Kategorie
Moja twórczość

„Kolor krwi” – rozdział 2.

Normalnie z tymi wpisami to jakaś klęska urodzaju, 😂
bo oto oddaję w wasze ręce kolejny rozdział.

Rozdział 2

Komnata wielkiego mistrza zakonu Dzieci Boga Jedynego była przestronna i bogato urządzona. Pod oknem stało ogromne łoże nakryte jedwabną narzutą widoczną zza lekko rozsuniętego baldachimu. Środek zajmowało masywne biurko z ciemnego drewna, a pod ścianami stał fotel i regały na księgi.
Wielki mistrz Faran siedział w fotelu i czytał. Lewym łokciem przyciskał do podłokietnika stertę podobnych kartek czerpanego papieru.
Odrzucił świstek na ziemię i wziął następny.
Czytanie donosów nie należało do jego obowiązków, lecz lubił to, zawsze mógł dowiedzieć się czegoś nader interesującego, tym razem jednak zawiódł się, bo nie znalazł nic, co mogłoby wzbudzić jego ciekawość. I tak oto dziś na przykład przeczytał, że niewolnica państwa Ashel znieważyła ich córkę, nazywając ją grubą i nadętą świnią. Doniósł na nią inny niewolnik, rzecz jasna. W innym napisano, że Złoto Krwista imieniem Kadea została przyłapana na oddawaniu czci Wielkiej Matce, bogini, której wyznawcami byli wszyscy ci popaprańcy. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale wymagało ze strony zakonu interwencji.
Kult tego bóstwa został zakazany pięćdziesiąt lat temu, zakon stał na straży wiary w Boga Jedynego, a odstępców uważał za heretyków i apostatów.
Religia zakonu była jedyną, którą te psie pomioty mogły wyznawać, zaś rolą jego i współbraci było krzewienie jedynej wiary i nawracanie pogan, jeśli nie po dobroci to siłą, a siła odnosiła najlepsze efekty.
Na kontynent północny zwany również Ektaris zakon przybył z południa, które w większości zamieszkiwali ludzie. Owszem, było tam paru Złoto Krwistych, lecz znacznie mniej niż jego ludu.
Ówczesny wielki mistrz zapragnął poszerzyć terytorium państwowe zakonu, ale Południowcy nie zamierzali się poddać. Władcy południowych krain zawarli przymierze i obalili zakon Dzieci Boga Jedynego, a oni jak niepyszni musieli uciekać.
Poprzednik Farana nie uznał tego za porażkę, postanowił więc poprowadzić swoich braci i ich rodziny ku nieznanej północy. Słyszeli z legend i opowieści, że Ektaris to bogate miejsce, pełne magii i Złoto Krwistych, których należało upokorzyć, pokonać i nawrócić na jedyną słuszną wiarę. I tak rozpoczął się podbój, a zakon stał się zdobywcą i wygrał, całkowicie opanowując nowe ziemie.
Siana wśród ludzi zamieszkujących północ propaganda przyniosła zamierzony skutek i już wkrótce zbuntowali się przeciw swoim Złoto Krwistym władcom, co okazało się przydatne do umocnienia pozycji zakonu.
Wojna trwała pięć lat, aż Orsanga musieli się poddać, szczególnie wtedy, gdy zakonni magowie znaleźli sposób na ujarzmienie magrinów, tych diabłów wcielonych.
Te pięćdziesiąt lat było złotym wiekiem zakonu, a on, Faran Devalius zarządzał niegdysiejszym Północnym Imperium Ektaris.
Uniósł oczy ku niebu i odmówił krótką modlitwę dziękczynną do Boga Jedynego.
Rozchylił poznaczone bliznami od rękojeści miecza palce, a świstek wylądował na ziemi u jego stóp.
Drzwi komnaty otworzyły się cicho. Do środka wszedł niewolnik Złoto Krwisty. Upadł na kolana i dotknął czołem sadarskiego dywanu wyściełającego posadzkę.
– Panie, główny wywiadowca zakonu prosi o posłuchanie. –
Odezwał się mężczyzna, nie unosząc głowy z podłogi.
