Witajcie, drodzy.
Zimę piękną mamy, a ja nie zamierzam narzekać na śnieg, co mnie samą zaskakuje, nie wiem dlaczego tak się dzieje, możliwe, że zbyt mało jest białego gówna. Owszem, trochę go leży, ale bywało więcej.
Listopad minął, co bardzo mnie cieszy, bo ciągnął się niesamowicie, a pewnie zresztą nie tylko u mnie, ten miesiąc powoduje stan zbliżony do depresyjnego. Czy w tym czasie zadziało się coś szczególnego? Raczej nie, tyle tylko, że 14 listopada podpisałam w końcu umowę, przy czym pozbyłam się skrzętnie gromadzonej gotówki, co trochę zabolało, ale bolałoby bardziej, gdybym musiała wyłożyć 100 procent tej kwoty. Aktualnie czekam sobie na sprzęt. Nie będę ukrywać, że cierpliwym człowiekiem, to ja nie jestem, nie nie, a tylko ja wiem, że cały ten aktywny samorząd kosztuje mnie już sporo cierpliwości, a o nerwach to już nie wspomnę nawet. Ponieważ kwota dofinansowania wyniosła ponad 10 tysiączków, to musiałam jeszcze pofatygować się do CUS, bo w Koszalinie odeszli od OPS na rzecz centrum usług społecznych, właśnie, o czym wspominam tak gwoli wyjaśnienia. Zapytać możecie w tym miejscu, po co do tegoż urzędu się fatygowałam? Ano weksel podpisać, coby do głowy mi nie przyszło ów sprzęt spieniężyć. Nie nie, spokojnie, nie zamierzam niczego spieniężać, ale oni tego wiedzieć nie muszą, stąd kolejne zabezpieczenia na wypadek. :p
Do tego mój ekspres wziął i umarł, choć nie tak do końca, bo umarł jedynie system do spieniania mleka, a ponieważ nie jest to sprzęt, który kosztował krocie, więc nie jest mi go jakoś szkoda, inna sprawa, że w wielu opiniach czytałam, że jest to najsłabszy punkt ekspresów tej firmy i o ile espresso robi świetne, o tyle mojej ukochanej latte już nie zrobi. Ostatecznie więc dostanie go moja mama, która espresso uwielbia, a ja postanowiłam wystosować do Mikołaja apel o kawiarkę elektryczną i spieniacz do mleka, też elektryczny of course. Ktoś w tym miejscu mógłby spytać, dlaczego takie, bądź co bądź, dziwaczne rozwiązanie? Że z pewnością lepiej byłoby kupić ekspres automatyczny i po sprawie.
Teoretycznie może i tak, ale jak wiemy teoria swoje, a praktyka to zupełnie co innego.
W tym wypadku wcale nie musiałabym pozbywać się mojego ekspresu, a jedynie dorobić się spieniacza do mleka, problem jedynie w tym, że mam za mało miejsca, żeby oba urządzenia trzymać. I żleby nie było, to też nie jest tak, że się nie da dokumentnie, bo nie da się, to parasola w dupie otworzyć, zapewne jakoś bym tak zakombinowała, że ten dodatkowy sprzęt znalazłby swoje miejsce, ale to spowodowałoby, że moja przestrzeń robocza znacznie by się zmniejszyła, to raz, a dwa, moja i tak mała kuchnia wyglądałaby na straszliwie zagraconą, a tego chcę uniknąć, stąd takie, a nie inne rozwiązanie. Kolejny argument za, to koszta, wszak automat swoje też kosztuje, a ja właśnie wydrenowałam swoją kieszeń na aktywny samorząd, tak tylko przypominam.
No to skoro malkontenci przyjęli wymówkę, to idziemy dalej.
Jakiś czas temu odkryliśmy wspólną, rodzinną pasję, a mianowicie: lego star wars. Nie mamy jeszcze wybitnej kolekcji, ale coś tam już jest i tak posiadamy: imperialną maszynę kroczącą, dość dużą, a Paweł z Zuzką składali ją zaledwie 3 dni, statek imperialny TIE, statek Dartha Vadera, z figurek natomiast jest Luke Skywalker, Chewbacca, pilot maszyny kroczącej, dwóch szturmowców, C3PO i 2 jakieś takie imperialne droidy.
Namiętnie kupuję młodej gazetkę Lego Star Wars, a ona dzięki temu szlifuje czytanie, no, przynajmniej nie muszę jej do tego zachęcać zanadto, bo lektury, to wiadomo.
Aktualnie Zuzia czyta "Przygody dziesięciu skarpetek", obie stwierdziłyśmy jednogłośnie, że Cukierek był ciekawszy.
Poza tym moje dziecko odkryło w sobie malarskie zacięcie. Sama namalowała nocny pejzaż, co według tych, którzy obraz widzieli, wyszło bardzo ładnie.
Jeśli zainteresowania nie miną, to możliwe, że coś w tym kierunku zadziałamy, wszystko jednak zależy od Zuzanny i jej chęci, bo wiadomo jak jest w tym wieku, upodobania zmieniają się z prędkością światła, a ty, biedny rodzicu, musisz nadążyć.
Muszę też hamować moje rodzicielskie zapędy do nadmiernego pomagania młodej w nauce. W piątek pani zadała dzieciakom do napisania list i koniecznie chciałam jej w tym pomóc, praktycznie ułożyłam za nią treść listu, na szczęście młoda dość szybko sprowadziła mnie na ziemię, twierdząc, że ona chce samodzielnie go napisać, bo inaczej to nigdy nie nauczy się budować poprawnych zdań, a jedyne, o co zapyta, to o przecinki, żebym jej powiedziała gdzie je wstawiać.
Ostatecznie młoda ma rację i to mój problem, żeby się z tym uporać.
Dodam jeszcze, bo nie wiem, czy o tym wspominałam, moje dziecko lubi matematykę, tak, tak, nie przesłyszeliście się. Najlepsze jest to, że ona dla relaksu zadania rozwiązuje i nie zamierzam narzekać z tego powodu, no, może jedynie w tej kwestii, że w mamusię to ona się nie wdała. :p
To bardziej po tatusiu, który matmę ogarnia całkiem dobrze, a na pewno lepiej niż ja.
Zapomniałabym wspomnieć, że w piątek wybrałyśmy się na oficjalne odpalenie instalacji świetlnej, którą zafundowali nam koszalińscy radni, czy kto tam o tym zdecydował. Instalacja podobno ładna, a do tego być może byłam w lokalnych mediach, o czym nie pochwaliłam się nikomu z rodziny i znajomych of course, bo i też nie było czym się chwalić. :p
No dobra, wszystko już zostało napisane, to ja się pożegnam, życząc Wam drodzy, dobrej nocki.
Cześć Wam, witajcie.
Czas leci jak oszalały, wrzesień minął, sama nie wiem kiedy, choć pewnie ku temu przyczyniła się wyjątkowo piękna pogoda i parę jeszcze innych kwestii, o których pozwolę sobie tu wspomnieć.
I oczywiście zaczęła się szkoła, a z nią wróciły lekcje, odrabianie zadań domowych i pierwsza lektura, padło na książeczkę Waldemara Cichonia "Cukierku, ty łobuzie". W tym miejscu muszę przyznać, że jest to naprawdę sympatyczna pozycja, przedstawiająca przygody kota Cukierka. To tak pokrótce.
Trochę Zuzka czytała, trochę posłuchałyśmy, coby wyrobić się przed zapowiadanym terminem, a pani dała dzieciakom cały miesiąc, ai tak znalazły się jednostki, które z jakichś powodów tematu nie ogarnęły.
Generalnie druga klasa, to już nieco wyższy level niż pierwsza, zatem i wymagania też ciutkę poszybowały w górę. Kartkówek jest jakby więcej, a i sprawdzianiki już były, ale z tych Zuzka wyszła całkiem dobrze.
Tymczasem ja, moi drodzy, przestałam zasilać grono bezrobotnych i żyć na tym tak przez niektórych znienawidzonym socjalu. Echh, gdyby chciało mi się walczyć z wtyczką NVDA do emotikonek, poleciałoby parę ironicznych buziek, ale mi się nie chce, to po pierwsze, a po drugie, cóż, dni mojego starego lapka są policzone, bo Katarzynka złożyła wniosek o dofinansowanie z aktywnego samorządu, wniosek ów został zatwierdzony i właśnie skierowany do realizacji, w związku z czym, pewnie niedługo już będę cieszyła się nowym sprzętem.
I generalnie ten wniosek właśnie w znacznym stopniu psuł mi humor we wrześniu, bo co chwilę musiałam coś poprawiać, dosyłać i takie tam, ale koniec końców, opłaciło się. Swoją drogą, nie byłam pewna, czy ten mój wniosek będzie pozytywnie jakkolwiek rozpatrzony, wszak byłam wówczas bezrobotna, choć w uzasadnieniu pozwoliłam sobie wspomnieć, że od września zaczynam pracę i chyba jednak to przeszło.
No dobra, nie będę doszukiwać się motywów osób, które ostatecznie zdecydowały o moim wniosku, najważniejsze, że odpowiedź jest z korzyścią dla mnie.
W październiku zaliczyliśmy też endokrynologa z Zuzą i wyniki się ładnie poprawiły, ale leki niestety z nią zostały.
Tak się zastanawiam, czy działo się coś jeszcze, ale chyba nie, poza tym było w miarę spokojnie, bez fajerwerków w każdym razie, choć emocje, których dostarczył mi SOW i ogólnie cały ten wniosek, wyczerpały limit na kilka najbliższych miesięcy.
