobrze? A nie wiem, dla mnie był to weekend, jak każdy, tyle, że młodej nie było i mogłam, bądź co bądź, odrobinkę sobie odpuścić różne rzeczy, a muszę w tym miejscu powiedzieć, że we wtorek wymieniali mi okna, więc kolejne dni upłynęły pod znakiem sprzątania, ogarniania i malowania tego, co panowie siłą rzeczy, pokiereszować musieli. Koniec końców jednak, cieszę się nowymi oknami. Pewnie trochę jeszcze czasu minie, zanim pozbędę się tego wszechobecnego kurzu i pyłu, bo on, cholera, ciągle wyłazi, co wkurwia mnie niemożebnie, ale cóż, takie są uroki wszelkich prac remontowo-montażowych.
Uświadomiłam sobie też, że za tydzień minie miesiąc, odkąd pożegnałam się z Saxą i co mogę stwierdzić po tym czasie? Generalnie jest dobrze, nie mam food noice, a przecież tego najbardziej się obawiałam i myślę sobie, że tak już zostanie, szczególnie, że Saxenda, w przeciwieństwie do innych analogów GLP-1, jest podawana codziennie, więc nie ma przedłużonego działania. Niby można się poczepiać i stwierdzić, że przecież brałam ją rok z okładem, więc pewnie trochę jej w organizmie zostało. Teoretycznie tak może być, ale z drugiej strony po to zmniejsza się dawkę stopniowo, żeby zmniejszać dopływ leku do organizmu i, żeby nie odstawić go np. z dawki 3,0 ml, bo wtedy mogłoby "zaboleć".
Cóż, jestem dobrej myśli i już nie boję się, jak na początku, że dopadnie mnie food noice. Efektu jojo też się nie spodziewam, w końcu to ja mam kontrolę nad żarciem, a nie żarcie nade mną. To oczywiście nie oznacza, że wpadki mi się nie zdarzają. Zdarzają się od czasu, do czasu, ale nie robię z tego wielkiej dramy. Stało się, to się stało, trudno, trzeba iść dalej. Przede wszystkim nie roztrząsam wtedy, dlaczego, po co i na co. Albo inaczej, staram się nie roztrząsać, bo z tego nic nie wyniknie, a jedynie spowoduje, że poczuję się jak przysłowiowe gówno, co absolutnie nie jest mi do szczęścia potrzebne.
W kwestii ćwiczeń, nadal nie doznałam olśnienia, albo może doznałam, ale nie chcę jeszcze tak tego określać. Za miesiąc mnie spytajcie. Teraz mogę jedynie powiedzieć tyle, że podjęłam wyzwanie w Respo – mnimum 12 treningów w maju. Ono oczywiście inaczej się nazywa, ale nie pomnę jak. Roztrenuj się z Respo, czy coś w tym stylu. Nie nazwa jednak jest istotna, ale sam fakt, że się zmobilizowałam. Doszłam też do wniosku, że muszę mieć bat nad sobą. Wtedy jakoś tak łatwiej mi to przychodzi. Dodam też, że nie jest to moje pierwsze wyzwanie, bo lutowe też zaliczyłam, jedynie zapomniałam, zaznaczać aktywność w appce, co dziś sobie uświadomiłam.
Pewnie chcielibyście też spytać, co u Zuzi i jak tam jej treningi. Otóż bardzo dobrze. Rozpoczęła też treningi indywidualne i przygotowuje się do występu solowego na pokazie, który odbędzie się 26 czerwca, szkoła, w której Zuzia trenuje, obchodzi wtedy swoje urodziny. W sumie pomysł zrodził się na pierwszych zajęciach indywidualnych, żeby młoda wystąpiła. Urodziny są utrzymane w klimatach słowiańskich, więc wymyśliłyśmy, że zrobimy z niej Driadę, tak jakoś nam przypasowało i nie będę ukrywać – miałam w tym swój udział, bo to ja tę Driadę wymyśliłam. Może nie jest to wiele, ale zawsze, w końcu gdyby nie pomysł, nie byłoby horeo na występ.
Poza tym cieszę się, że rok szkolny dobiega końca, choć teraz zacznie się walka o ostatnie oceny, niemniej, to już bliżej końca, niż dalej, a biorąc pod uwagę, że za chwilę egzaminy ósmoklasistów, później Boże Ciało, a więc kolejny długi weekend, to zleci szybko tych kilka tygodni. Tylko, żeby jeszcze ciepło się zrobiło, bo ileż można w kurtce chodzić. Fajnie byłoby móc wskoczyć w kieckę, a tu, póki co, się nie zanosi, bo przynajmniej u nas, po jutrze temperatura osiągnie półap 12 stopni, czy jakoś podobnie.
I tym oto mało optymistycznym akcentem, pożegnam się z wami cieplutko.
Trzymajcie się, miłego niedzielnego wieczoru wam życzę.
Hej, hej, ludzie i ludziska.
Co tam u was dobrego słychać? Z grzeczności jeno pytam, skoro już postanowiłam napisać jak mi życie mija, to wypadało i o wasze zapytać.
Tyle tytułem wstępu, nie chcąc zanudzić was czczą gadaniną, postaram się przejść do meritum.
Zacznę od tego, że w styczniu nosiłam się z podsumowaniem minionego roku, ale wiecie co? Jakoś tak wyszło, że nie wyszło. Ileś razy za to się zabierałam, po czym uroczyście stwierdzałam, że nie, do powiedzenia, to ja nic nie mam. Nie, że nie miałam, ale jakoś nie mogłam się zmobilizować, żeby jakkolwiek i cokolwiek tu napisać.
Teraz, pozwólcie, że podsumowań żadnych też czynić nie będę, bo wszak nie o to chodzi, poza tym kwiecień mamy, to już na wszelakie podsumowania chyba trochę za późno. 😛
Zacznę więc od spraw bieżących i najbardziej aktualnych. Dziś, moi drodzy, nadszedł ten dzień, w którym przyjęłam ostatnią dawkę – 0,6 mcg Saxendy. W końcu po roku i prawie dwóch miesiącach kłucia się mogłam zaprzestać. Nie, żeby te zastrzyki były dla mnie mega obciążeniem, nie były, ba, przyzwyczaiłam się nawet, niemniej kiedyś i tak musiałabym skończyć. Jak teraz będzie? Sama chciałabym wiedzieć, ale zakładam, że skoro z najmniejszej dawki schodziłam od trzech miesięcy, to liczę po cichu, że nie będzie tak źle, a organizm jakoś tego nie odczuje, inna sprawa, że jakoś tam sobie w głowie poukładałam, co też ma ogromne znaczenie, bo ogarnięta głowa, to połowa, jak nie więcej, sukcesu. Banalne stwierdzenie, ale jak ogarniesz głowę, to i ze zmianą nawyków dasz radę. Ale najlepiej będzie, jeśli spytacie mnie np. za miesiąc, czy dwa, jak to aktualnie u mnie wygląda.
W zasadzie, jestem na ostatniej prostej, żeby osiągnąć optymalny cel, zauważcie też, że optymalny, nie np. minimalny, czy idealny, ale właśnie, optymalny. Idealny bym chciała, ale to może nie wpłynąć dobrze na mój wygląd, choć jestem innego zdania, tyle, że ja akurat mogę mieć nie co zaburzony obraz postrzegania siebie, (spokojnie, pracuję nad tym). I z tego miejsca dodam jeszcze, że wpis zawiera lokowanie produktu, czy jakoś tak.
Po nowym roku w końcu zdecydowałam, że potrzebuję wsparcia dietetycznego, a ponieważ niekoniecznie miałam ochotę szukać dietetyka w moim mieście – polecana osoba – poszła w kierunku psychodietetyki i psychologii w ogóle, więc doszłam do wniosku, że wykupię dietę online i padło na Centrum Respo, z którego jestem mega zadowolona, do tego stopnia, że postanowiłam wykupić dostęp na rok czasu.
Z tego miejsca też zaznaczę, że nie jest to typowa dieta w tym sensie, że mamy system dietetyczny, tu dostajemy de facto opiekę dietetyka, który z bazy przepisów wybiera dla nas takie, które uwzględniają nasze preferencje kulinarne. Muszę też przyznać, że żarełko jest pyszne, a ja, mimo deficytu, nie jestem głodna.
Właściwie do wykupienia Respo zabierałam się od kwietnia zeszłego roku, ale wtedy wydawało mi się, że nie jest mi to potrzebne do szczęścia, jednak z czasem doszłam do wniosku, że jednak jest i nie ma co się łudzić, ale trzeba by się nauczyć komponować te posiłki i ogarnąć makro i kalorykę, co jak mi się wydaje, opanowałam nawet nienajgorzej.
A co poza tym? Bez zmian, można powiedzieć: na bezrobociu jeszcze nie jestem, męża nie zmieniłam, a dziecko wkracza w nowy etap – w końcu od sierpnia będę miała nastolatkę pełną gębą.
Ostatnio też trochę zaczęłam masować, nie pełnoskalowo, bo masuję trenerkę od aerial hop mojego dziecka, ale mam z tego sporo satysfakcji, ale nie, nie zamierzam wracać do masażu, choć początkowo moje niezdiagnozowane jeszcze ADHD już odpowiednio podkręciło mój mózg, a jemu 2 razy powtarzać nie trzeba. Ostatecznie jednak zostajęprzy masowaniu rekreacyjnym i tylko od czasu, do czasu i nawet nie chodzi o wznawianie działalności, ale raczej nie chcę odbierać sobie przyjemności, którą teraz masowanie mi daje. Wiem, że gdybym miała to robić na ful, straciłabym satysfakcję, a na etat masażowy wracać nie zamierzam, choć pewnie bym mogła, ale nie chcę, za stara już jestem.
Spytacie pewnie teraz jak tam treningi mojego dziecka – rozwija się dziewczyna, robi postępy, możliwe, że będzie miała dodatkowe treningi indywidualne, bo ma młoda potencjał i jest materiałem na zawodniczkę, więc kto wie, co przyszłość przyniesie. Napole dance również nadal chodzi i też robi postępy, ale mam wrażenie, że jej bajką zdecydowanie jest aerial hop.
A jeszcze do mnie wracając, żeby za pięknie nie było, bo jak wiadomo: dieta, białko, nawodnienie, wszystko to jest super hiper ważne, i z tym problemu to ja nie mam, albo inaczej: mam go bardzo rzadko, gorzej z aktywnością fizyczną. No za cholerę nie potrafię się zmusić do ćwiczeń, ja już na samą myśl, że mam cokolwiek ćwiczyć, czuję się zmęczona. 😂
To nie jest tak, że ja nie mam świadomości, że na redukcji ruch jest potrzebny, mam ją, a jakże, ale nie doznałam jeszcze prawdy objawionej, jak to miało miejsce w przypadku diety, tu poszło jakoś łatwiej, a z tym ruchem – no ni cholery nie doznaję olśnienia, nawet motywację trudno mi znaleźć.
Może któraś, bądź któryś z was potrafi, a jeśli tak, to ja chętnie przyjmę różne tam TIPy.
Gdzieś mimo chodem napomknęłam też o moim niezdiagnozowanymADHDowym mózgu. Nie wiem, czy o tym pisałam, czy też nie, ale jeśli tak, cóż, przeczytacie jeszcze raz. Otóż zaczęłam chodzić na terapię i okazuje się, że mogę mieć ADHD, to oczywiście nie jest powiedziane, że mam, wszak do tego trzeba zrobić różne testy – DIVA itd. Niemniej, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak może być. Czy się zdiagnozuję? Nie wiem, możliwe, ale z drugiej strony, diagnoza tania nie jest, a w tym roku muszę młodej stały aparat na zęby założyć, co generuje spore koszty. Pominę milczeniem, że higiena tego ustrojstwa przyprawia mnie o ból zębów, głowy i i co tam jeszcze może boleć, a już comiesięczne wydatki związane z wizytami u ortodonty i to przez co najmniej 2 lata albo dłużej. Aż chciałoby się powiedzieć, że małe dziecko, to mały problem i coś w tym jest, bo im są starsze, tym więcej kosztów generują.