Powinien kazać go wychłostać za brak dyscypliny, odezwał się bez wyraźnego pozwolenia, a to było surowo zabronione.
Podszedł do skulonej na podłodze postaci i trącił czubkiem ciężkiego buta w bok głowy.
– Posprzątaj to. –
Rozkazał, wskazując ręką stertę donosów zalegających na ziemi.
– Możesz wstać, zezwalam. –
Dodał, nie widząc reakcji Złoto Krwistego.
Niewolnik zaczął zbierać kartki i upychać je w kieszeniach workowatej tuniki. Robił to na tyle niezgrabnie i wolno, że wielki mistrz poirytował się, ale powstrzymał gniew.
– Mówiłeś, że główny wywiadowca chce się ze mną spotkać, tak? –
Spytał od niechcenia, wkładając ciężki czarny płaszcz z ze złotą tarczą i okiem, symbolem godności wielkiego mistrza.
– Tak, mój panie. –
Odpowiedział tamten, upychając ostatni świstek do przepastnej kieszeni.
– Dobrze, zawołaj go do mnie, ale pospiesz się psi synu, bo każę cię wychłostać. –
Wysyczał przez zęby. Nie pozwolił niewolnikowi wstać, więc ten na czworakach wycofywał się do wyjścia. Niekiedy bawiło go znęcanie się nad dumnymi Orsanga, uwielbiał ich poniżać i pokazywać gdzie aktualnie znajduje się ich miejsce.
Wiedział jednak, że gdy tylko za sobą zamknie drzwi, wstanie. Oni zawsze tak robili. Był pewien, iż tylko udawali uległych, a w gruncie rzeczy okazywali się cwani, przebiegli i sprytni.
To zapewne wina ich złotej krwi, tak, w tym należało upatrywać przyczyny ich zepsucia.
Chwilę później do komnaty wszedł zaskakująco młody człowiek, nie mający nawet trzydziestu lat.
Miał na sobie przybrudzony płaszcz podróżny, a zakurzone buty zostawiały na dywanie ślady zaschniętego błota.
Wywiadowca skłonił głowę porośniętą rudą czupryną.
– Z czym przychodzisz Eligiusie? –
Od razu przystąpił do rzeczy wielki mistrz. Nie miał ochoty na rozwlekłe powitania i wymianę uprzejmości w stylu: jak się miewasz bracie, jak zdrowie, podróż i takie tam banały.
To było zarezerwowane dla pospólstwa i niskiej rangi zakonników, a jego te reguły nie obowiązywały.
– Wracam właśnie z komturii Sadarskiej. Komtur Dervan przekazał mi dość niepokojące wieści, choć w zasadzie można by nazwać je plotkami. –
Odparł dźwięcznym głosem młody zwiadowca.
– Jakie to wieści? –
Wielki mistrz uniósł brwi w zaciekawieniu, po czym wskazał stojącemu wciąż mężczyźnie krzesło.
– Siadaj. –
Rzekł, powarkując.
– I mów, co to za wieści. –
Dodał, kładąc dłonie płasko na stole.
– Od razu pozwolę sobie zaznaczyć wielki mistrzu, że nie jestem pewien na ile te wieści są prawdziwe, czy nie są to zwykłe plotki, mrzonki prostaków i tych psich synów Złoto Krwistych. –
Zaczął ostrożnie Eligius, lecz Faran uniósł dłoń, przerywając zbyt długi wywód.
– Do rzeczy chłopcze. –
Specjalnie nazwał go chłopcem, wiedział, że wywiadowca wyjątkowo tego nie lubi.
Młodzieniec zacisnął zęby, lecz skinął tylko krótko głową.
– Dobrze, zatem sprawy mają się tak, niektórzy ze Złoto Krwistych twierdzą, że Aurelin de Kantarda żyje. Jedni mówią, iż jest niewolnicą gdzieś w Estel, inni, że prostytutką w Sadarze, a może w Kaleen, tu akurat zdania są mocno podzielone, ale co do jednego wszyscy są pewni, dziewczyna gdzieś żyje. –
Wielki mistrz uśmiechnął się lekceważąco.
– Co za bzdury opowiadasz, Eligiusie, dajesz wiarę tym plotkom? Osobiście byłem przy zagładzie rodu de Kantarda i wierz mi, nikt nie uszedł wtedy z życiem. –