Ach i jeszcze jedna rzecz notorycznie wyprowadzała mnie z równowagi, a mianowicie pióro wieczne, którym pisze moje dziecko, bo tak sobie szkoła wymyśliła. Aktualnie Zuzia ma już trzecie i naprawdę liczę , że to już ostatnie w tym roku. Poprzednie egzemplarze niestety wylewały atrament, co uniemożliwiało korzystanie z nich. Inna sprawa, że wkłady, czyli naboje albo jak kto woli – konwertery, które z uporem maniaka wciskali mi wszyscy sprzedawcy, są krótkie, zatem do pióra trzeba włożyć 2, żeby wszystko do siebie pasowało. Teraz jednak będę już mądrzejsza, bo w ostatnim egzemplarzu wykorzystano długi nabój i tego zamierzam się trzymać, nie dam sobie wcisnąć tego krótkiego gówna, które próbowali mi wciskać.
I tym oto akcentem zakończę mój wpis. Trzymajcie się moi drodzy, dobranoc.
A, bo kiedyś to było
Dobry, moi mili.
Co tam u Was? Gotowi na powrótdo szkół? Bo my, owszem, już nawet plecak na wtorek Zuza spakowała, bo mamy plan lekcji na stronie szkoły, w związku z czym wszystko jest jasne.
Ja jednak nie o tym, dziś naszła mnie pewna refleksja. Słuchałam piosenki "Mamo, córko" na blogu użytkowniczki Kasi. Nie będę interpretować tekstu i wyłuszczać co autor miał na myśli, ale tak pokrótce: tekst przedstawia dialog córki z matką, gdzie to córka opowiada mamie o swoim chłopaku, a mama próbuje wyperswadować go swojej latorośli z głowy, podając argument, że teraz są inne czasy, niż wtedy, gdy ona sama była młodą dziewczyną.
Otóż słuchając po raz wtóry tej piosenki, postanowiłam podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami odnośnie czasów minionych, czy słusznie, czy nie, wszak podkreślać nie trzeba, choć pewnie znaleźliby się entuzjaści minionego ustroju, czego zaraz dowiodę.
Ile razy bym nie słuchała tej piosenki, a przyznam, że w tym konkretnym wykonaniu słucham jej dość często, uświadamiam sobie, jak to ludzie mają w zwyczaju upiększać minione czasy.
Jest to zresztą udowodnione, że własne dzieciństwo, lata młodości i ogólnie okres, który minął, wspominamy z sentymentem i rozrzewnieniem, jednocześnie twierdząc, że teraz to dopiero jest źle, beznadziejnie i jak tak dalej pójdzie, to panie, ten świat upadnie, bo na psy to cały czas schodzi, ale to, co teraz się dzieje to woła o pomstę do nieba. Dzieci nauczycieli nie szanują, uczyć się nie chcą, tylko te telefony i tablety i internet, ach i gry jeszcze, no tylko grają i te, bajki oglądają, no co to z tego panie wyrośnie, no co?
Takie mniej więcej słyszę biadolenie monitoringu osiedlowego, który przesiaduje na placu zabaw. Od razu jest, rzecz jasna, odniesienie, jak to dobrze było za komuny, praca była, mieszkanie było, dzieci nauczycieli słuchały i rodziców też, bo jakby nie słuchały, to raz i drugi dostałyby po pysku i sprawa byłaby zakończona, jeden z drugim już nie będzie pyskował. A nauczyciele? Jak trzeba było to linijką po łbie albo po łapach trzasnęli i żadnemu tam nie przyszłoby do głowy, żeby się w domu matce czy ojcu poskarżyć, bo jeszcze drugie tyle by oberwał.
Oj tak, słyszy się to i owo, jak to cudownie kiedyś było. Nagle jakoś tak się zapomina, że stało się w kolejce po artykuły pierwszej potrzeby, ale przecież było tak cudownie. Nieważne, że na kupno mebli czy innych dóbr można było czekać miesiącami, a nawet latami, nie, to gdzieś tam kryje się w mrokach niepamięci.
No dobrze, ja też wspominam swoje dzieciństwo i lata nastoletnie z sentymentem, ale nie porównuję za każdym razem czasów przebrzmiałych do teraźniejszości, bo to niczego nie zmieni, a życie przeszłością to nie jest dobry sposób na egzystowanie w tym świecie i czerpania z tej egzystencji garściami, pełnymi, czy też nie.
Ja rozumiem, że ludzie starsi generalnie nie nadążają za tym, co dookoła się dzieje, stąd pewnie chętniej zanurzają się we wspomnienia, być może dzięki takim retrospekcjom jest im łatwiej osadzić się w tu i teraz, zresztą nie wiem, jeszcze mnie to nie dotyczy, najlepiej spytajcie mnie o to za 30-40 lat, wtedy być może wam odpowiem, o ile dożyję, of course. 🙂
I tu przechodzę do kolejnej rzeczy, a mianowicie: mentalność ludzka, która nijak nie nadąża za biegiem wydarzeń i czasu w ogóle. Technologia pędzi do przodu, ścigając się z postępem, zmienia się narracja, a nasza mentalność zatrzymała się i zwyczajnie nie nadąża, bidulka zmęczyła się i musi odpocząć.
A gdyby tak ktoś chciał mi zarzucić, że mylę się z tą mentalnością, otóż nie, nawet mam przykład – my, niewidomi, postrzegani jesteśmy nadal jak kosmici, a przecież komuna dawno upadła, czasy się zmieniły, ale mentalność, proszę państwa, została jeszcze w tyle.
No dobra, chyba się wywnętrzyłam, więc mogę się pożegnać z Wami, mili moi.
Dobranoc zatem.
Cześć Wam, ludzie.
Już któryś raz zabieram się do tego wpisu i za każdym razem coś mi nie pasuje, ale co? Nie wiem, nie podoba mi się i tyle. 🙂
Żywię nadzieję, że to już ostatnie podejście i na tym zakończę.
Jak wiecie Zuzka rozpoczyna nowy etap: witaj szkoło, ot co.
Nie będę ukrywać, jestem nieco zestresowana, zresztą nie ja jedna, bo Zuzka też się denerwuje, ale ona z zupełnie innych powodów, choć właściwie nie, coś tam jednak się pokrywa.
Obie np. martwimy się czy sobie poradzi w nowym środowisku, a ja dodatkowo – o odrabianie lekcji, bo mój stary pracuje na zmiany – tydzień na rano i kolejny na popołudnie, więc jakoś będziemy musieli rozwiązać sprawdzanie lekcji, czy wszystko odrobiła i czy pisze poprawnie. Da się to rozwiązać, bo na kilka pomysłów już wpadliśmy, niemniej lekki stres jest.
Kolejna sprawa to dostępność dziennika elektronicznego, u nas to ma być Vulcan, więc jeśli ktoś z Was ma jakieś doświadczenia z tą appką to fajnie byłoby, gdyby zechciał się podzielić jak to radzi sobie z VO.
Z nieoficjalnego źródła wiem, że Zuzka będzie w klasie 1C, czyli w baletowej, a wyszło tak, gdyż chciała być w klasie z koleżanką z osiedla. Przyznam, że taka opcja mi też odpowiada, bo nie będzie problemów z pożyczeniem zeszytów w razie choroby, czy innych nieprzewidzianych wypadków. Wiem, dość pragmatyczne podejście, ale na ogół takie właśnie mam. 🙂
Mogłabym próbować ją przenieść, ale z uwagi na fakt, że będzie miała nauczycielkę, którą rodzice dobrze oceniają, nie zamierzam tego robić.
Wyprawkę praktycznie skompletowaliśmy, brakuje nam tylko tornistra, bo ten moja sis ma kupić młodej na urodziny.
Naczytałam się o plecakach i tornistrach, dlatego ze względu na młody kręgosłup, wybieramy ten drugi.
Jak narazie Zuzka cieszy się z nowych zeszytów, kredek itd. ale mogę się założyć, że po pierwszym miesiącu będzie miała szczerze dość. 🙂
A właśnie, w temacie wpisu wspomniałam coś o Zuzankowej deklaracji i oto ona: otóż, moja córka zadeklarowała, że będzie najlepszą uczennicą w klasie.
Cóż, szczerze jej tego życzę, myślę jednak, iż młoda ma zadatki na osóbkę, która z nauką większych trudności mieć nie będzie i modlę się, żeby matematyka nie stanowiła dla niej problemu, bo o ile na poziomie podstawowym może będę mogła jej pomóc, to już na bardziej zaawansowanym – nie. 🙂
Dobrze, że mąż biegle posługuje się angielskim, więc w razie W będzie jej pomagał. Teoretycznie ja też z angolem dałabym radę, ale w praktyce, no mój stary jest w te klocki sporo lepszy ode mnie.
Najbardziej jednak przeraża mnie fakt, że w naszej szkole lekcje odbywają się w systemie dwuzmianowym i niekiedy wypadają absurdalnie późno, bo np. dzieciak idzie na 13:45 i kończy o 17:10. Jest to o tyle kłopotliwe, że te dzieciaki po południu są już nie tak skoncentrowane, jak rano, więc trudno wymagać, żeby byłyskupione jak należy. Inna sprawa, że trzeba jeszcze odrobić lekcje, co też małemu zmęczonemu umysłowi może sprawiać kłopot. Zresztą niech pierwszy rzuci kamień ten, kto od razu po szkole z werwą i ochotą godną lepszej sprawy, zabierał się za tak żmudne zadanie, jakim jest odrabianie pracy domowej.
Odłożyć tego nie można, wiadomo, bo najczęściej na drugi dzień dzieciak idzie do szkoły na 8, więc musi się przygotować i jeszcze wypocząć.
