Kategorie
Moje przepisy

Kolejny przepis wynaleziony w odmętach internetu.

Zacznę od tego, że pewne kwestie musiałam mocno poukładać w swojej durnej łepetynie i gdyby nie solidny kopniak kogoś z boku, cóż mogłabym być sobie w miejscu, w którym byłam jeszcze kilka tygodni temu. Z kolei fakt, że zrozumiałam konieczność tych zmian, zaczęłam więcej kombinować w kuchni i tak oto wlatuje przepis na mocno białkowy spód do pizzy/ zapiekanki, czy wreszcie alternatywa dla kupnej tortili.
Czego będziemy potrzebować?
200 g serka wiejskiego,
2 jajka, trochę mąki – może być pszenna pełnoziarnista, migdałowa, czy jaką tam chcecie, sól i pieprz. Celowo nie napisałam ile tej mąki, bo ja pokusiłam się o wersję bezmączną.
Sposób wykonania jest banalnie prosty i polega na tym, że jajka i serek umieszczamy w blenderze i blendujemy na gładką masę. Dodajemy mąkę, jeśli chcemy jej użyć, sól i pieprz.
Jeśli chodzi o ciąg dalszy – obróbka termiczna, to możemy usmażyć, upiec w piekarniku lub w air freyerze. Wybrałam ostatnią opcję. Przelałam ciasto do foremki silikonowej i piekłam koło 8 minut, choć wiem, że następnym razem wydłużę do 10, może 11.
Na upieczony/ usmażony spód wykładamy ulubione dodatki. Ja posmarowałam serkiem kanapkowym, położyłam plaster wędliny drobiowej, plaster sera żółtego, dodałam sporą ilość warzyw i zawinęłam w rulon.
Najeść się tym można niemożebnie z uwagi na wysoką zawartość białka.
Cóż, też polecam przetestować, bo smakuje pysznie.
Gdybyście chcieli zrobić np. pizzę, to podejrzewam, że na podpieczony spód można wyłożyć ulubione dodatki i też będzie git, choć nie wiem jak długo powinno się to piec w piekarniku.

Kategorie
Moje przepisy

Bułki twarogowe

Znalazłam ten przepis kilka dni temu i doszłam do wniosku, że trzeba by wypróbować, anusz okażą się smaczne.
Okazały się, a do tego są miękkie, nawet na drugi dzień.
Czego będziemy potrzebować?
250g twarogu – klinek albo jaki tam sobie chcecie, może być chudy, ale i półtłusty się nada,
2 jajka,
Mąka – 120g – lub więcej, jeśli twaróg jest wilgotny. Co do mąki natomiast to może być pszenna, najlepiej pełnoziarnista – typ 1850 lub wyżej, gdyby znalazł się tu ktoś preferujący wypieki w wersji keto – wystarczy zamienić mąkę pszenną na migdałową, kokosową albo inną bambusową. W innych przepisach, mąkę pszenną zastępowano płatkami owsianymi lub mąką z tychże pozyskaną w skutek potraktowania ich blenderem.
Łyżeczka soli, proszku do pieczenia i opcjonalnie dodatki – nasiona: dynia, słonecznik, siemię lniane itd.
Sposób przygotowania:
twaróg rozgniatamy
widelcem, wbijamy jajka i mieszamy łyżką, następnie dodajemy mąkę wraz z solą i proszkiem do pieczenia, po czym wyrabiamy ciasto na jednolitą masę, co swoją drogą robi się bardzo szybko. Następnie dzielimy ciasto na części i zwilżonymi dłońmi formujemy 4 średniej wielkości kule, które delikatnie rozpłaszczamy.
Wtedy też możemy spryskać bułki wodą i posypać nasionami. Pieczemy w temperaturze 180 st.C w piekarniku między 25, a 30 minut. Oczywiście swoje piekłam w moim frajerku i na oko ustawiłam czas na 20 minut, przy czym po 15-stu obróciłam na drugą stronę.
Tak upieczone bułki możecie podawać z czym tylko chcecie – z masłem, z dżemem, serem, wędliną, a nawet suche będą pyszne.
Bardzo polecam – wiem, że u mnie zagoszczą na dłużej.

Kategorie
Testy i demonstracje wszelakiego sprzętu.

Frytkownica beztłuszczowa Xiaomi MI Smart 6,5l – moje spostrzeżenia.

Tydzień temu minął miesiąc odkąd kupiłam air freyera, znanego też pod nazwą frytkownicy beztłuszczowej, nadszedł więc czas, żeby pokrótce podzielić się z wami spostrzeżeniami z użytkowania.
Jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie – kupiłam AF marki Xiaomi Mi smart 6,5l. Może pamiętacie, ale rozważałam też Phillipsa, jednak z uwagi na jego wymiary, padło na ten pierwszy.
Air Freyer co do zasady działa jak piekarnik z termoobiegiem, z tą jedynie różnicą, że jest odpowiednio mniejszy, a to skraca czas nagrzewania, jak i czas pieczenia, co wydaje się być kluczowym argumentem za AF.
Tyle, jeśli o ogólniki chodzi, teraz natomiast przejdę do szczegółów. Przez miesiąc zdążyłam całkiem sporo w nim przyrządzić i tak: na początek poszły frytki mrożone, które okazały się o niebo lepsze niż z piekarnika – chrupiące na zewnątrz i miękkie w środku. Czas ich przygotowywania też skrócił się do 15 minut. W tym miejscu możecie powiedzieć, że w piekarniku upieką się w 20 – plus minus – więc jaka to oszczędność? Ano taka, że piekarnik potrzebuje koło kwadransa, żeby się rozgrzać, natomiast AF – nie, jemu to zajmuje ze 2, 3 minuty. Następne w kolejności były nuggetsy – teoretycznie też było ok, problem jedynie w tym, że panierka mi spłynęła, niemniej były całkiem smaczne. Kurczaka również przyrządzam we frytkownicy i tu czas pieczenia skrócił się znacząco, bo z około 90 minut, zrobiło się 40, a to samo się broni i żadnej głębszej argumentacji nie potrzebuje. Nie omieszkałam do AF wrzucić kotletów schabowych, dla mnie ten sposób ich przyrządzania wygrywa, bo nie są tak tłuste jak z patelni, a to dość istotna różnica. Moja siostra we frajerze popełniła sernik baskijski i wyszedł bardzo dobry, natomiast wczoraj postanowiłam zrobić na śniadanie pieczonego naleśnika – tzw. Duth baby – swoją drogą polecam, bo jest przepyszny. Taką formę naleśnika już dawno chciałam przyrządzić, ale z uwagi na fakt, że musiałabym rozgrzewać piekarnik dla jednej lub dwóch sztuk – nie opłacało się, a biorąc pod uwagę czas – nagrzanie piekarnika +pieczenie – koło 35 minut – nie, nie, podziękuję, bo AF upieczenie zajęło 12 minut – z czego jakieś 5, to nagrzewanie kokilek.
Dziś natomiast wjechał wrap z serka wiejskiego i jajek – wyszedł, lecz mogłam go przetrzymać kilka minut dłużej, co zapewne zrobię następnym razem i mężu mojemu paluszki rybne we frajerze też robię, bo nie chce mi się ich na patelni obracać. To chyba tyle, jeśli o uzupełnienie wpisu chodzi, a musicie wiedzieć, że zaczęłam pisać tydzień temu, ale w ciągu kilku ostatnich dni nie miałam siły ani ochoty, żeby go dokończyć.
W tym miejscu dodam również, że nazwa tegoż urządzenia może być odrobinę myląca, a dlaczego, zapytacie? Z bardzo prostego powodu: w polskiej wersji językowej jest to frytkownica beztłuszczowa, co może sugerować, że właściwie, to nie musimy używać żadnego tłuszczu do pieczenia/ smażenia. Nie jest to do końca prawdą, bo trochę tłuszczu jest potrzebne, ale wystarczy skropić danie, które chcemy przyrządzić olejem lub oliwą, co zrobi robotę, bo nada potrawie chrupkości, a i smak poprawi.
Dorzucę jeszcze kilka słów odnośnie programów, których w moim frajerze jest 12 i są to: jogurt, suszenie, warzywa, ryby, krewetki, skrzydełka z kurczaka, kotlety jagnięce, stek, frytki, ciasto, rozmrażanie i tryb ręczny. Przyznam, że najczęściej korzystam z tego ostatniego właśnie. Poza tym w aplikacji jest kilkadziesiąt przepisów, szkoda, że nie ma ich więcej, bo niektóre mogą być ciekawe, jak np. zapiekane awokado z jajkiem.
Pozachwycałam się nad moim AF, teraz zatem należałoby wspomnieć o wadach. Czy według mnie, jakieś posiada? W pierwszym odruchu chciałoby się powiedzieć, że absolutnie nie, ale to nie do końca byłaby prawda, a jeśli ten wpis ma zasłużyć na miano w miarę rzetelnego, to obiektywnie muszę stwierdzić, że wady również posiada. Powiem więcej: to, co uchodzi za zaletę, może też być wadą. Przykłady? Proszę: pojemność komory: ogromna zaleta, bo szybko, bez tracenia czasu na nagrzewanie, ale jednocześnie wada – jakiegoś potężnego mięcha raczej nie wrzucimy, bo się nie zmieści. Kolejna wada: było nie było, jest to następny sprzęt, który zajmuje miejsce w naszej kuchni, na naszym blacie, chyba, że ktoś ma możliwość schowania go w szafce czy innym miejscu, ale to i tak zawsze będzie dodatkowe urządzenie. Prąd – niby pożera mniej, niby nagrzewa się szybciej, ale podejrzewam, że w codziennym użytku domowy budżet lekko może to odczuć.
Czy jakieś jeszcze wady w nim dostrzegam? Zdaje się, nie. No, chyba, że gabaryty misy – pół zmywarki zajmuje, to też można uznać za wadę.
A zalety? Teoretycznie wymieniać nie muszę, bo wszystko już zostało wyżej napisane, ale jako małe podsumowanie? Czemu nie.
I tak: zalety: wielkość, szybkie nagrzewanie urządzenia, mniejsze zużycie prądu, zniwelowanie ilości tłuszczu do minimum, dzięki czemu nasze potrawy będą zdrowsze i mniej kaloryczne, pieczenie w krótszym czasie niż w tradycyjnym piekarniku.
Ja pokochałam mojego frajera miłością wielką, nie rozumiem, jak mogłam wcześniej twierdzić, że nie potrzebuję piekarnika w mniejszej wersji. Nie napisałam, a to przecież bardzo ważne – obsługuję mojego frajera z poziomu aplikacji i jest to całkiem wygodny sposób, a sama apka okazuje się być w większości dostępna.
Czy polecam? Oczywiście, choć ten konkretny model raczej dla dwóch, może trzech osób, jednak na rynku jest wiele różnych modeli o różnej wielkości i o ile wiem, część z nich jest dla nas dostępna.
Na tym zakończę. Życzę wam miłej reszty weeckendu.

Kategorie
Takie tam różności

Witajcie w nowym roku

Nic lepszego na temat wpisu w zasadzie nie wymyśliłam, dlatego tak, a nie inaczej. 😀
Tak, wiem, dawno mnie tu nie było i takie tam frazesy, których powtarzać nie trzeba, wszak skoro nic nie publikowałam, to chyba proste, że mnie tu nie było, prawda?
Zacznijmy zatem od małego podsumowania minionego roku, który wcale zły nie był, choć nie pozbawiony smutnych wydarzeń.
Jak pamiętacie – w lutym dokonała żywota nasza kosza, a jej miejsce zastąpił żółwik stepowy – Oshee, który nawiasem mówiąc – ma się całkiem dobrze, choć ostatnio bardzo ospały się zrobił, czemu winien jest brak hibernacji, ale na ten krok raczej się nie zdecyduję z uwagi na brak warunków, choć te może by się znalazły – lodówkę wszak posiadam, ale za bardzo się boję, że zrobię coś nie tak i biedny zwierzak zejdzie z tego świata. W jakiejś tam przyszłości jednak nie wykluczam, że dane będzie Oshee zimę przespać, ale to nie nastąpi prędko.
W kwestiach zakupowych – w styczniu kupiłam Air Podsy, z których całkiem jestem zadowolona, choć bateria w etui pozostawia sporo do życzenia.
W kwietniu natomiast kupiłam Soda Stream, co znacznie przyczyniło się do zniwelowania plastiku w tym domu, to jedno, a drugie – nie trzeba tachać tych ciężkich butelek.
Dorobiłam się również szczoteczki magnetycznej, co było równie dobrym zakupem, bo moje zęby zdecydowanie lepiej reagują.
Wymieniłam też ekspres z kolbowego na automatyczny i to, proszę Państwa, był zdecydowany number one w tegorocznych zakupach.
Poza tym progenitura przygotowuje się do przystąpienia do pierwszej Komunii Świętej i wiecie co? Zostało jej tylko do zaliczenia 5 warunków dobrej spowiedzi, choć pani katechetka miała dla nich sporo litości, odpuszczając np. 7 sakramentów między innymi, ale Skład Apostolski jej nie minął. 😊
W październiku zmarła moja babcia i to jest to smutne wydarzenie. Niby wiadomo było, że umrze, że każdego to czeka, ale i tak poczułam tę stratę. Z drugiej jednak strony wiem, że już nie cierpi, bo ostatnie lata dały jej popalić zdrowotnie.
W zasadzie to na tym mogę to podsumowanie zakończyć, choć nie, jeszcze jedno: w pracy przedłużyli mi umowę, tak więc do września 2026 jestem człowiekiem pracującym. 😝
Jest mi to naprawdę bardzo na rękę pod względem finansowym głównie, bo inne jakoś do mnie nie przemawiają. 😏
Minione 2 tygodnie roku też mogę uznać za spokojne, bez żadnych zawirowań i oby ciąg dalszy był taki sam, tego sobie bardzo mocno życzę.
Wczoraj natomiast stałam się posiadaczką air freyera, choć do niedawna twierdziłam, że nie jest mi on do życia potrzebny, że przecież mam piekarnik, a w końcu po co mi urządzenie, które co do zasady działa tak samo jak piekarnik z termoobiegiem. O tym wszystkim byłam przekonana do wczoraj, ale po degustacji frytek z tego wynalazku, odwołuję wszystko, co do tej pory mi się wydawało i dochodzę do wniosku, że air freyer jest mi wręcz niezbędny.
Pewnie w tym miejscu zapytacie o markę i model, otóż padło na Xiaomi mi smart 6,5l, myślę, że dla naszej trójki spokojnie wystarczy, a przynajmniej na czas jakiś.
W sumie myślałam o Phillipsie, ale wydał mi się trochę za duży jak na moją małą kuchnię i pewnie wygospodarowałabym dla niego miejsce, ale obawiam się, że zagraciłabym ją totalnie, a nie o to chodzi.
Wracając jednak do meritum – urządzenie ma fajny designe, wbrew pozorom jest pojemne, a jego jedyna wada to głośność, mógłby być odrobinkę cichszy, ale i to nie jest jakąś wielką przeszkodą. Ustrojstwo całkiem wygodnie daje się obsługiwać przez aplikację, zresztą po ślepemu innej możliwości nie ma. Na pokrętle nie ma fizycznej wskazówki/ strzałki, która orientacyjnie wskazywałaby na jakim programie się znajdujemy, a tych programów jest 12 zdaje się, choć jak na razie skorzystałam z tego do frytek i ręcznego. Jeśli chodzi o appkę, to jestem mile zaskoczona, bo wydawało mi się, że z dostępnością to ona tak nie bardzo, a tu proszę – miłe zaskoczenie.
Zasadniczo to chyba tyle, do napisania i powiedzenia raczej nic więcej nie mam, a jeśli nawet mam, to i tak już nie powiem.
Zatem trzymajcie się cieplutko i nie dajcie się zimie i uważajcie, żeby śnieg was nie pokonał.
Mnie wczoraj pokonać nie zdołał, a ślizgawka była, że narody klękajcie.

Kategorie
Takie tam różności

Przerywam milczenie.

Cześć, ludzie.
Właśnie zdałam sobie sprawę, jak dawno nie zaglądałam na tego bloga, choć kilka podejść zrobiłam, żeby coś napisać, ale nie było to ani konstruktywne, ani sensowne, a pisanie o niczym uważam za bezcelowe.
Nie, żebym teraz miała do powiedzenia nie wiadomo co, ale chyba więcej, niż na przykład w kwietniu czy maju.
Zacznę więc referować, co też ciekawego i nieciekawego w ostatnim czasie miało miejsce.
Maj minął bez fajerwerków, nie działo się nic szczególnego, pomijając zastraszająco dużo wolnych dni od szkoły. 😏 Ach, wymieniłam szczoteczkę soniczną na magnetyczną, to, jeśli o zakupy chodzi. Muszę przyznać, że dla mnie szczoteczka magnetyczna okazała się odrobinę lepsza od sonicznej, po prostu moje zęby odrobinę przypominały o swojej obecności po użyciu tej drugiej, w związku z czym postanowiłam znaleźć coś innego.
Teraz za to jest z nimi zdecydowanie lepiej, a ja nie cierpię po każdym prawie umyciu paszczęki. 😉
Czerwiec, a jeśli czerwiec, to wakacje, moi drodzy. Och, jak ja bardzo czekałam na ten moment, jak miałam już dość szykowania śniadań do szkoły, które dość często wracało do domu w takim stanie, w jakim je spakowałam. Jakże czekałam na moment, gdy nie będę musiała przez pół godziny dobudzać śpiącej snem kamiennym istoty. Czekałam, czekałam i się doczekałam, a teraz? A teraz, to już chcę, żeby nadszedł wrzesień. 😀 Nie, żeby było jakoś strasznie, nie jest, ale w pewnym momencie dzieciaki najzwyczajniej w świecie zaczynają się nudzić, jak to gdzieś usłyszałam – za dużo, to i świnia nie chce. 🙂
Ale ponieważ mamy już sierpień, można więc powiedzieć, że zleci, nim się obejrzymy i dzieciarnia wróci do szkolnych ławek.
W czerwcu byłyśmy też w kinie – padło na „W głowie się nie mieści 2” – w tym miejscu przyznam, że był to całkiem ciekawy film, choć miałam wrażenie, że główna bohaterka Riley, która ma lat 13, w rzeczywistości została pokazana jako powiedzmy jedenastolatka. Co jednak ciekawe, moje odczucia podziela spore grono osób, którym dane było obejrzeć tę produkcję.
Lipiec minął pod znakiem średnio aktywnym, dziecko pojechało z dziadkami na kilka dni nad morze, a ja odpoczywałam i tęskniłam jednocześnie, co oczywiście nie wyklucza się wzajemnie. 😊
Teraz stan powyższy jest praktycznie identyczny, bo młoda wyjechała na tydzień do dziadków, więc znów łapię oddech od macierzyństwa, no tak w połowie. 😊
Pomijając kwestie wakacyjne – auto nam umarło i może można było je jeszcze reanimować, ale mój stary uznał, że zasadniczo nie ma sensu, wszak w przyszłym roku skończyłoby 20 lat, do uzyskania miana zabytku zabrakło mu sześciu. :)😊
A co u żółwika? Żółwik miewa się całkiem dobrze, choć odrobinkę wybredny się robi, a mianowicie: nadeszła pora, żeby świeże zielsko zastąpić suchym i co na to nasza Oshee? A ona na to, że jeść nie będzie i od teraz jest strajk głodowy. Zapomniała tylko bidulka, że ona może nawet tydzień nie jeść i w niczym to jej nie zaszkodzi. 😊 Cóż, jeśli jej się wydaje, że wygra ze mną, to może się mylić – ze mną nie, ale mój stary to co innego, z nim ma spore szanse wygrać.
Nie wspomniałam też, że w miniony piątek po raz kolejny – a dokładniej to trzeci – wybrałyśmy się na przejażdżkę kolejką wąskotorową, która jedzie z Koszalina do Rosnowa. Swoją drogą, polecam, jeśli będziecie w okolicy, bo wrażenia są całkiem ciekawe, a i jezioro Rosnowskie też jest całkiem przyjemne. Jedyny minus ostatniej wyprawy był taki, że jechała lokomotywa spalinowa, z której niemożebnie jechało spaloną ropą, czy innymi tam spalinami. Smród był do tego stopnia, że całe ubranie – z włosami włącznie, nieziemsko cuchnęło. Może byłoby inaczej, gdybyśmy wybrali wagon zamknięty, no, ale nam w otwartym jechać się zachciało, no to mieliśmy, co mieliśmy. W tym miejscu możecie zapytać o poprzednie przejażdżki, wtedy nie śmierdziało? Owszem, ale to był parowóz, a dym węglowy jednak jest chyba mniej tłusty, albo mniej uciążliwy – może tak.
Cała kolejka jest zabytkowa – wagony mają coś koło 100 lat – parowóz chyba też, co do lokomotywy spalinowej – nie wiem, może jest młodsza, ale do czego zmierzam – otóż, gdy tylko wejdę do tego wagonu, to załącza mi się czarny humor. Jeśli dobrze pomyślicie, zgadniecie dlaczego. Pisać tego nie będę, bo może urażę czyjeś uczucia itd. Ale wy możecie w komentarzach dzielić się swoimi przemyśleniami, a jeśli nie w komentarzach, cóż, są jeszcze inne kanały komunikacji. 😀
W lipcu kupiłam też czajnik z regulacją temperatury i muszę przyznać, że świetnie się sprawdza do różnych herbat typu biała, zielona itd. Jest to zakup, który śmiało mogę umieścić w tegorocznej trójce najlepszych.
Nie napisałam wam jeszcze, co już wkrótce, a właściwie to już, zaczyna mi spędzać sen z powiek i pewnie będzie mi go spędzać przynajmniej do maja 2025. I w tym miejscu myślę, że nietrudno się domyśleć, chodzi o I Komunię Świętą mojej córki. Nie chodzi mi nawet o kasę, bo tę uzbieramy, ani nawet o salę, wszak siostrzyczka już mi ją załatwiła, nawet nie o sukienkę/ albę. Nie, nawet to wszystko razem wzięte tak mnie nie przeraża jak nauka tych wszystkich modlitw. Nie chodzi oczywiście o te najbardziej podstawowe, ale choćby taki Skład Apostolski albo 5 Przykazań Kościelnych – wiem, że tego da się nauczyć, ale to nie zmienia faktu, że to mi przypadnie w udziale. Będę musiała poszperać za jakimś katechizmem dla dzieci pierwszokomunijnych, w jakimś pdfie czy innym txt, bo inaczej tego nie widzę, a może inaczej, widzę to bardzo marnie i wcale nie chodzi o naukę na pamięć u mojego dziecka, bo wiem, że ona to ogarnie, ale muszę mieć kontrolę nad tekstem, no, taki mój kaprys, bo przecież mogłabym polegać na tym, co czyta młoda, ale chyba nie o to mi chodzi.
Zasadniczo, to tyle, zdaje się nic więcej godnego uwagi nie mam do powiedzenia.
Zatem pożegnam się, nie wiem kiedy się odezwę po raz kolejny, może wcześniej niż później, a może jak zwykle.

Kategorie
Takie tam różności

Kwiecień plecień, czy jakoś tak.

Cześć, Drodzy.
Nie będę ukrywać, że mam problem jak zwykle z tytułem tego wpisu, co nie stanowi żadnego novum, wszak to dość często mi się zdarza, bo o ile z treścią posta problemu raczej nie mam, jeśli już wiem o czym chcę pisać, to z nazwaniem go już jak najbardziej.
Ale – wiem, że od "Ale" zdania się nie zaczyna, wybaczcie zatem – ja o zupełnie czym innym chciałam.
Zacznijmy od tego może, że od 18 marca w tym domu zamieszkał żółw stepowy – Testudo Horsfieldi – nazwany Oshee. W związku z tym pewna część wpisu będzie poświęcona Oshee właśnie.
Sama pielęgnacja, czy też opieka nad stworem nie stanowi jakiegoś mega poświęcenia, co nie oznacza, że jest to zwierzę bezobsługowe, zresztą nie ma takiego, więc…
Zacznijmy od tego, że o 7:00 włączamy lampy – UVkę i grzewczą, w międzyczasie szykuję zwierzowi jedzonko, na które zazwyczaj składają się świeże rośliny obficie występujące o tej porze roku. Do ich zbierania dotrę później, bo pewnie ciekawiście kto i jak je zbiera.
Do śniadanka żółwiowego obowiązkowo dodaję wapń – u mnie jest to sepia w proszku, choć taką do pogryzania też w terrarium Oshee posiada. Wapnia nigdy nie jest za mało, więc dostaje je do każdego posiłku.
W następnej kolejności zajmuję się basenem – myję i wlewam świeżą wodę. Woda to jest to, co muszę niekiedy wymienić kilka razy dziennie, żeby była świeża i bez niespodzianek. Oh, nie wspomniałam o jednej, naprawdę istotnej kwestii. Otóż spryskuję jeszcze podłoże, zazwyczaj przed włączeniem lamp. Chodzi o to, żeby w terrarium wystąpiło coś na kształt porannej rosy.
W zasadzie to tyle, jeśli chodzi o ogarnięcie żółwika. W tak zwanym międzyczasie kontroluję podłoże i basenik, a także jedzonko i jeśli zachodzi potrzeba, to usuwam to czy owo, co można nazwać ubocznymi produktami przemiany materii.
Kilka razy w tygodniu – zazwyczaj 3 – Oshee zażywa kąpieli, chodzi o to, żeby gadzinkę nawodnić i wspomóc jej i tak wybitnie wolną przemianę materii. W zasadzie wystarczyłoby wykąpać ją raz w tygodniu, ale ponieważ jest to młodziutki żółwik, trzeba jej zapewnić odpowiednie nawodnienie i wilgotność w mieszkanku. Zresztą uważa się w środowisku zajmującym się hodowlą tych zwierzaków, że młodym osobnikom żyjącym w niewoli trzeba zapewnić wyższą, niż dorosłym – wilgotność. Chodzi o to, żeby uniknąć piramidowania skorupy, ale o tym coś więcej napiszę innym razem. Na szczęście Oshee kąpiel lubi, ale jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie – na własnych zasadach. Śmiałam się do Zuzy, że ona ma jakiś zegar wbudowany czy coś, bo gdy minie pół godziny, to dziewczyna próbuje nawiać z miski, co nie jest znowu takie proste, bo ranty są śliskie i średnio wysokie, choć zakładam, że gdyby były bardziej chropawe, to ucieczka mogłaby się powieść, a tak, cóż, nie bardzo.
Co do jedzenia – panna nie jest jakoś wybitnie wybredna – pochłania wszystko, co dostanie, no, może z wyjątkiem suszu, z tym trochę jakby jej nie po drodze, ale z przyzwyczajaniem do suszonego, to latem walczyć zaczniemy,póki co, korzystamy ze świeżynek.
Takie świeżynki w znacznym stopniu zbieram do spółki z Zuzą i mężem. On na ogół przynosi rośliny z pola za swoim biórem w pracy, choć to pewnie niedługo się skończy, ale ja nie o tym. Natomiast team Katarzyna i Zuzanna chodzi do parku i tam zbiera, co trzeba.
Pewnie teraz spytacie jak po ślepemu rozpoznawać niektóre rośliny? Sposobów jest kilka: popierwsze: aplikacje – temu sposobowi jednak najmniej ufam, ale czasem się zdarza, choć rzadko. Po drugie: wiedza własna – na szczęście kilka roślin rozróżnić potrafię, to też wiem co zbieram. Po trzecie: grupa na facebooku poświęcona żywieniu żółwi. Wystarczy zrobić zdjęcie interesującej rośliny, wrzucić na grupę i chwilkę poczekać. Nie ukrywam, że nauczenie się tych roślin stanowi dla mnie swojego rodzaju wyzwanie, ale ukrywać nie będę, że wszystkie opanować trudno będzie, bo zdarza się, że bardzo są do siebie podobne, choćby taki bodziszek łąkowy i jaskier, przy czym ten drugi jest trujący dla żółwi, a ten pierwszy – nie. Niemniej dajemy radę ze zbieraniem i raz w tygodniu – najczęściej w niedzielę – robimy sobie wypad do parku, żeby coś tam uszczknąć z roślinności. Na szczęście znalazłyśmy miejscówkę bogatą w chwaściory, a ponieważ jest to średniej wielkości wzgórze, to mamy pewność, że psy tam się nie zapuszczają.
Odnośnie do charakteru naszej Oshee, bo każde zwierzę jednak posiada swój niepowtarzalny charakter – cóż, nadal przychodzi do Zuzi, gdy tylko pojawi się przy terrarium, lubi, gdy karmi się ją z ręki, jest ciekawska, chętnie obserwujeprzez szybę co się wokół dzieje. Kąpać się lubi, ale na własnych zasadach, nie przepada za kwiatami mniszka lekarskiego, ale łodyżkami i liśćmi nie pogardzi, no tylko te kwiatki. 🙂
Ok, o żółwiu to już chyba wszystko napisałam, jedynie dodam, że opieka nad tym stworem jest po ślepemu całkiem możliwa i nie stanowi większych problemów.
Co do innych kwestii – zimno jest i to tak cholernie, a zważywszy, że kilka tygodni temu temperatury dobijały w Koszalinie do dwudziestki, to cóż, organizm doznaje szoku termicznego. 🙂
Cały czas pracuję nad zwiększeniem ilości wypijanej wody, bo nie ukrywam, jest to moja bolączka, której nijak nie potrafię zmienić, choć teraz zdaje się, że powinno się udać. Mój problem polega na tym, że nie lubię wody niegazowanej. Oczywiście o tym wiem od dawien dawna, ale ponieważ niespecjalnie mam ochotę taszczyć codziennie butelki z gazowaną, to kupiłam Soda Stream, z czego nie tylko ja jestem zadowolona, bo pozostali członkowie tej rodziny – również, nawet Zuza od czasu do czasu lubi sobie wodę zagazować, ale gazowanej ze sklepu nie wypije za żadne skarby świata.
Przeczytałam też kilka ciekawych książek, między innymi – autorstwa Pierre Bordage "Paryż – Lewy Brzeg", która zalicza się do kanonu Metro2033, powiem tylko tyle w jej temacie – jest mroczna, brutalna, a "Metro2033" Gluchovskiego przy niej to bajka na dobranoc, a przynajmniej na mnie takie wrażenie zrobiła.
Na dziś to tyle, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pożegnać się z Wami, dobranoc zatem, trzymajcie się ciepło.

Kategorie
Takie tam różności

Co marzec przyniósł

Cześć, witajcie
Czy wiosna już do Was zawitała? Ciepło się zrobiło? Bo u mnie nieszczególnie. Temperatura oscyluje ostatnio w granicach 10 stopni i to tyle w zasadzie. A, prawda, deszczowo też jest, jak to mówią, dzień bez deszczu, to dzień stracony. Właściwie nie wiem czy wszyscy tak mówią, ale wiem, że na pewno ja.
🙂
Jak wiecie, pod koniec lutego za tenczowy most pobiegła nasza koszatniczka, co spowodowało, że zrobiło się strasznie pusto bez tego biegającego w kołowrotku uroczego gryzonia, który sadzi bobki na odległość najmniej metra, lubi pohałasować w nocy i ma uroczy, długi ogonek z pędzelkiem na końcu. Teraz ciekawostka – otóż koszatniczka potrafi odrzucić ogon, ale w przeciwieństwie do ogona jaszczurki, ten się nie regeneruje. Dzieje się tak w momencie zagrożenia, gdy silniejszy drapieżnik ucapi koszatniczkę za ogon. To też dotyczy ludzi, gdyż jest to dość płochliwe zwierzątko, choć wierzcie mi, że na odległość potrafi zgrywać bohatera. Biada jednak temu, kto będzie miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z koszatniczymi zębami. Serdecznie i szczerze nie polecam. Ja, of course, tę wątpliwą przyjemność miałam, to nawet kilkukrotnie.
To małe urocze stworzonko ząbki ma nie od parady. Ostre są i cienkie, co powoduje, że rany od koszatniczkowego uzębienia są głębokie i niejednokrotnie potrafią się paskudzić i trudno goić. W koszatniczkowym światku krążą legendy, jakoby zdarzało się nawet, że potrzebny okazywał się antybiotyk.
Jak wiecie, aby wypełnić pustkę postanowiliśmy zaopiekować się kolejnym zwierzątkiem i padło na żółwia. Przyznam się wam, że dawno dawno temu, w odległej galaktyce Katarzynka miała żółwia stepowego o imieniu Kleofas, choć koniec końców okazał się Kleopatrą. Dostałam go, gdy miałam 7, góra 8 lat, czyli był to początek lat 90-tych, a wtedy można było od tak kupić sobie gadzinkę i męczyć ją do woli. Tak, nie boję się tego określenia, że posiadanie żółwia w tamtym okresie, gdy dostęp do wiedzy był marny, było męczeniem zwierzęcia. Dodam jeszcze, że w kwestii dostępu do wiedzy to nie jest tak, że nie było go z braku internetu, nie nie, to zupełnie nie to, po prostu wtedy o żółwiach wiedziano bardzo mało, albo o zgrozo, nie wiedziano nic.
Dlatego jeszcze pokutuje wiele mitów, które radośnie sobie krążą wśród chodowców tych zwierzaków.
O tym jednak innym razem, wszak nie jest to tematem tego posta, prawda? 🙂
Niemniej nie da się ukryć, że edukacja żółwiowa pochłonęła mnie bez reszty, a ja do tego stopnia się wciągnęłam, że z wielkim trudem przeczytałam jakąkolwiek książkę, bo większość wolnego czasu poświęcałam na czytanie forów internetowych w temacie żółwi. W pewnym momencie miałam wrażenie, że po przyswojeniu dawki tylu informacji zrobiłam się głupsza niż byłam dotychczas, kiedy jednak tę wiedzę usystematyzowałam w głowie, okazało się, że nie jest ze mną tak źle i coś tam już wiem i nawet mogę błysnąć od czasu do czasu.
Druga sprawa, że to też nie jest tak, że nagle uważam, że zjadłam wszystkie rozumy i czuję się doskonale wyedukowana na temat żółwi, śmiem twierdzić, że to, co wiem, to wierzchołek góry lodowej, a ile jeszcze jest pod powierzchnią? No właśnie, pewnie całkiem sporo.
Nie ukrywam, że zdobywanie tej wiedzy dało mi mnóstwo satysfakcji, ale też odrobinkę mnie przerażało, szczególnie, gdy przyszło do wyboru lamp – grzewcza i uVB. Im więcej o oświetleniu czytałam, tym większy mętlik miałam i to właśnie na tym skupiłam się najbardziej, bo jest to naprawdę istotny element żółwiowego życia w niewoli, a jeśli mamy mu zapewnić warunki podobne do tych naturalnych, to musimy włożyć naprawdę sporo wysiłku, żeby tak się stało.
Generalnie przygotowania – teoretyczne i praktyczne zajęły prawie miesiąc, bo musieliśmy kupić terrarium, te nieszczęsne lampy, podłoże, miseczkę na jedzonko, basenik, zorganizować kryjówki itd.
Finał natomiast miał miejsce w zeszły poniedziałek, a żółwinka znalazła się w domu koło godziny 16, gdy z Zuzią przyniosłyśmy ją do domu w dużej torbie termicznej, bo transporter, który miały koszatniczki ktoś wziął i wyrzucił, a tym kimś był mój mąż jedyny. Inna sprawa, że było tak zimno, że nie jestem pewna, czy transporter spełniłby swoją funkcję, wszak nie ogrzałby stwora, a gadziny są stworzeniami zmiennocieplnymi. Ostatecznie torba termiczna spisała się więcej niż dobrze i żółwinka Oshee zamieszkała w wyszykowanym dla niej terrarium.
Dlaczego Oshee, spytacie? Bo uwielbiam ten napój izotoniczny, poza tym sama nazwa jest miła dla ucha, a i w razie, gdyby żółwinka jednak okazała się żółwiem, to zmieniać nie będzie trzeba, wszak jest to imię dość neutralne.
Z otrzymanego cites wynika, że nasza Oshee urodziła się 5 października 2022 r. tak więc ma niespełna półtora roku, a zatem to taki trochę wiek poniemowlęcy chyba.
Ogólnie początkowo była wystraszona, ale nie jakoś bardzo. Najtrudniejsza dla niej chyba okazała się środa, bo wtedy tylko spała, nic nie zjadła, nawet do baseniku nie weszła, kiedy jednak kryzys minął, mała jakby się rozbestwiła i zaczęła dokazywać coraz bardziej, do tego stopnia, że dziś po wyłączeniu lamp, zamiast iść spać, to urządzała sobie spacerki po terrarium, bo dlaczego nie? Do tego zaczęła jeść aż miło, co z jednej strony cieszy, ale z drugiej – możliwe, że trzeba będzie zrobić dzień głodówki i ja teraz całkiem serio mówię, choć nie jestem pewna, czy u na tyle małych żółwików już można jednodniową głodówkę wprowadzić.
Do tego, gdy tylko Zuzia podejdzie do terrarium, mała jest już przy szybie i wyciąga główkę w jej stronę, ale mnie to chyba nie lubi jeszcze za bardzo. 🙂
A co poza tym? Zuza odwiedziła endokrynologa, na szczęście tarczyca ładnie się trzyma, a kolejna wizyta za pół roku. Natomiast 14 marca odbyła się promocja szkoły, w związku z czym moje dziecko występowało i dawno nie widziałam, żeby aż tak była zestresowana.
W sumie to chyba tyle, raczej już nic mądrego dzisiaj nie napiszę, a zatem pożegnam się ładnie, życząc Wam dobrej nocy.

Kategorie
Takie tam różności

Trochę na smutno, a trochę, tak po prostu.

Cześć drodzy.
Od dawna zabieram się za napisanie czegoś, może nie będzie to nic wybitnie konstruktywnego, ale coś tam jednak się wyłoni z czeluści mojego umysłu, wsza, drugą połowę lutego mamy, prawda?
Koło 10 stycznia wybrałam się z moją jedyną na "Akademię Pana Kleksa", nie będę opisywała samej fabuły filmu, wszak już inni to zrobili, zaznaczę tylko, że miałam zamiar skorzystać z aplikacji Kino Dostępne, która to aplikacja, jak wiadomo, umożliwia oglądanie filmu z audiodeskrypcją. Odpaliłam appkę zgodnie z instrukcją i co? I co? I gówno, chce się powiedzieć. Internet miałam tak słaby, że samo ad pobierało się chyba z 15 minut. A niby w galerii Forum sale kinowe są na pierwszym piętrze, co jednak nie przeszkadza, żeby ten głupi internet wziął i umarł. Nie ukrywam, że uwielbiam wyprawy do galerii z moim dzieckiem, szczególnie, że coraz fajniej robi się z nią zakupy. Ale ale, Katarzyno, ty o czym innym zupełnie miałaś.
No właśnie nieszczęsna "Akademia Pana Kleksa" – o swoich wrażeniach niewiele opowiem, bo nie powalił mnie ten film na kolana, sam Ambroży Kleks sprawiał wrażenie pozbawionego mocy sprawczej, jakiś taki mało poradny się wydawał, a jedynie, co dobrze mu wychodziło, to wzdychanie "A to feler", choć nie, jedno mi się podobało, a mianowicie "Ale" zamieniamy na "Więc". I tak naprzykład: "Chciałabym się nauczyć smażyć naleśniki, ale denerwuję się, że mi nie wyjdą", a konstrukcja natomiast powinna być następująca: "Chciałabym nauczyć się smażyć naleśniki, więc zacznę ćwiczyć, żeby mi wyszły smaczne".
Tak można z wieloma rzeczami, ale nie chce mi się za bardzo ich wymyślać, wybaczcie, źle spałam ostatniej nocy, a i dziś zrobiłam sobie małe tourne po mieście i nogi w dupę mi włażą.
Ale wracając do Kleksa: mojej Zuzce podobał się do czasu, przestał, gdy Wilkusy wkroczyły do akcji i całego nie obejrzałyśmy, bo młoda się bała, więc wyszłyśmy jakieś pół godziny przed końcem.
Pierwszy tydzień ferii, które u nas wypadły w pierwszej turze, młoda spędziła z dziadkami, a ja oglądałam seriale na Netfliksie, tak, tak, ja oglądałam seriale, co nie jest niczym zwyczajnym, bo to się zdarza góra raz w roku. I między innymi obejrzałam Forsta, co okazało się straszliwym rozczarowaniem, bo z książkowym Forstem, to on za wiele wspólnego bynajmniej nie miał.
Ja wiem, że to adaptacja i takie tam, zresztą po "Wiedźminie" to mogłam się spodziewać wszystkiego i nie powinnam być jakkolwiek zaskoczona. Ogólnie ten tydzień obijałam się niemożebnie, co wcześniej raczej rzadko mi się zdarzało.
Drugi tydzień okazał się paskudny, jeśli o pogodę chodzi, więc praktycznie siedziałyśmy w domu.
9 lutego do kina wybrałyśmy się na premierę filmu "Emma i Czarny Jaguar" – film opowiada o przyjaźni łączącej tytułową Emmę z równie tytułowym czarnym jaguarem o imieniu Hope. Kiedy dziewczyna dowiaduje się, że w dżungli, w której niegdyś mieszkała wraz z rodzicami, dochodzi do masowego wywozu zwierząt, a dni Hope są policzone, postanawia reagować wbrew woli swojego ojca. Mama dziewczynki została zabita przez kułsowników, gdy zaczęła bronić praw zwierząt. Córka natomiast chce iść śladami matki. W pościg za niepokorną Emmą wyrusza jej nauczycielka biologii, co ciekawe, kobieta opiekuje się niesprawnym jeżem Jerzym. Jest to naprawdę cudowny film, już dawno nie oglądałam nic tak wzruszającego, bo nie raz łezka mi się w oku zakręciła. Zuzi również bardzo się podobało, ale tego w sumie mogłam się spodziewać. Najbardziej jednak zaskoczył mnie pan przy kasie, kupowałyśmy jakieś przekąski i pan oznajmił, że na drugi raz będzie lepiej jak kupię bilet w kasie, bo wtedy zapłacę tylko za siebie, a Zuzia, jako opiekun będzie mogła wejść za darmo. oczywiście miałam ochotę zaraz sprostować, że opiekuna to ja nie potrzebuję, ale co ja się będę produkować, kiedy za mną kolejka coś jakby się wydłużać zaczęła i zapewne nikt nie byłby zachwycony, gdybym zaczęła wdawać się z panem w potyczki słowne. Dodam, że chodzimy do Multikina, bo jakoś nam bardziej po drodze niż do Heliosa.
Tyle o kinie, a nie nie, zaraz, 29 lutego ma premierę druga część Diuny, na którą może i poszłabym z mężem mym jedynym, ale nie pójdę, bo wątpię, żebym rozumiała zbyt wiele, a sam kontekst to trochę mało, żeby cieszyć się wrażeniami. Co jednak najgorsze, albo wkurzające, to dubbing w ukraińskiej wersji językowej będzie, a w polskiej, chyba nie. No szlag mnie trafia i krew zalewa, że nawet w tej kwestii traktuje się nas jak obywateli drugiej kategorii. Nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę rozumiem ciężką sytuację ludności ukraińskiej, sama pomagałam, jak tylko mogłam, ale trochę z tym przegięli, tak uważam.
W marcu idę z mężem na stand up Wiolki Walaszczyk i bardzo się na to cieszę, wszak trochę rozrywki niedziecięcej matce też jest potrzebne.
Mówiłam Wam, że w styczniu kupiłam AirPodsy? Nie? No to Mówię: kupiłam AirPodsy pro, które? Cóż, te z usb C. Tyle musi Wam wystarczyć, bo za cholerę nie pomnę jaki to one tam numer miały.
W niedzielę natomiast umarła nasza koszatniczka, co jest tym smutnym akcentem tego wpisu, bo byliśmy z nią bardzo związani. Najmocniej tę stratę przeżywa Zuzia, tak więc zaczęliśmy poszukiwania nowego przyjaciela rodziny i tym razem postanowiliśmy dać dom stworzeniu, które pożyje nieco dłużej.
Córa chciała królika, ale przy całej sympatii do tych zwierzaków nie jestem przekonana, szczególnie, że króliś, jak to króliś, kabelki pogryźć lubi, mebelkami też nie pogardzi, a do biegania potrzebuje więcej przestrzeni niż kosza, której wystarczyło udostępnić przedpokój i łazienkę, z uszakiem taki numer nie przejdzie. Psa nie chcemy, bo ja nie przepadam za lizaniem, a i sierść w każdym zakamarku jakoś mnie przeraża, a ostatecznie pewnie to ja i stary musielibyśmy ze stworem wychodzić, więc odpada. Kot też, bo moja alergia jest zbyt silna, wiem, że są sfinksy i inne maine Coony, czy tam Devon Rexy, ale one z kolei trochę kosztują, ostatecznie stanęło na żółwiu – stepowym czy greckim, a może egipskim – nie wiem jeszcze, ale mój pan mąż stwierdził, że terrarium sam może ogarnąć, zostanie więc zakup lamp i różnych żółwich gadżetów, ale co najważniejsze, samego żółwika.
Ja wiem, że żółw to może dość mało kontaktowe stworzenie, że bardziej do obserwacji się nadaje, ale cóż, lata temu miałam stepka i wcale nie był taki nudny, jakby się mogło wydawać. Wbrew pozorom jest to ciekawskie stworzenie, które lubi się tu i ówdzie zakopać, a i podkopik zrobi, jeśli tylko taką możliwość dostanie.
Poza tym, w przeciwieństwie do królika, nie śmierdzi, czego o tym pierwszym powiedzieć nie można.
No dobrze, to chyba tyle, wszak nie wiem czy jest coś, o czym chciałabym napisać, pozdrawiam i trzymajcie się.

Kategorie
Moje przepisy

Przepis na co? A sami sobie sprawdźcie.

Dawno w tej kategorii nic nie było, ale ostatnio zrobiłam coś, co jest banalnie proste, a przy tym niezwykle popularne, szczególnie do hoddogów, burgerów i fastfoodów wszelkiej maści, ale okazuje się, że równie dobrze sprawdzi się do ziemniaków, makaronu czy pierogów – ruskich, z mięsem, szpinakiem itd.
Mowa o prażonej cebulce of course. Jak już wyżej napisałam – jest bardzo prosta w przygotowaniu, choć wymaga poświęcenia jej około pół godzinki.
Czego będziemy potrzebować, żeby taką cebulę sobie przyrządzić?
Kilka główek cebuli – może być biała, czerwona, cukrowa, lub czosnek cebula. Rozmyślnie nie piszę ile, wszak każdy robi według własnych potrzeb, podpowiem jednak, że warto zrobić jej więcej.
Najważniejsze już mamy i co dalej? Spytacie? Już wyjaśniam
Około 500ml oleju,
około czterech łyżek mąki pszennej – najlepiej typ 450 – tortowa, ale w żadnym wypadku nie krupczatka,
płaska łyżeczka soli.
To tyle ze składników, jednak musimy zaopatrzyć się w patelnię z grubym dnem i wysokim rantem, a także cedzak do wybierania gotowej cebulki i ręczniki papierowe.
Przygotowanie: cebulę kroimy w kostkę, nie musi być bardzo drobna wsypujemy do miski i dodajemy do niej mąkę, po czym suchymi dłońmi obtaczamy ją w tejże mące. W tym czasie na patelni rozgrzewamy olej i może to potrwać kilka minut, ja nawet wynalazłam sposób, jak po ślepemu sprawdzić stopień nagrzania, po prostu wrzuciłam mały kawałek cebuli – zaczęło skwierczeć, a ów kawałeczek wypłynął.
Kiedy już olej mamy dobrze rozgrzany, wrzucamy naszą cebulę, która całkowicie musi zanurzyć się w tłuszczu. Smażymy na średnim ogniu, często mieszając. I tak, moi Drodzy, jakieś dziesięć minut. Kiedy cebulka się zrumieni, płomień można zmniejszyć i nadal często mieszając smażymy, aż cebulka zrobi się brązowa, a jej konsystencja będzie bardziej chrupiąca i podobna do płatków Kornflakes. Cały proces może zająć około pół godziny. Początkowo też myślałam, że nie będę w stanie określić stopnia wysmażenia, ale nie było z tym większego problemu.
Następnie cedzakiem wybieramy z tłuszczu usmażoną cebulkę i układamy ją na ręcznikach papierowych, żeby osączyć ją z tłuszczu.
Tak przygotowaną cebulkę przesypujemy do wyparzonego słoika i solimy.
W zależności od wysmażenia możemy ją przechowywać w lodówce, gdy jest bardziej złocista i miękka, kiedy natomiast jest bardziej w konsystencji Kornflakes można ją przechowywać w szafce, szczelnie zamkniętą. W pierwszym wariancie zaleca się ją z użyć w ciągu dwóch, trzech tygodni, natomiast drugi pozwala na przechowywanie jej nawet do kilku miesięcy.

Kategorie
Takie tam różności

Krótko, króciutko o minionym roku

Hej, Drodzy. Jak spędzacie jutrzejszego sylwestra? Na domóweczce, czy może jakaś grubsza impreza się kroi? U mnie domówka, jak od wielu już lat, ale nie jest mi źle z tego powodu. Częściowo żarełko jakieś ogarnęłam, trunek też się znajdzie, choć w moim wypadku to trunki bezalkoholowe, które swoją drogą lubię, szczególnie, że od tych z procentami jakoś nie odbiegają. Nie żebym miała wybitne doświadczenie, bo z trunków free, piłam grzańca galicyjskiego i piwo.
Ale ale, ja tu o trunkach, a o czym innym miało być, tak więc do brzegu, Katarzyno, do brzegu.
Początek minionego roku, w zasadzie do marca, upłynął pod znakiem złamanego mężowskiego małego palca u stopy i jak wiecie, miałam wtedy przemożną ochotę zamieszkać pod mostem. Do dziś nie mogę wyjść z podziwu dla siebie samej, że ten okres przetrwałam bez większego uszczerbku na psychice. 🙂
Pierwsza klasa mojego dziecka, jawiąca się początkowo, jak koszmar spędzający sen z powiek, nie okazała się znowu taka straszna, a powiem więcej, jest całkiem spoko i pominę tu nasz system edukacji, bo o tym ze spokojem raczej mówić się nie da.
W lipcu, gdy małż miał dwutygodniowy przestój w pracy, zrobiliśmy gwieździe pokój, z którego jest całkiem zadowolona, a i sam remont przebiegł wyjątkowo szybko i bez większych niespodzianek.
W minione wakacje miałam również okazję podróżować naszą koleją, a konkretnie to Intercity, a trzeba Wam wiedzieć, że ostatni raz pociągiem na trasie dłuższej niż 50 km, jechałam, będąc w ciąży. Nie powiem, bo całkiem przyzwoicie się jechało, nawet moje dziecko polubiło pociągi. Pod koniec sierpnia, a więc na ostatnią chwilę, nie bójmy się tego stwierdzenia, podjęłam wreszcie decyzję, że składam wniosek o dofinansowanie do sprzętu elektronicznego z aktywnego samorządu i ów nieszczęsny wniosek, jak i cały SOW spędzał mi sen z powiek i przyprawiał mnie o ból głowy, palpitacje serca i niemal o apopleksję.
Cały proces ciągnął się do grudnia, ale koniec końców, dofinansowanie otrzymałam, stając się posiadaczką nowego kompa, który też budzi we mnie mordercze instynkty, a także monitora brajlowskiego, Brailliantem zwanym. Swoją drogą, kto dał mu taką nazwę, toż język można sobie na niej połamać, to raz, a dwa, mogłaby służyć jako doskonały test na sprawdzenie trzeźwości, bo nie wiem, czy po pijanemu można ją bez trudu wypowiedzieć. Kiedy tylko otrzymałam rzeczony monitor, ogarnął mnie pusty śmiech, gdy dotarło do mnie, że nie ma do niego instrukcji czy to w brajlu, bądź na płycie. Dobrze, że sam w sobie nie jest on jakoś skomplikowany, ale muszę się jeszcze ogarnąć w używaniu go w konfiguracji z kompem i telefonem, ale powoli i z tym się ogarnę, wszak mam go niespełna miesiąc. I o najważniejszym nie wspomniałam. Od września jestem człowiekiem pracującym, co z uwagi na dodatkowy zastrzyk gotówki, bardzo mnie cieszy. Ten stan rzeczy potrwa przynajmniej do końca przyszłego roku, a ja mam nadzieję, że może odrobinkę dłużej, choć aż tak w przyszłość nie będę wybiegać.
Czy mijający już rok obfitował w jakieś jeszcze wydarzenia, o których warto wspomnieć? Możliwe, choć w tej chwili sobie ich nie przypominam.
Cóż, nie będę się dłużej rozpisywać, chciałabym Wam tylko życzyć jeszcze szczęśliwego nowego roku, niech będzie lepszy od 2023, niech spełnią się Wam te pragnienia, których sobie sami życzycie.
P.S. Tak jeszcze dodam na koniec, bo akurat teraz mi się przypomniało.
Koleżanka Zuzki widziała moją liijkę, której ogarnianiem byłam zajęta, gdy do nas przyszła.
Z tego, co wiem, spytała mojej córki do czego to służy, to jej Zuza powiedziała, że jest to urządzenie do czytania brajlem tego, co brajlem napisane nie jest. Myślę, że dość trafnie to ujęła i w możliwie najprostszy sposób wytłumaczyła koleżance.
Dobra, teraz to naprawdę już koniec. Dobrej nocki.

EltenLink