Doskonale pamiętał ten dzień. Do tej pory słyszał krzyki umierającej młodej kobiety i jej małej córeczki, a w nozdrzach czuł zapach złotej krwi, która spłynęła schodami ich domu wprost do rynsztoka, lecz to nie był czas na wspomnienia.
Milczał dłuższą chwilę, po czym dodał.
– Nawet gdyby to szczenię jakimś cudem przeżyło, miało wówczas coś koło trzech lat, więc pozostawione samo sobie zapewne i tak zdechło gdzieś, a gdyby jednak przeżyło, cóż, nie pamięta kim było zanim dokonaliśmy zagłady jej rodziny. Teraz może być kimkolwiek, ale nie stanowi dla nas żadnego zagrożenia, lecz tak dla pewności każ sprawdzić wszystkie niewolnice między piętnastym, a dwudziestym rokiem życia. Jeśli rzeczywiście ona żyje to prędko się o tym dowiemy. –
Drzwi do komnaty nie były zamknięte, więc Kalias bez przeszkód mógł podsłuchać rozmowę wielkiego mistrza i brata Eligiusa.
Początkowo nie bardzo rozumiał o czym mężczyźni rozmawiali, dopiero po chwili do niego dotarło o kogo chodziło. On też słyszał te plotki, ale tak po prawdzie to nie dawał im wiary, ale skoro sam wywiadowca postanowił się podzielić nimi z wielkim mistrzem, cóż, to mogła być prawda i dziewczyna rzeczywiście gdzieś żyje, tylko co to dla niej teraz oznaczało? Domyślał się, nic dobrego, bracia odnajdą ją, schwytają i zapewne zabiją, chcąc zniwelować zagrożenie, nim to się jednak stanie, mnóstwo młodych Złoto Krwistych umrze zamęczonych w katowniach i salach tortur.
Na myśl o maltretowanych młodych kobiet Orsanga zrobiło mu się smutno, choć oni również nie darzyli go sympatią, jak ludzie z resztą. Był mieszańcem, a dla takich obie strony miały do zaoferowania jedynie pogardę i obrzydzenie.
Bracia często nazywali go kundlem, do czego nigdy nie przywykł, więc odpłacał pięknym za nadobne, co często wpędzało go w kłopoty i kończyło się karcerem lub chłostą. Do tego również się przyzwyczaił, z resztą nie tylko on, inni nowicjusze także w ten sposób byli karani.
– Dobrze wielki mistrzu, roześlę swoich ludzi, aby sprowadzili niewolnice do naszej twierdzy i zamknęli je w lochach. –
Odpowiedział główny wywiadowca i odwrócił się w kierunku wejścia. Kalias próbował się skryć, ale był zbyt wolny.
– Zdaje się, że mamy towarzystwo. –
Powiedział Eligius szyderczo, wskazując palcem na niedomknięte drzwi.
Faran uniósł wzrok i napotkał spojrzenie chłopaka.
Nienawidził tych czarnych oczu otoczonych złotą obwódką, kundel miał w sobie więcej z Orsanga niż z człowieka, lecz mimo to był jego synem, sekretnym synem, bo nikt nie znał jego tajemnicy, nawet Kalias nie wiedział kto jest jego ojcem i tak było dobrze, z resztą Faran nie żywił do chłopaka żadnych ojcowskich uczuć, a żeby była jasność, innych uczuć też nie żywił. Chłopak go ani grzał, ani ziębił, był mu całkowicie obojętnym, choć ta złota krew, ona wszystko psuła. Gdyby Kalias był człowiekiem, ale nie był, a to przesądzało wszystko.
– Wejdź, młodzieńcze, skoro już i tak wszystko słyszałeś. –
Powiedział wielki mistrz i obrzucił chłopaka pogardliwym spojrzeniem.
Kalias zawahał się. To nie był dobry pomysł, lepiej by zrobił, gdyby się wycofał, ale za nieposłuszeństwo czekała go kara, choć podsłuchiwanie też na nią zasługiwało.
Zwiesił ramiona wzdłuż tułowia i wszedł z rezygnacją wypisaną na twarzy. Cokolwiek go czekało, wiedział, że nie będzie to nic dobrego.

5 odpowiedzi na “„Kolor krwi” – rozdział 2.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *