Kategorie
Moja twórczość

„Kolor krwi” – rozdział 1.

Jest to bardzo roboczy tytuł czegoś, co przez ostatnie tygodnie, a nawet miesiące, chodziło mi po głowie.
Ogólnie zarys fabuły mam ogarnięty, a wam oddaję do rąk pierwszy rozdział tego czegoś. Komentujcie, jak trzeba krytykujcie.

Rozdział 1
Dzień chylił się ku końcowi, słońce nieubłaganie zmierzało na zachód, w kierunku Gór Mglistych.
Viyanna bez słowa wstała i ubrała znoszony płaszcz i zadeptane dziurawe ze starości buty. Dziadek popatrzył na nią swoimi ciemnymi oczyma, lecz nic nie powiedział, nigdy nic nie mówił, widząc ją szykującą się do pracy w przybytku Asany Czarnookiej.
Viyanna często zastanawiała się czy staruszek wie gdzie przyszło jej pracować. Możliwe, że jakiś życzliwy sąsiad powiedział mu, czym już wkrótce będzie się trudniła jego ukochana wnuczka. Z pewnością nie byłby zachwycony, gdyby się dowiedział, ale jaki miała wybór? W zasadzie żadnego, nawet gdyby mogła uciec, cóż, nie potrafiła się na to zdobyć, nie mogła porzucić jedynej osoby, jaką miała w życiu. Dziadek wychował ją i wszystkiego nauczył, a ona czuła, że jest mu coś winna.
– Wrócę jak zwykle, rano. –
Powiedziała na pożegnanie, a staruszek pokiwał głową.
Opuściła sypiącą się lepiankę i nie oglądając się za siebie, ruszyła krętymi uliczkami slumsów.
Slumsy były przyklejone do podgrodzia Estel, które kryło się za potężnymi murami najeżonymi wieżyczkami i basztami. Kluczyła między budynkami tak, by straż na murach jej nie wypatrzyła, to było zbyt niebezpieczne, szczególnie teraz, gdy nadciągała noc.
To nocą pełniący wartę ludzie zabawiali się z jej pobratymcami, urządzając sobie na nich polowania lub męcząc kogoś dla uciechy.
Przyspieszyła kroku, Asana nie będzie zadowolona, gdy Viyanna się spóźni, a w tym tygodniu już dwa razy to się jej przydarzyło.
Mijała coraz to lepiej utrzymane chałupy, karczmy i burdele, w których pracowały podrzędne prostytutki. Popatrzyłaby na nie z pogardą, lecz wiedziała, że już wkrótce ona również dołączy do ich grona, Asana jej nie odpuści, nie z jej urodą.
Uskoczyła przed lądującymi w rynsztoku odchodami, lecz niedostatecznie szybko, bo kleista maź wlała się jej do lewego buta. Dziewczyna zaklęła szpetnie. Ochrypły rechot kobiety, która wylała ekskrementy przyprawił ją o gniew, lecz nie miała czasu. Poszła dalej, nie zważając na smród i upokorzenie.
Usłyszała ich nagle, ciężkie kroki niosły się wśród zaułków, pod buciorami chrzęścił piach i żwir. To mogło zwiastować tylko jedno, nadciągał patrol, a jej nie powinno tu być, jeśli nie chciała skończyć w więziennej celi.
Umknęła w zaułek i skuliła się, lecz wiedziała, że trochę się spóźniła. Przycupnęła pod ścianą, opierając się plecami o chropowaty kamień. Nie miała dokąd uciekać, bo zaułek okazał się ślepy.
Zdawała sobie sprawę, że gdy ją znajdą od razu zrozumieją kim jest, a takich jak ona powszechnie nienawidzono i pogardzano nimi. Każdy, najpodlejszy nawet żebrak czy dziad stał wyżej od nich, choć pół wieku temu to oni rządzili tym światem.
Miała ochotę się gorzko roześmiać, bo wtedy nie było jej na świecie, nie mogła więc nic wiedzieć na temat potęgi jej ludu.
Ludzie nazywali ich złoto krwistymi, choć oni mówili o sobie Orsanga, wszak to była właściwa im nazwa.
Orsanga jednak dawno pochłonęła przeszłość i historia, a jedyne co im pozostało to złote obwódki wokół oczu i złota krew, nic więcej. Ich legendarne moce i nieśmiertelność przepadły wraz z przybyciem ludzi, którzy w jakiś sposób wszystko im odebrali.