To tyle, jeśli o moje ogólnoszkolne obawy chodzi. Gdzieś tam z tyłu głowy czai się myśl, że nie będzie tak źle, że setki innych dzieci w tym systemie funkcjonuje i radzą sobie, więc moja Zuzia też sobie poradzi. Może teraz tylko to wygląda tak strasznie, a w praktyce okaże się całkiem zwyczajne i normalne.
Mimo, że jestem zestresowana, to staram się powoli oswajać temat i nie zakładać najgorszego, bo to z pewnością naszej trójce nie pomoże.
Żyję.
Cześć Wam, drodzy.
Co tam u Was słychać? W zasadzie to z grzeczności jeno pytam. 🙂
Jak napisałam w tytule: żyję. Ostatnio rzadko tu zaglądam, a wszystkiemu winien jest mój złom, do którego coraz mniej mam cierpliwości i jeszcze trochę, a wyrzucę go przez balkon. Lot będzie miał dość długi, bo z czwartego piętra, więc potłucze się nieszczęśnik, ale jakoś żal mi go nie jest. Było działać jak trzeba, to nie rozważałabym zderzenia z ziemią.
W sumie, gdyby nie fakt, że musiałam złożyć wniosek o 300+ to pewnie dalej zbierałby kurz, ale wiadomo, ktoś ten wniosek musiał ogarnąć.
Nieskromnie przyznam, że całkiem sprawnie poradziłam sobie z PUE ZUS i choć nadal nie lubię tej platwormy, to powoli się z nią, dogaduję, bo zaprzyjaźniam to zdecydowanie za duże słowo.
A co do złomu… Marzy mi się, żeby go wymienić, ale na dofinansowanie z Aktywnego Samorządu zapewne nie mam co liczyć, bo w 2016 dostałam, a poza tym chyba przeraża mnie zbieranie tych papierków, mam na myśli okulistę itd.
Poza tym moje dziecko zakończyło przedszkole, 23 czerwca byłam na uroczystości z tej okazji i muszę powiedzieć, że bardzo się wzruszyłam. Dzieciaki zatańczyły poloneza, belgijkę i jeszcze coś, czego nazwy nie pamiętam, pośpiewały trochę piosenek, powiedziały wierszyki, a ja popełniłam nagranie tego przedstawienia i niewykluczone, że je tu wstawię.
Do wybranej szkołyZuzka się dostała, wszak poszłam na łatwiznę i zapisałam ją do szkoły rejonowej, więc tak czy siak, przyjąć ją musieli. Spytacie dlaczego poszłam na łatwiznę? Bo szkołę mamy dwie przecznice dalej, dosłownie 5 minut drogi od domu, więc młoda będzie mogła sama bezproblemowo wracać, myślę, że to nastąpi koło drugiej klasy, bo w pierwszej jeszcze tego nie przewiduję.
Ach, pobrałam też ze szkolnej strony wyprawkę do pierwszej klasy i zaraz się przekonacie co musimy kupić.
A oto i rzeczona wyprawka:
WYPOSAŻENIE UCZNIA KLASY I
Przybory:
2 zeszyty 16 – kartkowe w kratkę,
zeszyt 32 – kartkowy w kratkę (do religii),
zeszyt 16 – kartkowy w kolorową linię,
teczka tekturowa z gumką,
piórnik: pióro, linijka, gumka, temperówka, klej w sztyfcie, nożyczki, 3 ołówki (jeden trójkątny),
kredki świecowe,
kredki ołówkowe,
farby plakatowe oraz 2 pędzle (mały i duży),
plastelina,
wycinanki,
blok rysunkowy z białymi i kolorowymi kartkami (format A4),
blok techniczny z białymi i kolorowymi kartkami (format A4),
patyczki do liczenia,
2 gumki recepturki.
Ponadto:
• strój gimnastyczny – ciemne spodenki (granatowe lub czarne), biała koszulka, białe skarpetki, obuwie sportowe na zmianę (halówki),
• strój galowy – biała bluzka i granatowa lub czarna spódnica, biała koszula i granatowe lub czarne spodnie.
I generalnie wszystko elegancko, tylko ja się pytam: dlaczego akurat białe skarpetki?
No tylko to jedno mnie zastanawia, bo reszta, wiadomo.
Pewnie jeszcze w lipcu zaczniemy kompletować zestaw pierwszoklasisty, bo później to się finansowo na dwa razy nie pozbieram, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że porządny plecak/ tornister kosztuje koło 200 zł. Jedyny w tym plus, że książek nie musimy kupować.
To ogólnie tyle, oczywiście mogłabym napisać więcej, ale chyba mi się nie chce, to raz, a dwa, złom jeszcze działa, żadnego numeru tym razem nie odwalił, więc muszę kończyć, bo a nuż mu coś do łba, procesora znaczy się, strzeli i znów gotów się zawiesić w najmniej odpowiednim momencie.
A zatem dobranoc, Wam życzę.
Czas się wygrzebać
Cześć Wam, drodzy.
Ja wiem, strasznie dawno mnie tu nie było, bo prawie 2 miesiące, dlaczego spytacie? W marcu nie miałam zanadto czasu na poboczne pisanie, a momentami to na kompa nie mogłam patrzeć i najszczęśliwsza byłam z dala od niego.
Zdaje się, że jegomość dosłownie zrozumiał moją niechęć do siebie, bo postanowił się zepsuć i aktualnie działa na słowo honoru, bo w każdej chwili może przestać, a szczerze wolałabym, żeby tego nie zrobił, więc zanoszę modły do wszystkich Bogów, aby gadzina jednak postanowiła nie umrzeć na dobre.
I teraz przyznam się do czegoś, a mianowicie, ostatnio chodził mi po głowie pomysł, żeby bloga porzucić, ale na pomyśle się skończyło, ostatecznie postanowiłam tego nie robić.
Najbardziej jednak bolał mnie fakt, że nie mogę pisać tyle ile bym chciała, niemniej teraz to powinno się zmienić, chyba, że złom całkowicie odmówi posłuszeństwa i postanowi umrzeć już na dobre, a reanimacja nie będzie możliwa.
Wiem na pewno, że nie będę już pisać recenzji książek, bo za bardzo do tyłu jestem, jeśli o recenzowanie czegokolwiek chodzi, więc ta kategoria zniknie z czeluści bloga. Jedyne, co mogę w temacie książek powiedzieć, to ostatnio czytałam dużo Mroza, ogarnęłam całego Forsta i do końca Chyłkę. Nie jest to oczywiście pełen repertuar, bo jest tego więcej, np. "Nigdy" Kenna Foletta i tę pozycję gorąco polecam każdemu, jak i "Świat bez końca" tegoż autora.
A co poza tym? Ponownie się przejechałam na przyszłym pracodawcy, ale cóż, przełknęłam kolejną porażkę i tyle, głową muru nie przebiję, więc nie zamierzam popadać z tego powodu w czarną rozpacz, choć w pierwszej kolejności miałam na to ochotę, z drugiej jednak strony nie poprzestanę poszukiwań jakiegoś sensownego zajęcia. Dobrze, że rata kredytu poszła mi w górę tylko o 100 zł, co w porównaniu do znajomych, jest naprawdę niewielką kwotą.
Ach, posłuszeństwa odmówiły mi też słuchawki, które w grudniu kupiłam, Sancheisser za ponad 300 zł. No tu to już się wkurwiłam totalnie, bo takie rzekomo wytrzymałe miały być, a tu dupa zimna, się zjebały i co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Mogę niby na gwarancję chyba oddać, ale pewnie i tak mi jej nie uznają, więc nie wiem czy jest o co kopię kruszyć.
Zapisałam też moją jedyną do szkoły. Teraz tylko pozostaje mi zanieść te wszystkie formularze w formie papierowej i czekać do jakiej klasy ta moja gwiazda się dostanie, bo dostać się musi do szkoły z rejonu.
A wczoraj miałam zebranie w przedszkolu, na którym dostałam ogólną ocenę, jeśli chodzi o gotowość szkolną Zuzanny. Młoda wypadła naprawdę świetnie i kurczę, jestem z niej dumna, ale wcale niespokojniejsza, bo dalej się zastanawiam jak ona sobie w tej szkole poradzi.
Odkryłam też parę fajnych rzeczy, np. naturalną serię z Ziai, z którą bardzo się polubiłam, a dziś kupiłam sobie wymarzoną skórzaną spódniczkę, a ponieważ zawsze chciałam taką mieć, to radość jest podwójna.
Na tym zakończę ten wpis o niczym, pożegnam się z Wami tymi oto słowy:
dobranoc,
pchły na noc,
karaluchy
pod poduchy,
a szczypawki
pod ławki.
Rozdział trzy – Elhim.
Nie powiem, bo tym razem pisało się dość ciężko. A dlaczego? Pisać raczej nie muszę, wszak każdy wie zapewne. Z drugiej jednak strony doszłam do wniosku, że porzucając swoje pasje i to, co robimy, nie przyczynimy się do poprawy sytuacji, a skoro poprzez takie czy inne działania możemy się oderwać, to dlaczego tego nie zrobić? Przecież pomoc możemy nieść w inny sposób.
No dobrze, to teraz oddaję głos moim bohaterom.
Rozdział trzeci
Elhim
Drobne gałązki pękały pod stopami Elhima. To jak łamanie kości. Pomyślał książę i uśmiechnął się. Lubił patrzeć na cierpienie innych, ale jeszcze bardziej uwielbiał je zadawać.
Pierwszy raz zabił mając dwanaście lat i od tamtej pory stało się to jego nową pasją.
Poza tym zabijał głównie niewolników i swoje liczne kochanki, choć nie wszystkie, jak na razie jedną zostawił przy życiu, gdyby nie fakt, że była z nim w ciąży, pewnie też by się jej pozbył.
Nie wykluczał jednak, że tak właśnie postąpi, pozbędzie się balastu w dogodnym momencie. Dziecko i tak wychowa jego matka, nie pozwoli, żeby te północne idiotki miały jakikolwiek wpływ na rozwój potomka.
Jego uwagę zwrócił jakiś ruch na prawo. Uśmiechnął się. Pierwsza ofiara schwytana.
Gwizdnął przeciągle, przywabiając Sworę ulubionych psów. Zdecydował, że pozwoli im zająć się pojmaną zwierzyną.
Psy zaczęły szczekać i węszyć, szczerząc kły.
Elhima ogarnęło zadowolenie gdy zobaczył wiszącą tuż nad ziemią kobietę. Była to ta sama niewolnica, która wzbraniała mu wejść do komnat jego nałożnicy.
Książę podszedł do niej powoli i spojrzał na nią z góry.
– Panie, błagam. –
Niewolnica zanosiła się płaczem, lecz on był obojętny na czyjekolwiek łzy, ba, takie mazgajenie się irytowało mężczyznę.
Zbliżył się do niej i kopnął ją w twarz. Jego oblicze rozjaśnił uśmiech, usłyszawszy pękające kości. Z nosa ofiary pociekła krew, zalewając jej oczy.
Ofiara krzyknęła, lecz oprawca tylko się roześmiał, a kilka minut później psy rozszarpały jej gardło.
Mężczyzna jeszcze chwilę przyglądał się jak jego Swora pożywia się ludzkim mięsem. Zasłużyły sobie na odrobinę rozrywki. Patrzył na nie z dozą czułości i ciepła, tak, jak nigdy nie patrzyłby na niewolników, czy też ludzi w ogóle.
Chwilę później dołączyli do niego kompani, przyjaciele z lat dziecięcych, Urah i Amir. Obaj uśmiechali się szeroko. Dopiero wtedy zauważył, że za sobą ciągną troje pojmanych niewolników, dwóch młodych chłopców i dziewczynę.
– Próbowali uciec, wydawało się im, że mogą nas wywieść w pole, rozumiecie? Nas. –
Urah śmiał się do rozpuku, poklepując się po udach.
– Dobra robota, bracie. –
Powiedział z uznaniem książę, klepiąc przyjaciela po ramieniu.
Psy zakończyły ucztę, lecz ich wzrok padł na nowo przybyłe ofiary.
– Nie tym razem, moje kochane. –
Młody mężczyzna pogłaskał największego psa i wezwał niewolnika opiekującego się psiarnią.
Oczy księcia rozbłysły, a psiarczyk struchlał, bo pojął co planuje jego pan.
– Bierzcie go. –
Psy, rządne krwi, opadły nową ofiarę, a Elhim pławił się w jej krzykach. Pozwolił sobie na chwilę rozkoszy, ich nieludzkie wrzaski sprawiały, że czuł się mocniejszy, to było coś, co powodowało że nie był tylko jednym z wielu synów swojego ojca, w tym momencie miał siłę i władzę nad innymi.
Dzień chylił się ku końcowi, a wysokie drzewa rzucały coraz dłuższe cienie. Las zaczynał pogrążać się w mroku.
– Rozpalmy ogień i zjedzmy coś. –
Zaproponował Urah, przywiązując niewolników do drzewa.
– Doskonały pomysł, przyjacielu, zjemy, wypijemy trochę wina i zabawimy się. –
Książę był rad, zgłodniał już, a i napić się też miał ochotę.
Urah odszpuntował bukłak z winem i podał go księciu. Ten pociągnąwszy długi łyk, beknął przeciągle.
Lekki wiatr zaszemrał w listowiu, a jego lodowaty podmuch sprawił, że Elhim owinął się płaszczem. Z niecierpliwością przyglądał się Amirowi, który usiłował wzniecić ogień.
– Przydałby się jakiś obdarzony, nie musiałbym męczyć się z rozpalaniem. –
Sarknął, usiłując rozdmuchać płomień.
– Poczekaj bracie, jak zostanę sułtanem będę ścigał obdarzonych jak innych, w końcu są takimi samymi ludźmi jak pozostali, nie ma więc powodu, żeby mieli jakiekolwiek przywileje. –
Obaj kompani przyklasnęli jego słowom, najwidoczniej ściganie obdarzonych im też się spodobało.
Las pogrążył się w ciemności i gdyby nie ogień, książę nie widziałby wiele.
– Co zrobimy z tamtą trójką? –
Spytał Urah, wskazując kciukiem na przywiązanych do drzewa ludzi.
Elhim mlasnął językiem z zadowoleniem.
– Z dziewczyną możemy się zabawić, a z nimi. –
Umilkł, próbując oś wymyśleć.
– Na razie niech patrzą, później się zobaczy. –
Dodał zadowolony, że wpadł na tak doskonałe rozwiązanie.
– Ty pierwszy książę? –
Spytał Urah, odwiązując dziewczynę, która zaczęła krzyczeć i wierzgać.
– Chętnie ją poskromię. –
Elhim przejął inicjatywę, uciszywszy niewolnicę kopniakiem w brzuch.
Gubernator Tessal rzucił się na dziewczynę z taką pasją, że kilka pchnięć wystarczyło, by dziewczyna zaczęła silnie krwawić.
Zatracił się w gwałcie, zapominając o całym świecie, dopiero Amir odważył się mu przerwać.
– Elhimie, przybył niewolnik z pałacu. –
Początkowo książę nie zarejestrował słów przyjaciela, dotarło do niego dopiero po chwili, że ktoś, coś mówił.
– Co? –
Uniósł się na rękach. Dziewczyna pod nim zaczęła się wić, lecz nie zwrócił na to uwagi.
– Przybył niewolnik z pałacu, twoja matka, panie, go przysłała z wiadomością, że masz syna. Sułtanka prosi też, byś raczył wrócić, by zobaczyć potomka. –
Elhim był tak zamroczony, że zgodził się, choć w innych warunkach mógłby wpaść w szał, że ktokolwiek mu przerywa.
Puścił ofiarę, a ona odpełzła pod drzewo, łkając po cichu. W powietrzu unosiła się metaliczna woń krwi.
– Wracamy, ale zostawcie tu psy, niech mają trochę uciechy. –
Powiedział, naciągnąwszy spodnie.
– Chociaż mam pomysł, odwiążcie tych niewolników. –
Amir spojrzał na przyjaciela z konsternacją.
– Mam pomysł, pozwolimy im uciec. –
Wyjaśnił książę, uśmiechnąwszy się paskudnie.
– Ale panie, jak to? –
Urah był równie zbity z tropu, bo gapił się na księcia z szeroko rozwartymi ustami.
– Zaraz zobaczycie. –
Amir odwiązał niewolników, nie szczędząc im razów.
– Uciekajcie, no już! –
Krzyknął książę, a im nie trzeba było dwa razy powtarzać. Trójka ludzi pobiegła w głąb lasu, prosto w nieprzeniknioną ciemność.
– Naprawdę chcesz ich puścić, panie? –
Spytał Amir z niedowierzaniem.
– Żartujesz? Wy dwaj zostaniecie w lesie i za dwie godziny puścicie za nimi psy, niech mają jeszcze trochę zabawy. –
Obydwóm mężczyznom mina zrzedła, nie mieli ochoty bezczynnie tu siedzieć. Zrozumiał. Podrapał się po głowie.
– Weźcie sobie jego i zróbcie z nim co chcecie, a ja wracam do zamku. –
Powiedział wskazawszy kciukiem młodego posłańca i wskoczywszy na konia.
Ostatnia rzecz, którą usłyszał, był wrzask męczonego niewolnika.
Gdy przybył do pałacu, matka na niego czekała.
– Ilu tym razem wykończyłeś? –
Spytała, posławszy mu beznamiętne spojrzenie.
– Niech pomyślę, pięcioro, tego, którego wysłałaś z wiadomością, zostawiłem Urahowi i Amirowi, żeby się też zabawili. –
Sułtanka nic nie powiedziała, lecz on poczuł się nieswojo. Zawsze tak czuł się przy tej kobiecie. Miał wrażenie, że matka w gruncie rzeczy nim pogardza. Chętnie by się jej pozbył, ale dobrze wiedział, że zostałby przeklęty, gdyby ją zabił.
Inna sprawa, że mógłby ją odesłać do ojca, nie mogłaby się sprzeciwić jego woli, gdyby tak postanowił.
– Wykąp się, hamam jest już gotowy. –
Rzuciła, odchodząc.
Poczuł się jak śmieć pod wpływem jej wzroku i nienawidził się za to. Nigdy nie lekceważył
jej próśb. Wolał myśleć, że są to prośby, a nie rozkazy, choć nazywanie ich w ten sposób to był czysty eufemizm.
W kąpieli usługiwały mu trzy śliczne niewolnice. Miał wielką ochotę zabawić się z nimi, doszedł jednak do wniosku, że może zrobić to później.
– Chcę, żebyście przyszły w nocy do moich komnat. –
Powiedział, przywdziewając szaty.
– Wszystkie. –
Dorzucił, nie zauważywszy żadnej reakcji. Dostrzegł na ich twarzach przerażenie, ale nie przejął się tym specjalnie, w końcu od tego były, aby zaspakajać jego potrzeby i fantazje.
Matka czekała na niego w salonie kawowym, a obok niej stała młoda rudowłosa kobieta. Nowa niewolnica? Nie, z pewnością ta niewolnicą nie była.
– Masz syna, powinieneś iść go zobaczyć, a poza tym ktoś musi zanieść informację twojemu ojcu, powinien wiedzieć, że urodził się jego pierwszy wnuk. –
Matka wyglądała na dumną, lecz stojąca obok niej kobieta sprawiała odmienne wrażenie, na jej twarzy malował się strach i cierpienie, niewykluczone więc, że sułtanka, chcąc skłonić ją do wykonania swoich rozkazów, mogła ją ubiczować.
– Przynieś tu dziecko. –
Rzuciła do niewolnicy stojącej za drzwiami.
Dziewczyna odeszła szybkim krokiem ku komnatom nałożnicy.
– A ty, obdarzona, przeniesiesz się do Adei i poinformujesz sułtana o narodzinach jego wnuka. –
Jego matka spojrzała na kobietę, a w jej dłoni zmaterializował się bicz.
Młoda obdarzona skinęła tylko głową, zacisnąwszy mocno szczęki.
Elhim musiał stwierdzić, że była naprawdę ładna jak na Hakobriankę, być może zawdzięczała to złocistorudym włosom, a może swojej magii.
W drzwiach salonu stanęła niewolnica z noworodkiem na rękach.
Sułtanka przywołała ją skinieniem dłoni i odebrała jej dziecko, a dziewczyna wycofała się na swoje miejsce.
– Elhimie, to jest twój pierwszy syn. –
Powiedziała matka podniosłym tonem. Książę spojrzał na dziecko, lecz nie wzbudziło ono w nim żadnych uczuć. Dziecko to dziecko, tyle. Chłopiec nawet nie był do niego podobny, urodę miał typowo północną. Był tak samo bezbarwny jak jego matka, która owszem, miała w sobie coś pociągającego, ale brakowało jej wyrazistości.
– Dziecku trzeba nadać imię i to jest twoje zadanie, Elhimie. –
Odezwała się sułtanka. Książę zmrużył oczy w namyśle. Imię dla małego księcia.
Nie miał pojęcia jak ma nazwać to małe, pomarszczone niemowlę. Dlaczego ono przypomina tych północnych mięczaków? Powinno być podobne do niego, mieć ciemną czuprynę, czarne jak węgle oczy i oliwkowy odcień skóry.
Podrapał się w policzek i sapnął z irytacją.
Nie miał żadnych uczuć dla potomka, ten chłopiec był mu całkowicie obojętny.
Popatrzył na jego małą buzię. Najchętniej oddałby noworodka swoim psom. Nie obchodziło go, że to jego syn, dziedzic tronu, przecież mógł mieć mnóstwo innych dzieci.
Sułtanka spojrzała na niego ponaglająco.
Wzdrygnął się. No tak, jako ojciec musiał nadać mu imię, tylko jakie.
– Może Noah, po jego wielkim dziadku. –
Matka skinęła głową, akceptując wybór.
Rozdział drugi: Anas
Przyznam, że mając plan, pisze mi się zdecydowanie lepiej, na razie tyle mogę powiedzieć.
Rozdział drugi.
Anas
Anas Mazhar stanął przed zwierciadłem i dotknął palcem srebrzystej tafli, która przyzywała i zachęcała, by skorzystać z jej cudownych właściwości. Najmłodszy syn sułtana Noaha nie spieszył się z przejściem, stał więc i gapił się we własne odbicie.
Kwadrans temu Safiye, jego wychowawczyni i nauczycielka magii powiedziała, że ojciec chce się z nim pilnie widzieć. Niestety, sama obdarzona nie wiedziała o co chodzi, lecz nakazała mu pośpiech.
– Książę, nie godzi się, by sułtan czekał, aż raczysz się zjawić przed jego obliczem. –
Ofuknęła go, zauważywszy, jak się ociąga.
Tafla adeańskiego zwierciadła zmatowiała, stając się portalem. Anas nie znosił teleportacji, choć niechętnie przyznawał, że był to praktyczny sposób podróżowania, gdyż pozwalało zaoszczędzić mnóstwo czasu.
Mimo tych zalet młodzieniec korzystał ze zwierciadeł tylko wówczas, gdy miał do załatwienia jakieś nagłe sprawy, takie jak Dziś rano, że natychmiast ma się zjawić w pałacu w Adei.
Co też sułtan mógł chcieć od najmłodszego potomka? Ta myśl nie dawała chłopakowi spokoju.
Postąpił krok i wszedł w migotliwy portal. Najpierw poczuł się tak, jakby przechodził pod strumieniem lodowatej wody i już samo to sprawiało, że korzystanie ze zwierciadeł było nieprzyjemne.
Po chwili jednak przestrzeń wokół Anasa jakby się zagięła, łącząc ze sobą dwa odległe punkty, jakby ktoś umieścił go między dwiema parami drzwi, z których jedna naciskała na jego plecy, popychając go na te, które były przed nim. Miał wrażenie, że zamykająca się wokół niego przestrzeń zgniecie go i zmiażdży lodowatym podmuchem.
Cały proces trwał dosłownie mgnienie oka, lecz on czuł się tak, jakby spędził tam wieczność.
Gdy wyłonił się po drugiej stronie, znalazł się przed pałacem ojca w Adei.
Przestrzeń nagle jakby go wypluła, na ścieżkę biegnącą ku okazałemu budynkowi.
Anas zachwiał się, lecz odzyskawszy równowagę, ruszył niepewnym krokiem.
Wiedział, że przypłaci tę podróż silnym bólem głowy, na który nie pomogą żadne magiczne mikstury uśmierzające ból.
Każdy, kto choć raz podróżował w ten sposób wiedział, że jakoś przyjdzie mu za to zapłacić.
I tak na przykład wiedział, że obdarzona Safiye, podróże przypłacała silnymi zawrotami głowy, a Obdarzony Zafaar miewał problemy z układem pokarmowym.
Książę czuł jak powoli za oczami rodzi się ból, który będzie trwał całe godziny, zanim samoistnie odpuści.
Obiecał sobie, że nie wróci do Dalharu przez zwierciadło, woli już przebyć pustynię niż po raz kolejny cierpieć.
W hallu czekał na niego niewolnik, który padł na twarz, widząc księcia.
Anas westchnął zrezygnowany. Już tyle razy ich prosił, żeby nie robili tego, ale do nich jego prośby nie docierały.
Nienawidził, gdy inni ludzie traktowali go niemal jak Boga.
Anas nie był swoim ojcem i nie wymagał od niewolników takiego poniżania się.
– Wstań. –
Powiedział, pocierając oczy.
Spojrzał na niewolnika. To był jeszcze chłopiec, ile mógł mieć lat? Trzynaście? Czternaście?
– Sułtan czeka, panie. –
Wyjąkał chłopak.
– Chodźmy zatem. –
Anas posłał mu znużony uśmiech i podążył za niewolnikiem.
Pałac był wyjątkowo cichy, nie słyszało się tu zwyczajnego gwaru robionego przez ludzi.
Jedynie niewolnicy przemykali tak, aby być niewidzialnymi dla swoich panów.
Książę podążał posłusznie za swoim przewodnikiem, aż ten poprowadził go do pałacowych ogrodów, a następnie do małego drewnianego budynku ukrytego za gęstym żywopłotem.
Anas rozumiał coraz mniej. To, po co ojciec go wezwał musiało być wyjątkowo tajemnicze, gdyż normalnie nie spotykałby się poza murami pałacu.
– Sam wejdź, panie. –
Niewolnik pokręcił głową, nie kończąc. Anas skinął mu ręką i uchylił drzwi.
– Wracaj do swoich spraw. –
Odprawił chłopaka, nie patrząc w jego kierunku. Upewnił się tylko, że chłopiec odchodzi, usłyszawszy jego kroki na żwirowej alejce.
Uchylił drzwi na tyle, by móc niepostrzeżenie wśliznąć się do środka.
Głowa bolała go coraz bardziej, a przez to dłużej trwało przyzwyczajenie się oczu do panującego półmroku.
Pobrał odrobinę mocy i utworzył magiczne światło, posyłając je nad swoją głowę. Odnalazł właz, uniósł klapę i zaczął schodzić po drabinie w dół.
W nozdrza uderzył go zapach wilgoci, pleśni i mysich odchodów.
Kiedy stanął na ziemi posłał przed sobą kulę światła, by wskazywała mu drogę.
Dostrzegł ojca w niewielkiej niszy. Sułtan stał z założonymi rękami. Obok niego w uchwycie w kształcie ludzkich dłoni tkwiła pochodnia.
– Witaj, ojcze. –
Głos Anasa zabrzmiał dość słabo. Ból głowy coraz bardziej się nasilał, powodując, że dopadły go nudności.
– Jesteś, Anasie, dobrze. –
Młodzieniec przypatrzył się ojcu. Ten wyraźnie się postarzał, choć nie miał jeszcze pięćdziesięciu lat, to miał sporo siwych włosów, zmęczoną, szarą twarz, oraz zmarszczki wokół ust i oczu.
Ile lat nie widział ojca? Pięć, a może więcej.
Sułtan częściej przebywał w Adei, wychowanie najmłodszego syna zostawiając Safiye i Zafaarowi, a także jego babce, która jednak zmarła przed trzema laty.
Matki młodzieniec nie znał i był to temat tabu. Zapytał o nią raz, za co w odpowiedzi babka go zbeształa, poza nią nie znał nikogo, kto mógłby cokolwiek wiedzieć, choć prawda, był jeszcze ojciec, ale książę nie miał odwagi, ten mężczyzna go onieśmielał.
– Zmężniałeś, synu, Zafaar mówi, że jesteś bystry, pojętny, a do tego masz zdolności przywódcze, które starałeś się ukrywać. –
Książę zrobił zdumioną minę, bo Zafaar częściej go ganił niż chwalił.
– Dlaczego mnie wezwałeś, panie? –
Sułtan zaśmiał się ponuro.
– W istocie, dobrze cię wyszkolili. –
Anas zaczął skubać połę szaty, chcąc pokryć zmieszanie wywołane zachowaniem ojca.
– No dobrze, przejdźmy zatem do rzeczy. –
Sułtan rozchylił przepierzenie i zaprosił syna do małego pomieszczenia, w którym stał stół z nieheblowanego drewna i dwa pieńki zamiast siedzeń.
Władca usiadł, a młodzieniec poszedł w jego ślady.
Starszy mężczyzna złożył dłonie w daszek i zmierzył syna uważnym spojrzeniem.
– Tak, sądzę, że to będzie właściwy wybór, choć niesie za sobą niebezpieczeństwo i zagrożenie dla ciebie, ale też dla mnie nijako przy okazji. –
Mruczał sułtan, jakby chciał upewnić się, że cokolwiek sobie zamyślił, podjął słuszną decyzję.
Młodzieniec kręcił się na niewygodnym siedzeniu, lecz też zaczął tracić cierpliwość, do tego ból głowy niczego nie ułatwiał.
Władca jakby się otrząsnął i wrócił do rzeczywistości.
– Widzisz synu, muszę podjąć trudną, lecz ważną decyzję, choć zasadniczo powinienem zostawić sprawy własnemu biegowi, tak przynajmniej nakazuje prawo ustanowione przez moich przodków. –
– O czym ty mówisz, ojcze? –
Młodzieniec przerwał władcy, tracąc resztki cierpliwości.
– Mówiąc krótko, wyznaczam cię na mojego następcę. –
Wyznał starszy mężczyzna.
Anas otworzył usta ze zdumienia i siedział tak, nie zważając jak głupkowato musi wyglądać.
– Nie spodziewałeś się tego, co? –
W oczach ojca pojawiło się rozbawienie.
– Nie. –
Odpowiedział krótko książę.
– To jest moja ostateczna decyzja. –
Kategorycznie oznajmił władca.
– A moi bracia? Są starsi i z pewnością bardziej nadają się do piastowania tak odpowiedzialnego stanowiska. –
Był do tego stopnia oszołomiony, że nawet nie odnotował momentu, w którym zaczął sprzeciwiać się ojcowskiej woli.
– Oni aż palą się do władzy. –
Rzekł starszy mężczyzna z niechęcią.
– Władzy mój synu, nie powinno się pragnąć. Ten, kto chce rządzić nie będzie dobrym władcą, rozumiesz? –
Anas pokiwał głową, choć nie był pewien czy właściwie pojmuje.
– Uważasz więc, że będę lepszym sułtanem od nich? –
Spytał niepewnie. Jego ojciec milczał dłuższą chwilę, a chłopak był przekonany, że nic już nie powie.
– To się okaże, ale masz oznaki dobrego władcy, mniemam więc, że poradzisz sobie. –
– No nie wiem. –
Mruknął książę, lecz jego ojciec zdawał się tego nie zauważyć.
– Tak czy inaczej, od tej pory jesteś moim następcom i powinieneś udać się do Tessal, by tam objąć rządy. –
Oczy młodzieńca rozszerzyły się na myśl o spotkaniu starszego brata i jego demonicznej matki. Anas od dziecka bał się Elhima i Nuali, a szczególnie jej. Jego starszy brat był dość tępy, a jedyne, co posiadał to brutalna siła, natomiast Nuala stanowiła całkowite przeciwieństwo syna.
– Na razie jednak zostaniesz tu, w Adei, chcę, żebyś zaczął się uczyć rządzenia, a w następnej kolejności rozważę przekazanie Tessal w twoje ręce. –
Oznajmił sułtan i podniósł się z westchnięciem.
Mężczyźni opuścili miejsce tajemnic i udali się do salonu kawowego, gdzie niewolnica już parzyła ulubioną kawę jego ojca.
Gdy tylko przekroczyli próg komnaty, kobieta rzuciła się na twarz przed swoim panem.
– Wstań, Kari. –
Rzekł władca, a ona podniosła się z gracją. Książę przyjrzał się dziewczynie, która mogła mieć koło dwudziestu lat.
– Kari jest moim podarunkiem dla ciebie, synu. –
Oznajmił jego ojciec, a niewolnica skłoniła głowę przed Anasem.
Młodzieniec czuł się zmieszany, ale zadowolony, uroda tej młodej kobiety cieszyła jego oczy, jednocześnie nie mógł wyzbyć się niesmaku, że ojciec podarował mu ją tak, jakby była przedmiotem, towarem, którym można dowolnie rozporządzać według woli właściciela.
– Dziękuję, ojcze, Kari zaiste jest piękna. –
Powiedział z uznaniem. Niewolnica nalała kawy do dwóch filiżanek, a Anas z lubością upił łyk.
– Doskonała. –
Wymruczał z zadowoleniem.
Sułtan dość szybko rozprawił się ze swoją filiżanką. Otarł usta wierzchem dłoni i oznajmił, że wraca do swoich zajęć.
– Kari, zajmij się księciem. –
Rzucił odrobinkę zbyt mocno, według młodego mężczyzny, rozkazującym tonem i oddalił się pospiesznie.
Anas jeszcze raz popatrzył na niewolnicę. Złocistobrązowe włosy opadały na plecy, a piwne oczy lśniły w trójkątnej twarzy. Musiał też przyznać, że wzrok dziewczyny był bystry, nie tak jak u większości, zastraszony i zgaszony.
– Mój ojciec dobrze cię traktuje? –
Spytał, nie wiedzieć po co.
– Tak, mój książę, sułtan Noah jest dobrym panem dla swoich niewolników. –
Odparła, rumieniąc się delikatnie.
– Czy mój pan czegoś sobie życzy? Może przygotować kąpiel? –
Przejęła inicjatywę, co spodobało się świeżo upieczonemu następcy tronu.
– Tak, poproszę, ale najpierw wymasuj mi skronie, ode tych podróży magicznych przez zwierciadła zawsze boli mnie głowa. –
Dziewczyna z ochotą przystąpiła do zadania. Dłonie miała miękkie i delikatne, nietrudno więc było się domyśleć, że do jej obowiązków nie należało sprzątanie i pranie.
– Od dawna jesteś w pałacu? –
Spytał, chcąc nawiązać z nią bliższą więź.
– Od roku. Wcześniej byłam wolną kobietą, lecz ojciec sprzedał mnie za butelkę gorzały od co. –
Wyznała. W jej głosie Anas usłyszał gorycz, co rozumiał, żadne dziecko, nieistotne, córka czy syn, nie chciałoby być sprzedane do niewoli przez własnego rodzica.
– Chciałabyś odzyskać wolność? –
Dziewczyna zatrzymała dłonie, słysząc jego pytanie.
– Oh, książę. –
Nic więcej jednak nie powiedziała, lecz wróciła do przerwanej czynności.
Anas jednak w jednej chwili postanowił, że gdy tylko nadarzy się okazja, zwróci Kari wolność.
Rozdział pierwszy – Falina
Świeżutko napisany i coś tam poprawiony.
Zamysł jest taki, że każdy rozdział będzie poświęcony innemu bohaterowi i będzie opowiadany z jego perspektywy.
Rozdział pierwszy.
Falina
15 lat po podboju Hakobrii.
Tessal, niegdysiejsza stolica Imperium Hakobrii, było miejscem pełnym kontrastów, z jednej strony tętniło życiem, lecz z drugiej, było ponure i pełne cierpienia, gniewu i bólu. Mimo, że samo w sobie miało swój urok, nie było wolne od groteski przejawiającej się w architekturze. Obok pałacyków i budynków wybudowanych w starym stylu, w niebo wznosiły się strzeliste wieże minaretów. Falina uważała, że jest to dość osobliwe połączenie, które raczej szpeciło piękne dawniej miasto, niż poprawiało jego urodę. W Tessal wszędzie czuło się cierpienie, a dla obdarzonej dziewczyny każdy kamień krzyczał w niemym cierpieniu.
Ludzie tłoczyli się na bazarach i targowiskach, hałaśliwie oferując swoje produkty, a obok niewolnicy trudzili się przy ciężkiej ponad miarę pracy.
W powietrzu unosiła się woń przypraw z dalekiego Dalharu, kwiatów i jedzenia, ale także mniej przyjemne – żywych zwierząt, rynsztoka i brudu i śmierci, mnóstwa śmierci, wszak nikt nie przejmował się niewolnikiem umierającym z wycieńczenia i wyczerpania.
Falina dusiła się w tym mieście, lecz nie mogła całego życia spędzić na pustyni.
Tak powtarzała samia, jej przybrana matka.
– Powinnaś przenieść się do miasta, pustynia nie jest miejscem dla młodych dziewcząt, nawet jeśli te są obdarzonymi. –
Mówiła, głaszcząc jej złotorude loki.
Ostatecznie więc usłuchała starszej obdarzonej i przybyła do Tessal, mając w pamięci fakt, że wiele lat temu tu mieszkała.
Myślała, że stolica Hakobrii wzbudzi w niej jakieś pragnienia, lecz tak się nie stało, a jedyne, co się w niej obudziło to smutek i żal za utraconym życiem i cierpienie wszystkich tych nieszczęśników zmuszanych do pracy na rzecz najeźdźcy.
Falina coraz częściej żałowała, że dała się namówić Samii na opuszczenie pustyni, którą z czasem nauczyła się kochać na swój dziwny sposób.
W Tessal mieszkała już od roku i nie przywykła do tego miasta, a tak po prawdzie to tylko szukała pretekstu by wrócić do przybranej matki.
Jeszcze chwilę pokręciła się po zatłoczonych ulicach i skręciła do apteki mistrza Gelera, musiała uzupełnić kończące się zapasy ziół, niezbędnych do sporządzania lekarstw i naparów pomocnych przy porodach.
Falina w ciągu wielu lat wyszkoliła się na akuszerkę, ucząc się pod czujnym okiem starej położnej, prowadzącej pustelniczy tryb życia. Samia natomiast uczyła ją posługiwania się magią, którą falina kochała. Magia była tym, czego najeźdźca nie mógł jej odebrać. Magia należała tylko do niej, a wreszcie dzięki niej młoda Hakobrianka była wolna, a wrodzy Dalharyjczycy nie mieli prawa do uciskania i poniżania jej.
W porównaniu do swoich rodaków, Falina wiodła całkiem spokojne i dobre życie, choć czasem ono wywoływało u niej poczucie winy, które pojawiało się zawsze, gdy tylko zobaczyła jakiegoś niewolnika.
Samia natomiast nie mówiła jej wiele o swojej przeszłości, ale Falina wiedziała, że kobieta skrywa jakiś sekret, o którym nie chciała mówić, a ona nie naciskała, wiedziała, że jej przybrana matka nic nie powie. Falina pokochała tę kobietę, która okazała jej tyle miłości i czułości i choć sama była Dalharyjką, nigdy nie dała dziewczynie odczuć, że jest gorsza tylko dlatego iż w jej żyłach płynie hakobriańska krew.
Weszła do apteki, wdychając jej przyjemny zapach, rozejrzała się, z ulgą konstatując, że aptekarz jest sam. Stary Geler miał sporo szczęścia, gdyż Dalharyjczycy cenili sobie jego umiejętności zielarskie, więc dopóki staruszek nie sprawiał kłopotów, dopóty pozwalali mu na wszelkie swobody.
– Dzień dobry, mistrzu. –
Powiedziała, skłoniwszy głowę.
Starszy mężczyzna uniósł wzrok znad moździerza i uśmiechnął się.
– Witaj, Falino, dawno cię nie widziałem. –
Odparł, odstawiając naczynie.
– Wybacz mistrzu. –
Dziewczyna zrobiła przepraszającą minę.
– Dobrze już dobrze, rozumiem, że wolisz spędzać czas w innym towarzystwie. –
Staruszek uśmiechnął się pobłażliwie.
– Nie, skąd, ostatnio miałam sporo pracy. –
– I po co te usprawiedliwienia, Falino? –
Spuściła oczy. Aptekarz miał rację, ostatnio zaniedbywała ich przyjaźń, a to był jedyny życzliwy jej człowiek w tym mieście.
– Czego potrzebujesz? –
Spytał, umoczywszy eleganckie gęsie pióro w atramencie. Dziewczyna podała mu szczegółową listę.
Nim skończyła, drzwi otworzyły się z hukiem, a do środka wtargnęło czterech żołnierzy księcia gubernatora. Staruszek posłał dziewczynie zaniepokojone spojrzenie, a ona poczuła strach. Przed jej oczami rozbłysły sceny z dzieciństwa.
– Ty jesteś akuszerka Falina? –
Spytał jeden, przyglądając się jej podejrzliwie. W odpowiedzi skinęła głową.
– Pójdziesz z nami do pałacu, książęca nałożnica rodzi. –
Oznajmił ten sam strażnik.
– Dobrze, pójdę. –
Powiedziała.
– Mistrzu, wrócę za kilka dni. –
Zwróciła się do staruszka, ale drugi żołnierz złapał ją za połę płaszcza.
– Uspokój się, Kamalu, to obdarzona. –
Warknął ten, który odezwał się jako pierwszy. Żołdak posłusznie puścił jej płaszcz.
– Trzymaj się, dziecko. –
Dobiegł ją głos Gelera, lecz nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo strażnik brutalnie wypchnął ją na ulicę, całkiem ignorując ostrzeżenie dowódcy.
Po drodze dziewczyna zastanawiała się dlaczego posłano akurat po nią. Owszem, odebrała ostatnio kilka trudnych porodów, z których większość zakończyła się pomyślnie, zresztą mentorka dobrze ją wyszkoliła, więc była naprawdę dobra, ale czy tylko dlatego ktoś zadecydował, że to ona ma przyjąć dziecko na ten świat?
W mieście z pewnością było mnóstwo bardziej doświadczonych akuszerek, z jakichś jednak powodów padło na nią.
Im bliżej pałacu była, tym mocniej powracały okropne obrazy z dzieciństwa. To nie są moje wspomnienia, one należą do kogoś innego, a tamta dziewczynka umarła na pustyni.
Powiedziała sobie w myślach, usiłując odzyskać równowagę emocjonalną.
Na dziedzińcu czekała na nich pałacowa służba.
Żołnierze odeszli bez słowa, a niewolnice poprowadziły ją w głąb budynku.
Znów ukłuło ją to nieznośne poczucie winy, że ona może cieszyć się wolnością, zaś te kobiety nie, a jedyne, co znają to strach i poniżenie. Usiłowała odegnać od siebie te myśli, co z tego, że będzie czuła się winna, skoro to i tak niczego nie zmieni w ich sytuacji.
Kroki w korytarzach tłumiły grube dywany, które jakoś nie pasowały do tego miejsca. Falina miała wrażenie, że nowi mieszkańcy pałacu usiłują przerobić go na własną modłę, całkowicie ignorując jego uprzedni wygląd i styl.
Przed komnatami rodzącej czekała na nią kobieta w błękitnej sukni. Gdy dziewczyna ją zobaczyła, stanęła jak wryta.
– To niemożliwe. –
Szepnęła do siebie, bo rozpoznała te okrutne oczy
Uderzenie w tylną część kolan zbiło ją z nóg.
– Przede mną masz padać na twarz. –
Syknęła kobieta. Ten głos, znała go, bo to on kazał wyrzucić dziewczynkę na pustynię.
Falina z przerażenia nie zareagowała.
– Pospiesz się, mój wnuk się rodzi. –
Warknęła i pociągnęła ją za włosy, aż dziewczyna pojechała po dywanie, ocierając sobie czoło.
Podniosła się dość niezdarnie i weszła za sułtanką Nualą do komnaty.
Na szerokim łożu z baldachimem leżała młodziutka dziewczyna, nie miała więcej niż szesnaście lat. Na jej zaczerwienionej twarzy malował się ból, a na czole perliły się drobne kropelki potu.
– Jestem akuszerka Falina. –
Przedstawiła się, ściskając mokre od potu palce rodzącej.
– Witaj Falino, mam na imię Lorandra. –
Odpowiedziała.
Falina kątem oka zerknęła na sułtankę Nualę, która rozsiadła się na otomanie. Kobieta zacisnęła usta w wyrazie dezaprobaty.
– Lorandro, zbadam cię teraz, dobrze? –
Uśmiechnęła się łagodnie do rodzącej i uklękła na łóżku, między nogami dziewczyny.
– Sułtanko, każ przynieść wody. –
Rzuciła w kierunku Nuali, nawet na nią nie patrząc. Wypełniło ją poczucie satysfakcji, że używa kategorycznego tonu wobec kobiety, która skrzywdziła dziewczynkę.
Nuala zdusiła przekleństwo, lecz uderzyła w gong, wzywając niewolnice.
Młoda położna dotknęła brzucha dziewczyny, wysyłając do jej wnętrza odrobinę magii, która złagodzi cierpienie, ale przy okazji pozwoli sprawdzić stan dziecka.
Nuala miała rację, niewolnica nosiła chłopca. Falina wyczuła tętniące w dziecku życie, ale poza tym jeszcze coś, co ją zaniepokoiło. Na razie jednak nie była w stanie powiedzieć co to takiego.
Dziecko było zdrowe, nie przejawiało oznak żadnej choroby, mimo to coś było z nim nie tak.
Odsunęła od siebie niepokojące myśli, skupiwszy się na rodzącej.
Poród zapowiadał się bez komplikacji, Lorandra była zdrowa i w pełni sił witalnych.
Właściwie nie pozostało nic innego jak tylko czekać i od czasu do czasu tylko kontrolować stan rodzącej, resztę pozostawiając naturze.
Falina najchętniej pozbyłaby się Nuali, lecz nie miała śmiałości, aby to zrobić. Okrucieństwo sułtanki było wręcz legendarne, a ona nie zamierzała stać się jej kolejną ofiarą.
Aby nie dawać kobiecie pretekstu do zadawania cierpienia, zajęła się porządkowaniem ziół.
Jednak chwilę później pod drzwiami do komnaty podniósł się harmider i krzyk.
– Panie, nie możesz tam wejść. –
Falina uniosła oczy, słysząc błagalny głos niewolnicy, lecz zamiast odpowiedzi usłyszała smagnięcie bicza, a dziewczyna zawyła z bólu.
Spojrzała na rodzącą, lecz na jej twarzy malował się strach.
– To Elhim. –
Szepnęła, a młoda akuszerka skinęła głową.
Opowieści o okrutnych praktykach księcia gubernatora również do niej dotarły, a położna czasem zastanawiała się kto jest gorszy, Nuala czy jej syn.
Kątem oka zobaczyła jak sułtanka podnosi się z otomany, mierząc Lorandrę srogim spojrzeniem.
– Elhimie, to nie jest pora na odwiedziny u twojej nałożnicy, ona rodzi. –
Ostry głos Nuali uciszył księcia.
– Jedź na polowanie, ale nie przeszkadzaj, twój syn musi mieć spokój. –
Młody mężczyzna nie protestował.
– Tak matko, urządzę takie polowanie, że cała Hakobria je popamięta. –
Falina zadrżała, słysząc te złowieszcze słowa. Wiedziała na czym polegają urządzane przez księcia gubernatora polowania. Okrutny władca wypuści w lesie kilkoro niewolników, a następnie na nich zapoluje, jak na łowną zwierzynę.
– O, zapoluję też na nią. –
Dziewczyna domyśliła się, że musi chodzić o niewolnicę, która wydała żałosny krzyk.