No dobra, kończę narzekanie i generalnie chyba nie mam już nic do powiedzenia, tym samym zakończę, dobrej nocki życząc wszystkim.
Spontanicznie i.
Dzień dobry.
Scroluję sobie Eltena, tu i tam zaglądam, popijając przy okazji pyszną herbatkę z jabłkami i cynamonem z mojego super hiper dzbanka podgrzewanego świeczką, coby napitek w nim przyrządzony nam nie wystygł zanadto.
Pomyślałam tedy: a może coś napisać na tym nieszczęsnym, bo zapomnianym przeze mnie blogu?
Cóż, czemu nie?
Jeno uzupełnię kubek o herbatkę.
Moja jedyna pojechała z koleżanką na kręgle, więc matka ma chwilę względnego spokoju. A spokój ostatnimi czasy bardzo się przydaje, nie, żeby jakoś mi go brakowało, mam kilka obaw, ale generalnie tragedii nie ma.
Młoda moja zaczęła już 4 klasę i to był dla niej spory przeskok, raz, że nowe przedmioty doszły – przyroda, historia, technika i to chyba wszystko, bo reszta już była, niemniej teraz każdy przedmiot jest z innym nauczycielem, co jest sporą różnicą w porównaniu do etapu wczesnoszkolnego. Mimo to, radzi sobie całkiem dobrze, choć polski nie jest jej ulubionym przedmiotem, w ogóle ona woli te ścisłe – zauważyłam.
Nadal trenuje aerial hop – na urodziny dostała własne koło i doszła jeszcze rura, czyli pole dance. Tu pewnie niektórzy się uśmiechną, albo ciężko zbulwersują – jak to tak, posyłać dziecko na takie zajęcia, które mogą kojarzyć się zbyt seksualistycznie, ale to wcale tak nie jest, bo pole dance to bardzo fajny rodzaj ćwiczeń, a do tego niesie za sobą dużo korzyści, a jakie? Proszę bardzo:
trening ogólnorozwojowy całego ciała, wzmacnianie mięśni ramion, brzucha, pleców i nóg, wzmacnianie mięśni głębokich, poprawa koordynacji i równowagi, nauka nowych figur, co wpływa na kreatywność, bo można je dowolnie łączyć i tworzyć własne horeografie, To tak na szybko, co można o pole dance powiedzieć, poza tym moja młoda uwielbia zarówno rurkę jak i koła, a za jakiś czas być może dojdzie jeszcze szarfa, czyli aerial silk.
Ogólnie to się cieszę, że młoda ma pasje, że rozwija się w tym kierunku.
Teraz dowiecie się co tam u mnie w ostatnich miesiącach się podziało, a może nie podziało się wiele w sensie, pracy nie zmieniłam, męża też nie, mieszkam, gdzie mieszkałam, ale za to zmieniły się inne rzeczy, otóż, jeśli potraficie czytać między wierszami i zaglądacie na tego bloga, czytając czasem przepisy, których kilka tu jakiś czas temu wrzuciłam, to możecie się domyślić, że coś musiało się zadziać.
I się zadziało, bo postanowiłam zrobić coś ze sobą i z moją insulinoopornością, którą wiedziałam, że mam, a która dosłownie nie dawała mi żyć, odcinając mi prąd po niemal każdym posiłku, a to na dłuższą metę stawało się wyjątkowo nieznośne.
Jedyne wyjście, jakie przyszło mi do głowy, to zbadać poziom insuliny, który swoją drogą był wysoki, bo wynosił 51 i glukozę, po czym wyliczyć współczynnik HOMa – u mnie było 13,5, co mało nie jest, tak nawiasem mówiąc.
Uzbrojona w wyniki udałam się do lekarza i się zaczęło. W każdym razie, gdy wyszłam z gabinetu, popłakałam się, choć teraz nie wiem dlaczego, bo z jednej strony nie jest miło słyszeć, że w zasadzie to trochę się zapuściło, a z drugiej, że wypisane leki są cholernie drogie, bo jedno opakowanie kosztuje 472 zł – słownie czterysta siedemdziesiąt dwa złote. Właściwie to płakałam z obu tych powodów, ale zacisnęłam zęby. Doszłam do wniosku, że udowodnię pani Borówce, tak Zuzia nazwała moją lekarkę – pani ma w nazwisku Jagodę, stąd tak, a nie inaczej. No więc – tak wiem, zdania tak się nie zaczyna – postanowiłam, że udowodnię pani Borówce, że nie takie rzeczy Katarzyna już robiła. Owszem, bałam się skutków ubocznych zastrzyków i nie, nie jest to Ozempic, tylko Saxenda, więc jakby co, to nikomu z cukrzycą leków nie odbieram. 😏
I tak od 8 miesięcy – ale to szybko zleciało, tak swoją drogą – dzień w dzień kłuję się, celem zapodania sobie kolejnych dawek saxy, która – nie będę ukrywać – pomogła, bardzo pomogła, a i skutków ubocznych nie mam żadnych, początkowo jedynie przy zwiększonej dawce coś tam się działo, ale generalnie wracało do normy po kilku dniach. Przyznam tylko, że codzienne kłucie bywa uciążliwe, ale cóż, niektórzy dają sobie insulinę kilka razy dziennie i żyją, toteż ja również to przetrwam, no nie?
Teraz możecie spytać o moje jedzenie, bo wiadomo, zastrzyki to droga na skróty, co z tego, że schudniesz, ale jak odstawisz, to efekt jojo murowany. To są główne argumenty przeciwników takiej formy leczenia otyłości i trochę prawdy w tym jest, bo przede wszystkim, trzeba zmienić nawyki żywieniowe, to jest podstawa i nie ma znaczenia, czy będziemy korzystać z farmakologii, czy wejdziemy w deficyt kaloryczny, czy jeszcze tam coś innego zastosujemy. Nic nie będzie skuteczne, jeśli: uwaga, uwaga, wrócimy do starych nawyków żywieniowych, do nich wrócić nie można i najpierw to trzeba zrozumieć, a dopiero wtedy tak naprawdę można efektywnie pracować nad sobą.
No żadne cuda nie pomogą, jeśli wrócimy do żarcia sprzed okresu redukcji i jeszcze jedno: od tej pory to ma być styl życia, nie powinniśmy traktować tych wypracowanych nawyków jak zło konieczne, bo wtedy wiadomo jak to się skończy.
Teraz pewnie chcielibyście spytać: no to ile schudłaś: Całkiem sporo, bo 27 kg i jeszcze trochę mi zostało, bo jakieś 12 do 15, które chciałabym zgubić, ale za mną już ogromna zmiana. Co prawda aktualnie mój organizm trochę się buntuje, bo waga raczej stoi, waha się o kilkaset gram, ale to nie są duże skoki, więc wiem, że w końcu to ruszy, jedynie czasu trzeba i pójdzie w dobrą stronę.
I też, żeby nie było, nie jestem jakimś tam ekspertem od odchudzania itd. ale z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że się da, a i jedz mniej i więcej się ruszaj, nie działa, takie gadanie w buty sobie włożyć można, bo skuteczne to ono za cholerę nie jest. Fakty też są takie, że otyłość jest chorobą, którą można i trzeba leczyć.
W sumie nie wiem, czy dobrze zrobiłam, że o tym wszystkim napisałam, ale jeśli ktoś będzie chciał coś z tego dla siebie wyciągnąć, to pewnie wyciągnie, a jeśli nie – cóż, nie mój to problem.
Poza tym nie zamierzam teraz namawiać nikogo, że koniecznie musi leczyć swoją otyłość, do tego trzeba samemu dojrzeć, nie powiem, że chcieć, bo chcieć to jedno, a dojrzeć do tego, to drugie i myślę sobie, że jednak to jest ważniejsze, bo jeśli dojrzejemy do pewnych decyzji, to łatwiej będzie nam je realizować.
I tym oto akcentem zakończę, trzymajcie się, fajnego wieczoru wam życzę.
Cześć, drodzy. Nie będę się tłumaczyć dlaczego mnie nie było, bo nie chce mi się tego robić, grunt, że się nie nudziłam w tym czasie, to musi wam wystarczyć.
Z czym dzisiaj do was przychodzę, zapytacie?
Ano, jak w temacie – taka mała rozkmina mnie naszła odnośnie do mojej jedynej, która to zdaje się, znalazła swoją pasję i wszystko jest super, jestem za, jak najbardziej, jako pierwsza poparłam jej chęć rozwoju w obranym kierunku, powiem więcej, dołożę wszelkich starań, żeby rozwijała się w tym, co lubi, ale dlaczego, dlaczego padło na coś, czego nie będzie mi dane zobaczyć? Kurczę, dlaczego wokalnie nie jest utalentowana, chociaż posłuchać bym mogła, a tak? A tak dupa zimna, nie zobaczę, bo proszę państwa, pasją mojej córki jest aerial hoop.
Co to jest ten aerial hoop pewnie teraz zapytacie, otóż, najprościej rzecz ujmując – połączenie formy akrobatyki, gimnastyki i tańca wykonywanego na metalowym kole zawieszonym pod sufitem. Koło takie jest wykonane z dość cienkiej rurki i może mieć średnice do 110 cm – musi być dobrane indywidualnie do wzrostu, ale w szczegóły zagłębiać się nie będę, bo to nie ma tu znaczenia.
Tak, już wiecie, co jest pasją mojej córki, a trzeba wam wiedzieć, że młoda ma do tego ogromne predyspozycje, co zapewne zawdzięcza baletowi, na który cały czas uczęszcza. Teraz możecie zapytać, co takie ćwiczenia na kole dają, czy w ogóle ma to sens? A ma, jak najbardziej, gdyż pracują tu mięśnie całego ciała, zwiększa się siła, poprawia równowaga i koordynacja, ćwiczenia na kole angażują też do pracy mięśnie głębokie, co nie jest takie znowu oczywiste.
Być może teraz znów zapytacie: o temat tego wpisu, wszak gdzie tu mowa o ironii losu? Śpieszę z odpowiedzią: ja tego nie zobaczę i jak zwykle muszę polegać na opinii innych, więc można by rzec, że osoba, na której opinii dziecku bardzo zależy, nie będzie w stanie tak naprawdę sama stwierdzić, czy faktycznie jej dziecko jest dobre w tym, co robi.
Trochę tu poleciałam w skrajność, bo ja wiem, że ona jest w tym dobra, wiele osób to mówiło, ale co najistotniejsze, sama trenerka po pierwszych zajęciach była zachwycona jej potencjałem.
Być może za miesiąc będzie mi dane poobserwować młodą w trakcie ćwiczeń, bo na urodziny dostanie swoje własne koło i już zapowiedziała, że będę mogła obejrzeć sobie każdą figurę, którą potrafi,a trochę tego jest.
Cóż, moje rozkminy są tak naprawdę tylko moje, nieważne – ironia losu to, czy jeszcze nie, ja i tak jestem dumna, że znalazła dla siebie coś, w czym chce się realizować i rozwijać, pewnie z czasem będzie więcej pokazów, a wiedzieć musicie, że 2 ma już za sobą, a także filmik promujący aerial. Jeśli okaże się, że jest szansa wyjazdu na zawody, pojadę z nią, a jakże, a jeżeli za rok stwierdzi, że koło już jej nie interesuje? Trudno, odpuszczę, w końcu to nie moja pasja, tak czy inaczej: będę wspierać wszystkimi moimi zasobami, które posiadam, bo wiem, że warto.
To tyle i tak na koniec: fakt, że tego nie zobaczę, kompletnie nie ma dla mnie znaczenia.