Właściwie to wiedziała jak to się stało. Dziadek opowiadał jej o tym. Każdy Orsanga był połączony magiczną więzią z bestią, tak te stworzenia nazywali ludzie, natomiast właściwą nazwą były magriny.
Ludzie ujarzmili te niezwykłe istoty podstępem i od lat nikt ich nie widział, ale musiały gdzieś żyć, istnieć i tęsknić do tych, z którymi byli połączeni. Viyanna nie miała nigdy takiego magrina, urodziła się długo po tym, jak je usunięto z Ektaris.
Nie, ludzie sami w sobie nie byli tacy źli, ale Zakon Dzieci Boga Jedynego, to oni odpowiadali za całe zło, które spadło na Złoto Krwistych.
Zakon Dzieci Boga Jedynego rządził niepodzielnie i twardą, bardzo twardą ręką.
Od momentu ich rządów Orsanga zostali sprowadzeni do roli niewolników, a ci, którym niewoli udało się uniknąć zamieszkali w slumsach na obrzeżach Estell i wielu innych miast.
W Ektaris od pięćdziesięciu lat dominował człowiek, rasa słabsza, rzadko kiedy obdarzona mocą magiczną, a jednak wygrali i tubylczą ludność wypchnęli na margines, a nawet poza niego.
– Kaliasie, zdaje się, że słyszałem jakiś szmer, sprawdź czy któryś z tych obrzydliwców nie kryje się w zaułku. –
Chropawy głos musiał należeć do dowódcy patrolu, ale odpowiedzi dziewczyna nie usłyszała.
Po chwili do jej uszu doleciały kroki jednej osoby. To pewnie ów Kalias szedł w jej kierunku. Zacisnęła dłoń na brzydkim sztylecie i wysunęła go zza pasa. Nie zamierzała tanio sprzedać skóry. Rozejrzała się nerwowo. Ściana, o którą się opierała była zbyt gładka, aby się po niej wspiąć na dach, nie posiadała żadnych szczelin ułatwiających oparcie dla dłoni i stóp.
Im bliżej słyszała kroki, tym bardziej była przerażona. Co ją może spotkać? W najlepszym razie uwięzienie, wsadzą ją do celi, przetrzymają o głodzie i chłodzie, a za kilka dni może wypuszczą.
To była najlżejsza forma kary dla nieposłusznego Orsanga, lecz były i gorsze, a choćby publiczna chłosta, ucinanie stopy, niewola, gwałt, którego członkowie Zakonu nie odmawiali sobie i śmierć.
Jeszcze raz przebiegła palcami po ścianie, próbując znaleźć cokolwiek i nic, żadnej szczeliny.
Ogarnęła ją rozpacz i zgroza, a do migdałowych oczu napłynęły gorące łzy.
Przypomniała sobie co ludzie myśleli o łzach złoto krwistych, gdy nazbierać ich odpowiednio dużo i ukryć je w zimnym i chłodnym miejscu, to zamienią się w złoto. Gdyby nie jej rozpaczliwe położenie, pewnie wybuchłaby gromkim śmiechem. Owładnął nią zimny strach, dosłownie czuła jego palec wwiercający się w czaszkę. Przełknęła ślinę z niemałym trudem, bo gardło miała zaciśnięte.
Z rozdygotanych palców Viyanny wypadł brzydki sztylet i z brzękiem upadł na ziemię. Zaklęła w myślach, schylając się po nóż.
Z tego wszystkiego nie usłyszała nadciągającego strażnika.
Gdy uniosła załzawione oczy, zobaczyła postać odgradzającą drogę ucieczki.
Mimo ciemności, widziała bardzo dobrze. Jej pobratymcy mieli znacznie lepszy wzrok niż ludzie, co zawdzięczali źrenicy nocnej, którą mogli przywoływać w ciemnościach. Wprawdzie jej oczy stawały się wtedy dość upiorne, ale to nie miało większego znaczenia.
Ten, którego zobaczyła, nie był jeszcze pełnoprawnym zakonnikiem, bo zamiast czarnego płaszcza z wyhaftowaną złotą tarczą, symbolem i herbem zakonu, nosił brązową szatę. Jej uwadze nie umknął wiek chłopaka. Nowicjusz mógł być niewiele starszy od niej.
Dłuższą chwilę przypatrywali się sobie nawzajem i wtedy dziewczyna dostrzegła kolejny szczegół. Chłopak był mieszańcem. Jego matka, a może ojciec należeli do Orsanga.
– Kaliasie, pospiesz się. –
Od strony ulic dobiegła ostra komenda.
– Jeśli ktoś tam jest to bierz go na arkan. Chyba nie muszę uczyć cię co robić z tymi istotami. –
W ostatnie słowa mężczyzna włożył tyle jadu i nienawiści, że gdyby mogło to zabić, Viyanna leżałaby już martwa.
– Odwrócę ich uwagę, a ty uciekaj. –
Wyszeptał chłopak, ledwie otwierając usta.
Nie mogła w to uwierzyć, on puszczał ją wolno. Uniosła brwi w bezbrzeżnym zdumieniu, lecz Kalias tylko pokręcił głową i odszedł, zostawiając ją bez odpowiedzi.
– Nic tam nie ma. –
Powiedział beztroskim głosem.
– A ten hałas? Co to było? –
Dowódca nie dał się tak łatwo zbyć byle wymówką. Dziewczyna dosłownie przykleiła się do ściany, chcąc jak najmniej odróżniać się od ciemnego w mroku kamienia.
– To tylko szczur mój panie, prysnął, gdy tylko mnie zobaczył. –
Usłyszała odpowiedź młodzieńca. Dlaczego ją puścił? Przygryzła wargę w namyśle.
Musisz być bardziej czujna, ten chłopak, Kalias, on cię puścił, ale następni już nie będą tacy dobrzy, nie licz na to.
Złajała się w myślach.
Dobrze, zatem chodźmy dalej. Nie mam ochoty dłużej przebywać w tej śmierdzącej dziurze. –
Wymruczał towarzysz młodzieńca i oddalili się szybkim krokiem.
Viyanna oparła się o ścianę i westchnęła z wielką ulgą. Nie rozumiała dlaczego ten chłopak ją puścił, a bardzo chciała to zrozumieć, nie miała jednak czasu, wiedziała, że już spóźniła się do pracy.
Ostrożnie opuściła zaułek, rozejrzawszy się i pobiegła krętymi uliczkami podgrodzia, do którego przylegała znaczna część slumsów. Musiała się spieszyć, choć uniknięcie reprymendy od pani Asany zdawało się być niemożliwe.
Asana Czarnooka była właścicielką przybytku rozkoszy, w którym dziewczyna pracowała, chcąc zapewnić byt sobie i dziadkowi.
Do hałaśliwej Sali wpadła zdyszana i mokra od potu. W nozdrza uderzył ją zapach piwa, wina, miodu i gorzałki, a także pożądania, strachu i rozpaczy. Mało która z dziewcząt pracowała w przybytku Asany Czarnookiej z własnej woli, większość z nich, chcąc zarobić na życie musiała się prostytuować, chyba, że wolała zostać niewolnicą, tego losu jednak każda z nich wolała sobie oszczędzić.
Przez harmider wybił się syk Asany.
– Spóźniłaś się. –
Kobieta pojawiła się znienacka i przeszyła Viyannę spojrzeniem swoich czarnych oczu.
– Natknęłam się na patrol. –
Odezwała się dziewczyna. Widać jednak według Czarnookiej niezbyt pokornie, bo ta z całej siły uszczypnęła ją w ramię.
Viyanna syknęła z bólu, a oczy zaszły jej łzami.
Nienawidziła Asany, jej brutalności i okrucieństwa, ale nie miała wyboru.
– Ogarnij się i do roboty, ach i umyj się, bo cuchniesz. –
Powiedziała kobieta, wbijając jej szpony w nadgarstek, aż kilka kropelek złotej krwi spadło na podłogę. Nie zareagowała na ten przejaw brutalnej siły, to nie miało większego sensu, jeśli nie chciała bardziej oberwać.
Dziewczyna skinęła głową i ruszyła ku łaźni.
W pomieszczeniu panowało przyjemne ciepło, a w powietrzu unosił się zapach kwiatów i seksu.
Zmieniła przepoconą tunikę i spodnie na czerwoną kusą sukienkę, uczerniła brwi i rzęsy Kohlem, swoje złote włosy rozpuściła i zabrała się do pracy.
Do jej obowiązków należało usługiwanie mężczyznom, podawała im napitki i jadło, jak na razie, przygotowywanie pokoi, sprzątanie po niekiedy brutalnych zabawach z dziewczynami i doprowadzanie ich do stanu używalności, co nawiasem mówiąc, czasem graniczyło z cudem.
Asana jednak wymagała by jej dziewczyny prezentowały się dobrze, ba, najlepiej w całym Estel.
Viyanna bała się dnia, gdy to ona dołączy do grona młodych kurtyzan, a ów dzień zbliżał się nieuchronnie, wszak za kilka tygodni będą jej osiemnaste urodziny, a to oznaczało ni mniej, ni więcej, że będzie zmuszana do zaspakajania nienasyconej żądzy braci zakonnych i ich towarzyszy.
Z rozmyślań wyrwał ją ostry głos Asany.
– Zajmij się Delarą, krwawi, trzeba ją opatrzyć i sprawić, żeby nadawała się do pracy. –
Viyanna bez słowa zabrała potrzebne rzeczy i ruszyła przez korytarz ku górnym piętrom. Tam panowała względna cisza przerywana jedynie jękami rozkoszy i krzykami bólu.
Kroki dziewczyny tłumił miękki dywan Sadarski, a więc najlepszy, choć lata świetności musiał mieć dawno za sobą. Pozostałości po plamach z krwi, wymiocin i innych płynów ustrojowych trudno było usunąć. Na szczęście ludzie byli na tyle ślepi, że tego nie widzieli, co innego jednak Orsanga ze swoim wyostrzonym wzrokiem.
Viyanna weszła do pokoju i w jej nozdrza od razu uderzył zapach krwi i ludzkiej spermy.
Oh, ależ ich sperma cuchnie. Pomyślała, przełykając ślinę.
Delara leżała na łóżku, niemal nieprzytomna, a spomiędzy jej ud sączyła się złota struga krwi.
Dziewczyna delikatnie potrząsnęła ramieniem rannej, a ta otworzyła oczy pełne przerażenia. Już chciała krzyknąć, ale Viyanna uspokoiła ją delikatnym gestem.
– Już myślałam, że wrócił. –
Odezwała się Delara, pociągając nosem.
– Bez obaw, muszę cię doprowadzić do porządku, więc następnego klienta tak szybko mieć nie będziesz. –
Odparła Viyanna bez cienia współczucia, choć w środku nienawidziła się za to. Wiedziała jednak, że teraz współczucie nie jest tym czego Delara potrzebuje. Jeśli zaczęłaby się nad nią użalać, jej towarzyszka najprawdopodobniej załamałaby się i rozpadła na kawałki, a wtedy kto wie co Czarnooka by z nią zrobiła.
Viyanna wprawnymi ruchami obmyła dziewczynę z krwi. Robiła to powoli, skrupulatnie i delikatnie, nie zamierzając zadawać koleżance dodatkowego bólu.
– Muszę zeszyć ci udo, chyba chciał sprawdzić czy naprawdę masz złotą krew. –
Oznajmiła beznamiętnie i zabrała się do szycia. Pięćdziesiąt lat temu, takie rany wyleczono by magicznie. Pomyślała, zakładając kolejny szef.
– Viya, podsłuchałam dziś, że po jutrze odbędzie się twoja licytacja. –
Wyszeptała Delara, posykując z bólu.
– Co takiego? –
Dziewczyna zastygła z igłą w ręce.
– Przecież według zasad licytacja powinna się odbyć w dniu moich urodzin, a do nich brakuje jeszcze dobre dwa tygodnie. –
Narzędzie wypadło z dłoni i zalśniło na podłodze. Schyliła się i ujęła igłę w rozedrgane palce.
– Wiem, ale Asana popadła w niełaskę u wielkiego mistrza zakonu, jakaś grubsza sprawa podobno, z resztą to nieważne o co poszło. Wiadomo, że Czarnooka chce odzyskać względy głowy zakonu, więc postanowiła trochę przyspieszyć twoją licytację. –
Viyanna poczuła zimny dreszcz oblewający całe jej ciało.
– Ona nie może tego zrobić. –
Odezwała się płaczliwym głosem.
– Oczywiście, że może i zrobi to, nie powstrzymasz jej, wiesz o tym tak samo dobrze jak ja. –
Odpowiedziała zimno Delara. Tak, Viyanna wiedziała o tym, ale jakaś naiwna część jej natury kazała jej sądzić, że to łamanie reguł, ale jeśli było się Asaną Czarnooką, cóż, jej reguły nie obowiązywały, każda z dziewczyn wiedziała o tym i mogła to zaakceptować lub stać się niewolnicą w domu któregoś możnego pana, co w gruncie rzeczy okazywało się niewiele lepsze od dotychczasowego życia.
W tej sytuacji wybór był zły, albo bardzo zły i wszystkie o tym wiedziały, Viyanna również, lecz do dzisiaj jeszcze się łudziła, licząc, że ma kilka tygodni, lecz czas przyspieszył, by wciągnąć ją na samo dno piekła.