Nuala zamknęła drzwi i wróciła do komnaty.
– Weź się do roboty, jeśli nie chcesz dołączyć do zwierzyny, mogę to załatwić i nie obchodzi mnie, że jesteś obdarzoną. –
Nuala tak szybko podeszła do Faliny, że nim dziewczyna zrozumiała co się dzieje, sułtanka uderzyła ją w twarz tak mocno, że upadła, uderzając nosem o krawędź łóżka.
Lorandra jęknęła cicho, nie wiadomo, z bólu czy ze strachu.
Akuszerka pozbierała się z podłogi, otarła krew sączącą się z nosa rękawem i podeszła do rodzącej.
– Zaczyna się, teraz rób to, co ci powiem. –
Kwadrans później na świecie powitała zdrowo krzyczącego, maleńkiego chłopca.
W komnacie zaroiło się od niewolnic, ona zaś zajęła się Lorandrą.
– Masz pięknego zdrowego synka, gratuluję. –
Powiedziała, uśmiechając się do młodej matki, tamta jednak tylko skinęła głową, a w jej bladobłękitnych oczach Falina dojrzała dziwny wyraz, przerażenie? Strach?
Nie potrafiła go teraz określić.
Kiedy maluch był już wytarty i osuszony, akuszerka wzięła go na ręce i przez chwilę badała swoją magią.
Teraz miała pewność, dziecko rzeczywiście było zdrowe, ale to, co zauważyła wówczas, gdy chłopiec był jeszcze w łonie matki, wcale nie zniknęło, wręcz przeciwnie, uczucie, że coś jest z nim nie tak nasiliło się.
Obdarzona przymknęła oczy i pozwoliła sobie na cofnięcie się w przeszłość.
Zobaczyła dwoje ludzi splecionych w miłosnym uścisku, kobietą okazała się Lorandra, lecz mężczyzna, to nie był Elhim, lecz niewolnik pracujący w pałacu.
W jednej chwili młoda kobieta zrozumiała. Ten chłopiec wcale nie był synem księcia gubernatora.
Gdy tylko ta myśl zaświtała w jej umyśle, ugięły się pod nią kolana. Dobrze wiedziała co to oznacza dla dziecka, Lorandry, a nawet dla niej.
Pochyliła się nad matką, pomagając ułożyć malucha przy jej piersi.
– Lorandro, czy zdajesz sobie sprawę co narobiłaś? –
Spytała, nie próbując nawet kryć gniewu.
– O czym ty… –
Urwała, zrozumiawszy co odkryła Falina.
– O nie. –
Jęknęła, lecz zbyt głośno jak na gust położnej.
– Zdajesz sobie sprawę co to znaczy? Wiesz na co naraziłaś siebie, dziecko i mnie? –
Syczała akuszerka, niemal strzykając śliną w twarz położnicy.
– Wybacz, nie chciałam cię narażać, nikogo nie chciałam narażać. –
Płaczliwe słowa Lorandry zmiękczyły serce młodej obdarzonej.
– Dobrze już, jeśli zachowasz ostrożność, będziecie bezpieczni. –
Szepnęła, głaszcząc chłopca po główce.
Gdy jednak się obróciła, zobaczyła Nualę, która trzymała w smagłej dłoni bicz.
Witajcie. Popełniłam właśnie prolog do czegoś, co jeszcze nie wiem jaki będzie miało tytuł, grunt, że tym razem postanawiam pisać z planem, który sobie opracowałam i zobaczymy co z tego wyniknie.
Dodam tylko, że według planu piszę po raz pierwszy.
Prolog
Położyła dziecko na niskiej otomanie i przytknęła palce do szyi. Poczuła, że w tym spalonym słońcem pustyni ciałku nadal tli się życie. Samia wiedziała co ma robić, od wielu już lat żyła w tym niegościnnym miejscu wraz z kilkoma sługami. Kobieta należała do nielicznych w jej kraju obdarzonych, a tylko oni mogli przetrwać na tym ogromnym pustkowiu.
Umoczyła w wodzie jedwabną szmatkę i przyłożyła do rozpalonego czoła.
Potarła między palcami strzęp tkaniny, z której uszyte było ubranie dziecka.
– Wysoko urodzona dziewczynka, sądząc po ubiorze. Dlaczego porzucono ją na pustyni? Ten, kto tego się dopuścił musiał być wyjątkowo podły. Lepiej by postąpił, gdyby zabił ją od razu, zamiast skazując na śmierć z pragnienia i przegrzania. –
Mruczała, delikatnie zdejmując z dziewczynki porwaną koszulkę nocną.
Wiedziała, że to jedna z ofiar najazdu sułtana Noaha na Hakobrię, lecz ona nie zważała na fakt, że ratuje dziecko podbitego narodu, nie była Nualą.
Zacisnęła w gniewie usta, przypominając sobie o własnej stracie.
Nie możesz myśleć o tym akurat teraz. Skarciła się w myślach i spojrzała na dziewczynkę.
Mała nadal pozostawała nieprzytomna, co trochę ją niepokoiło, choć wiedziała, że jeśli ma przeżyć, to przeżyje i będzie wielką szczęściarą, bo pustynia odbierała życie dorosłym, zdrowym i w pełni sił mężczyznom, a to było tylko małe dziecko.
Z czułością pogładziła złocisto-rude włoski.
– Obudzisz się, wiem to, bo jesteś obdarzona, prawda? Może jeszcze o tym nie wiesz, ale jestem pewna, że tak jest. –
Do jej oczu napłynęły gorące łzy, lecz otarła je rąbkiem chusty.
Jedyne, co mogła zrobić, to czekać i modlić się, że dziewczynka się obudzi.
Pierwsze, co poczuła po przebudzeniu, to potężne pragnienie. W ustach czuła suchość, a wyschnięty na wiór język przywarł jej do podniebienia.
Gardło przeszywały ostre igły piekącego bólu.
Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła dobyć z siebie głosu.
Miała ochotę się rozpłakać, lecz nie miała już łez, jej oczy były suche i straszliwie paliły. Całe ciało ją piekło, a cienki materiał drażnił spieczoną skórę.
Ktoś do jej ust przytknął szmatkę nasączoną wodą, a ona wyssała życiodajny płyn, niemo błagając o więcej.
Powoli zaczęły napływać wspomnienia. Całe chmary żołnierzy w obcych mundurach, matka błagająca o litość i on. Tę twarz długo będzie pamiętała, bo na oczach dziewczynki skręcił kark jej młodszemu bratu. Nie rozumiała co wokół niej się dzieje. Miała dopiero 6 lat i postępowanie dorosłych nie zawsze było dla niej jasne.
– A z nią co zrobimy, mój panie? –
Przypomniała sobie słowa mężczyzny, który wyciągnął ją z łóżka i trzymał teraz jak niesfornego kociaka.
– Wyrzuć ją na pustynię, o ile wiem, jest obdarzoną, tak przynajmniej donosili nasi szpiedzy. –
Odpowiedziała jednak kobieta w pięknych szatach, mierząc ją pogardliwym spojrzeniem ciemnych oczu.
Dziewczynka jednak widziała, że pytanie zadano oprawcy jej braciszka. Lecz najdziwniejsze okazało się, że jest obdarzoną, nikt nigdy nie mówił jej o tym, ale skoro ta straszna kobieta o tym wiedziała, to pewnie tak właśnie było, tylko dlaczego rodzice jej o tym nie powiedzieli? A może chcieli, lecz nie zdążyli? A może nie chcieli mieć obdarzonej córki, mimo, że jej ojciec sam do nich należał. Dla jej sześcioletniego umysłu to było za wiele jak na jedną noc.
– Tak sułtanko Nualo, stanie się według twojej woli. –
Odparł mężczyzna i poniósł ją do adeańskiego zwierciadła.
Dziewczynka wiedziała do czego służą te lustra, przerażenie odebrało jej oddech, on naprawdę wyrzuci ją na pustynię, zrobi to, co kazała mu ta okrutna kobieta.
Zobaczyła jak migotliwa srebrzysta powierzchnia matowieje i zamienia się w portal. Chciała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu, zacisnęła więc kurczowo palce na ramieniu mężczyzny, lecz on uderzył ją w skroń i wyrzucił przez portal.
Upadła na zimny piach i zaniosła się płaczem, aż w końcu zasnęła.
Gdy się zbudziła, był środek dnia, a słońce paliło ją niemiłosiernie w odsłonięte ciało. Gdyby mogła, znów by się rozpłakała, lecz oczy miała suche.
Chciała wrócić do domu. Tak, odnajdzie drogę i wróci do rodziców.
Szła czas jakiś, lecz dookoła widziała tylko suchy, gorący piach i skały. Chciało się jej pić, a niemiłosierne słońce grzało bez ustanku, powoli przemierzając bezchmurne niebo. Liczne ostre kamyki poraniły małe stopy dziewczynki, a spieczona ziemia piła jej krew jak życiodajny sok. W końcu jednak nogi odmówiły jej posłuszeństwa, a ona przewróciła się i nie była w stanie zrobić ani jednego kroku.
Obudziła się w tym miejscu, gdzie jakieś szorstkie i twarde, choć troskliwe dłonie przykładały mokrą szmatkę do jej spierzchniętych warg.
– Pustynia cię nie zabiła, więc będziesz żyć. Nie pozwolę ci umrzeć, przysięgam. –
Usłyszała cichy, lecz ciepły kobiecy głos.
– Wody. –
Wyszeptała i uniosła głowę. Kobieta przystawiła kubek do jej ust, a ona piła, aż opróżniła naczynie.
Znów opadła na poduszkę i zamknęła oczy, zapadając w głęboki sen.