18 odpowiedzi na “„Kolor krwi” – rozdział 1.”

Bardzo ciekawe. Dobrze zbudowana atmoswera napięcia. Jest tu pewna inspiracja Kościołem, choć jego obraz jest dość mroczny. Jaki z resztą był, w niektórych miejscach na świecie i czasach.

Kościołem, ale jeszcze jedną, że się tak wyrażę organizacją, która dość zdrowo dała się nam we znaki w średniowieczu.

dobrrrrrrrre ostre takie lubię, czytałem z zaciekawieniem, nie było co zbierać, dobra sprawa 🙂

No no Kasiu… <3 A może "szkarłat" by Ci do tytułu pasował? To samo, a ciut tajemnicze słówko pasujące do klimatu tej ciekawej opowieści…

Szkarłat chyba nie do końca, bo szkarłat w tym przypadku odnosi się do krwi, a ci ludzie, czy tam istoty mają złotą.

Wypisałam parę niedociągnięć przecinkowych, więc może czytaj strzałkami, linijka polinijce, bo powinno być wygodniej

"Viyanna często zastanawiała się czy staruszek wie (przecinek) gdzie przyszło jej pracować."

:Mijała coraz to lepiej utrzymane chałupy, karczmy i burdele, w których pracowały podrzędne prostytutki."
Coś mi tu nie gra. Jeśli były coraz lepiej utrzymane, to chyba obsługa też powinna się poprawiać i nie być podrzędna? 🙂 ale to tylko tak na logikę, nie znam się na burdelach. 😀 W sensie raczej o nich nie piszę nigdy.

"Ochrypły rechot kobiety, która wylała ekskrementy (przecinek) przyprawił ją o gniew,"

"Zdawała sobie sprawę, że gdy ją znajdą (przecinek) od razu zrozumieją (przecinek) kim jest"

"Każdy, najpodlejszy nawet żebrak czy dziad stał wyżej od nich, choć pół wieku temu to oni rządzili tym światem."
wzmiankę o żebrakach i dziadach potraktowałabym jak wtrącenie, oddzielając je od reszty zdania przecinkami i byłoby tak:
Każdy, najpodlejszy nawet żebrak czy dziad, stał wyżej od nich, choć pół wieku temu to oni rządzili tym światem."

"Właściwie to wiedziała (przecinek) jak to się stało."

"Od momentu ich rządów Orsanga zostali sprowadzeni do roli niewolników, a ci, którym niewoli udało się uniknąć (przecinek) zamieszkali w slumsach na obrzeżach Estell i wielu innych miast."

"Ściana, o którą się opierała (przecinek) była zbyt gładka, aby się po niej wspiąć na dach,"

"Przypomniała sobie (przecinek) co ludzie myśleli o łzach złoto krwistych,"

"Jeśli ktoś tam jest (przecinek) to bierz go na arkan. Chyba nie muszę uczyć cię (przecinek) co robić z tymi istotami. �Choć ja napisałabym "cię uczyć", a nie "uczyć cię", ale to dlatego, że jakoś lepiej mi brzmi. 🙂

"To tylko szczur (przecinek) mój panie,”
Przed zwrotem do kogoś zazwyczaj musi być przecinek.

"Nie rozumiała (przecinek) dlaczego ten chłopak ją puścił, a bardzo chciała to zrozumieć,"

"Ostrożnie opuściła zaułek, rozejrzawszy się i pobiegła krętymi uliczkami podgrodzia, do którego przylegała znaczna część slumsów."
Nie jestem pewna, ale nie brzmi mi to zdanie i wydaje mi się, że imiesłów powinien być pierwszy, czyli najpierw "Rozejrzawszy się", a dopiero potem reszta. Nie wiem czy to jest błąd, ale brzmi nienaturalnie.
"Rozejrzawszy się, ostrożnie opuściła zaułek i pobiegła krętymi uliczkami podgrodzia, do którego przylegała znaczna część slumsów." Poza tym już wiemy, że do podgrodzia przylegała znaczna część slumsów, napisałaś o tym w pierwszych zdaniach. 🙂
'Slumsy były przyklejone do podgrodzia Estel, które kryło się za potężnymi murami najeżonymi wieżyczkami i basztami." Może jakoś rzuciło mi się to w uszy, bo znowu użyłaś słowa "przyklejone", ale nie wiem.

"Mało która z dziewcząt pracowała w przybytku Asany Czarnookiej z własnej woli, większość z nich, chcąc zarobić na życie (przecinek) musiała się prostytuować, chyba, że wolała zostać niewolnicą,"
Nie wiem czy to błąd, ale ja w zwrotach "chyba że", "zwłaszcza że" i w innych tego typu nie stawiam przecinków, bo to są zwroty właśnie. Przecinek stawiam tylko przed zwrotem, więc u Ciebie byłoby tak:
\"Mało która z dziewcząt pracowała w przybytku Asany Czarnookiej z własnej woli, większość z nich, chcąc zarobić na życie, musiała się prostytuować, chyba że wolała zostać niewolnicą,"
Już bez przecinka przed "że" w zwrocie "chyba że."
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Chyba-ze-i-inne-spojniki-z-ze;16506.html

"chyba, że wolała zostać niewolnicą, tego losu jednak każda z nich wolała sobie oszczędzić."
Powtórzenie

"– Ogarnij się i do roboty, ach (wykrzyknik albo przecinek) i umyj się, bo cuchniesz."

"co (przecinek) nawiasem mówiąc, czasem graniczyło z cudem."
To wtrącenie, więc oddzielamy je przecinkami po obu stronach. 🙂

"Asana jednak wymagała (przecinek) by jej dziewczyny prezentowały się dobrze,"

"Wiedziała jednak, że teraz współczucie nie jest tym (przecinek) czego Delara potrzebuje."

"a wtedy kto wie co Czarnooka by z nią zrobiła."
Tutaj też jakiegoś znaku interpunkcyjnegomi brakuje
Mogłoby być tak:
"a wtedy kto wie (przecinek) co Czarnooka by z nią zrobiła."
CHoć ja pewnie napisałabym tak:
"a wtedy (wielokropek) kto wie (przecinek) co Czarnooka by z nią zrobiła."
Ale nie wiem czy któraś forma jest bardziej poprawna od drugiej, pewnie obie są ok. 😀

Pięćdziesiąt lat temu, takie rany wyleczono by magicznie.
Tu bez przecinka, czyli tak:
"Pięćdziesiąt lat temu takie rany wyleczono by magicznie."

Poczytaj też może o tym, jak pisać dialogi. Chodzi mi o techniczną stronę. Kiedy myśłniku stawiać wielką literę a kiedy nie. Ale tu już nie pomogę, bo jak teraz przeglądam internety, to widzę, że sama nie stosuję się do wszystkich technicznych zaleceń. 😀 Generalnie uczyłam się tak, że każda kwestia dialogowa powinna być od nowej linii i od nowego wcięcia akapitu, czyli po prostu każda wypowiedź jest nowym akapitem. Jako pauzy dialogowej używam znaku półpauzy "–", choć można też użyć myślnika, ale wtedy myślnik na początku dialogu, a w środku już półpauza chyba. No, więc jak dla mnie niewygodnie i teraz najpopularniejszą opcją są półpauzy właśnie.

https://www.opowi.pl/art/jak-pisac-dialogi/

Tu masz dość prosto wyjaśnione, kiedy stawiać wielką literę, a kiedy małą w środku dialogu. poza tym to jest też dostępny dość portal, więc możesz tam wrzucić to, co napisałaś. 🙂

No, wciągnęło mnie, fajne. Serio. Na razie ciężko mi coś więcej powiedzieć, ale podoba mi się.

A, i jeszcze jedno. Czy nie powinno być "złotokrwiści?" W sensie że razem. Tak jak piszemy "zielonoocy"

Domyślam się, ale pewnie nie dlatego, że reguła jest zła, tylko dlatego, że nie zna takiego słowa. Jak napisałam "Zielonoocy" razem, to Zielonoocy nie podkreśliło i chyba w takim razie zasada, że „złotokrwiści” razem jest dobra

Bez przesady. Mnie też ktoś kiedyś wypisywał przecinki, wskazywał, co mam poprawiać… I teraz też mogłabym publikować na jakimś portalu, bo czuję stagnację w nauce 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *